''Od 1974 r. Amerykanie chcieli mnie zniszczyć.''
Mohammad Reza Pahlawi
Chucpa z rzekomym przywróceniem perskiej monarchii na Zachodzie robi jeno za obleśną fantazję o ''nowym Cyrusie'' zjełczałych neokoszerwatystów. Takich jak Beniek ''kermit'' Szapiro czy stara ropucha Mark Levin, oraz basujących im szabes-gojów pokroju Teda Cruza i Glenna Becka. Wszyscy oni histerycznie odmawiają uznania nowej ''mądrości etapu'', jaka wyklucza raczej zmiany reżimu bezpośrednią interwencją amerykańskich wojsk. Niby to wiedząc usiłują rzecz nieudolnie zamaskować jako wolę samych Irańczyków, w praktyce jednak nawołują do zbrojnego ataku USA na reżim ajatollahów. W samym zaś Iranie wygląda, iż panuje nader osobliwa sytuacja: gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na prawdziwy bunt, przy jednoczesnym braku jego realnego przywództwa. Tamtejsza demoliberalna ''opizdycja'' jest doń organicznie wręcz niezdolna, do tego słaba i wewnętrznie rozbita. Z kolei lewicowi mudżahedini skompromitowani kolaboracją z Saddamem, przeto obecnemu szachowi trafiła się okazja niczym ślepej kurze ziarno, ale bardziej na zasadzie ''na bezrybiu i rak ryba''. Mówiąc wprost irański następca tronu robi tylko za polityczny mem, całkowicie oderwany od polityczno-historycznych realiów, niczym zmitologizowana przez chińskich ''przegrywów'' rewolucja [anty]kulturowa Mao. Naprawdę jednak mało liczy się jak wielu zwykłych Irańczyków pragnie nawrotu monarchii, bardziej zaś ilu z obecnego reżimu jest gotowych przyłączyć się do buntu. Bowiem rzecz nie w tym po czyjej stronie jest racja, a kto dzierży kluczowy tu karabin, póty co wszakże nie widać jakichś większych oznak rozłamu obozu władzy w Teheranie. Zresztą trudno się dziwić, skoro na negacji ''szachanatu'' zbudował on swój mit założycielski, przeto gdyby Amerykanie serio myśleli o zmianie reżimu w ogóle nie zaczynaliby chucpy z irańskim następcą tronu. Pełni on tu prędzej rolę przysłowiowego kija mającego drażnić małpę - tu: ajatollahów, niż ofertę dla nich serio a bez tego nie sposób mówić o prawdziwych zmianach. Alternatywą jest wymordowanie stronników Ali Chujmeneji wraz z nim samym, ale on jako doświadczony terrorysta raczej potrafi sobie z tym radzić, ostatecznie ledwie uszedł z życiem w zamachu dokonanym nań przez lewicowych mudżahedinów. Bowiem nazbyt często zapomina się, iż patusy skłonne do przemocy nie tylko umieją się nią posługiwać, ale i bywa samemu unikać jej fatalnych konsekwencji dla siebie. Tyrania szyickich islamistów od swego zarania mierzyła się ze znacznie gwałtowniejszym oporem, niż ten jakiego świadkiem byliśmy ostatnio, co mocno ją zahartowało wyrabiając odpowiednie mechanizmy obronne. Pojmuję, że fotka z irańską feminazistką odpalającą papierosa od portretu ajatollaha, czy zdjęcia fajczących się meczetów efektownie prezentują się w ''soszialach'', niemniej w prawdziwej rzeczywistości a nie wirtualnej nie czynią jeszcze przełomu. Tak samo jak setka czy dwie zlinczowanych funkcjonariuszy reżimu, gdy w kontrze byli w stanie położyć trupem co najmniej tysiące, na systematyczne masakry należałoby więc odpowiedzieć równie systematycznymi kontrmasakrami, a nic takowego nie miało miejsca. Przeto i ajatollahy trzymają się mocno...
Wszakże ''operacja Szach 2.0.'' może mieć pewien sens, ale nie przydawany mu przynajmniej na słowach przez syjońskie naziolstwo. Otóż za autentyczną popularność irańskiego następcy tronu w kraju odpowiada ''Manoto TV'' - emigracyjna stacja nadająca z Londynu, jaką cholera wi kto tak naprawdę finansuje [ zapewne Izrael i USA ]. Umiejętnie wplatając w rozrywkową ofertę nostalgię za czasami monarchii, posuwa się wręcz do obrony SAVAK-u: bezpieki szacha posądzanej o represje i tortury jego wrogów. Znamienne jednak, iż na antenie zajmują się takową propagandą nie tyle przedstawiciele irańskiej diaspory, co wychodźcy spod władzy ajatollahów, w tym nawet byli prezenterzy reżimowej telewizji! Świadczyłoby to o cichym porozumieniu jakiejś części szyickich islamistów z monarchistyczną opozycją, oraz jej mocodawcami na ''zgniłym/niewiernym Zachodzie'', gdzie najwidoczniej irańska bezpieka i elity władzy szykują sobie dupochron. Przoduje w tym synalek samego Ali Chujmeneji, jaki miał nabyć poprzez ''słupy'' szereg lukratywnych nieruchomości w Dubaju i nade wszystko Europie, min. rzecz jasna Londynie [ gdzieżby bez tego ]. Całkiem możliwe biorąc ilu wysoko postawionych funkcjonariuszy irańskiej monarchii odnalazło się u boku Chomeiniego, by wymienić choćby tylko gen. Hosejna Fardusta. Bliskiego przyjaciela szacha jeszcze z dzieciństwa, wiceszefa pomienionego już SAVAK-u po zmianie reżimu przemienionego pod jego kierownictwem w służące tym razem ajatollahom SAVAMA [ coś jak u nas ''transformacja'' SB w UOP, jedynie na odwrót ]. Śliski ów typ, jak na tajniaka przystało, posądzany o współpracę z Brytyjczykami co i Sowietami, został w końcu usunięty z funkcji przez nowe władze pod zarzutem kolaboracji z KGB, po czym zmarł w nader podejrzanych okolicznościach. Trudno orzec zabity jako już niepotrzebny swym mocodawcom, czy też jak głoszą pewne spekulacje radziecki wywiad miał jedynie upozorować jego śmierć, by wycofać bezpiecznie swego agenta u boku Chomeiniego. Krwawe czystki ''islamskiej rewolucji'' przeżyło też wielu innych oficerów armii szacha, jak Masud Monfared-Nijaki, Dżawad Fakuri, Ali Sajjad Szirazi czy Hasan Parast, dowodząc później odparciem irackiej agresji zbrojnej na Iran. Dlaczegóż by więc nie była możliwa i odwrotna droga, nawet spośród pasdarów szczególnie dziś, gdy u Irańczyków dawny fanatyzm religijny ustępuje nacjonalizmowi. Ożywionemu przez izraelsko-amerykańską napaść na ich kraj, co i zdradziecki charakter samych ajatollahów, trwoniących brakujące tak na miejscu środki na wspieranie zagranicznych islamistów. Niemniej w świetle powyższego irański następca tronu jawi się dość marną i podłą kreaturą, cichym kolaborantem części przynajmniej reżimu w Teheranie, oraz USraela - Szachinszach, Światło Ariów korzący się przed jakimiś handełesami i pomiotem jankeskich koniokradów, co za hańba! Plując tym de facto na grób własnego ojca, zdradzonego przez tychże Amerykanów i Żydów pospołu z Sowietami, o czym pisał obszernie Houchang Nahavandi. Zmarły niedawno jeden z najbliższych współpracowników Rezy Pahlawiego, mianowany przezeń rektorem czołowych irańskich uniwersytetów i minister nauki jego rządów, stąd daleki od obiektywizmu w owej sprawie, ale też właśnie dlatego warto przytoczyć świadectwo jakie dał. Zawierając dowody przeniewierstwa wobec obalonego szacha tak Amerykanów co i sowieckiej Rosji, o knowaniach Zesraela już nie wspominając - przypomnę tylko, iż ostatni dał podwaliny rakietowej potęgi Iranu, a zmiana reżimu w Teheranie wręcz zacieśniła współpracę wojskową syjonistów z ajatollahami, jacy pospołu zniszczyli nuklearny projekt Saddama. W każdym razie do upadku Rezy Pahlawiego walnie przyczynił się jankeski generał Huyser, który jako emisariusz Cartera sparaliżował opór przeciw islamistom w irańskiej armii. Pod jego to wpływem dowodzący nią wówczas Abbas Gharabaghi nakazał podległym sobie wojskowym stać z bronią u nogi, zamiast ratować monarchię przed buntownikami jak należałoby. Co więcej, ów amerykański żołdak przygotowywał bezpośrednio powrót do kraju Chomeiniego, spotykając się w tym celu z jego stronnikami na wielogodzinnych ''konsultacjach''! Niestety sam władca trawiony już zaawansowanym rakiem przyzwalał biernie na ów akt bezczelnej zdrady, czynionej niemal tuż pod jego nosem przez ''sojusznicze'' USA, bowiem szacha ewidentnie przerosły jego własne ambicje. Osadzony na tronie wolą Anglosasów i Sowietów daremnie próbował zerwać więzy zależności Iranu od obcych mocarstw, szamocząc się w swej wersji ''polityki wielowektorowej''. Lojalny wobec szacha Nahavandi tak o tym pisze:
''Dziś wiadomo, że nie brakło ostrzeżeń, iż w połowie lat 70-ych pomysł obalenia szacha był rozważany na forum Narodowej Rady Bezpieczeństwa w Waszyngtonie przez Kissingera, jakiego władca Iranu uważał przecież za swego niezawodnego przyjaciela i obrońcę. Czy go o tym powiadomiono? Niepokoiły ambicje Iranu w polityce międzynarodowej, wzrost jego siły ekonomicznej, finansowej i militarnej. Będący sojusznikiem Izraela Iran nie zawahał się udzielić decydującej pomocy Egiptowi podczas wojny Jom Kipur, jedynej jaką hebrajskiemu państwu nie udało się wygrać z Arabami. Prezydent Sadat nie zapomni tego co dobrze o nim świadczy, dyplomacja izraelska również. Idea zamiany sojuszy i obalenia Iranu, jedynego kraju w regionie mogącego mierzyć się z Izraelem, krążyła wśród polityków syjonistycznego przywództwa, szczególnie tych z prawicy. Ardeszir Zahedi, były zięć i zaufany człowiek Szacha, podczas gdy stał na czele irańskiej dyplomacji stopniowo kierował politykę w kierunku mniej proizraelskim. Ambasador Hosejn Montazem, wówczas dyrektor Departamentu Afryki w ministerstwie, opisał mi szczegóły dyrektyw przekazywanych za jego czasów przedstawicielom Iranu w krajach muzułmańskich: Iran prowadzi zrównoważoną politykę, przejmuje się niesprawiedliwym losem zgotowanym narodowi palestyńskiemu, od czasu Nasera jest przyjacielem i niezawodnym sojusznikiem głównego arabskiego mocarstwa - Egiptu. Gdy Hosejn Montazem sam miał reprezentować Iran w dwóch z tych krajów, dostał takie same dyrektywy i przesłania do przekazania. Stanowisko to nie mogło być utrzymane w tajemnicy przed Izraelczykami i Amerykanami i w konsekwencji źle ich usposabiało. Czy Szach wiedział o zawirowaniach, które wywoływała taka orientacja polityczna? Od 1975 roku, a więc dojścia przez Republikanów do władzy w Waszyngtonie, mnożyły się przypadki oficjalnego zajmowania wrogiego Iranowi i jego władcy stanowiska. Z objęciem prezydentury przez Jimmy'ego Cartera wrogość ta nasili się i USA przejdą do działania pomimo oficjalnych zapewnień o sojuszu. Szach zupełnie nie zwracał na to uwagi. [...] I to był jego wielki błąd. Co mu zarzucano w Waszyngtonie? Megalomanię, czyli - ujmując to inaczej - błyskawiczny wzrost potęgi jego kraju, czynione przezeń inicjatywy demokratyzacji regionu co było nie do przyjęcia dla Izraela, projekt paktu Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego w celu zapewnienia bezpieczeństwa własnymi siłami państw owego regionu. Wielkie korporacje naftowe nie mogły mu wybaczyć roli, jaką odgrywał w OPEC, przy wsparciu otrzymywanym od saudyjskiego króla Fajsala, innego władcy-modernizatora zamordowanego w '75 roku w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Od tej pory ruszy światowa machina kłamliwej propagandy, mającej na celu destabilizację pozycji Szacha. Wewnętrzne napięcia będą nieustannie podsycane, a w końcu by pozbyć się niewygodnego władcy wykreuje się jego ''następcę'' [ Chomeiniego ] - jak sądzono bardziej podatnego na wpływy, gdyż sam przez się nic nie znaczył. W 1980 r. w Kairze na krótko przed śmiercią Mohammad Reza Pahlawi z goryczą wyznał mi: ''Husajn [ król Jordanii ] miał rację. Wczesną jesienią '78 roku zatelefonował do mnie i rzekł: ,,To co Amerykanie czynią teraz w Iranie próbowali zrobić ze mną w 73-im [ ''czarny wrzesień'' ]. Wytrzymałem, zgniotłem rebelię Palestyńczyków i w końcu musieli ze mną negocjować. Jeśli nie możesz sam wydać rozkazów, które spowodowałyby nieuchronne zdławienie rozruchów, pozwól mi więc przyjechać do Iranu, zainstalować się na trzy dni w małym pokoju tuż przy Twoim gabinecie, a doradzę Ci i dowódcom Twej armii co mają robić. Zobaczysz, że wszystko się ułoży, a Amerykanie położą uszy po sobie.'' I dalej [ kontynuuje Szach ]: ,,Całkowicie myliłem się co do postawy USA, przede wszystkim zaś nie chciałem rozlewu krwi mojego narodu. Monarcha nie może przecież postępować jak dyktator, za wszelką cenę dzierżący władzę.''
- ależ jak najbardziej może i wręcz powinien! Szach Reza nie decydując się na zadanie śmiertelnego ciosu buntownikom nie tylko ponosi winę za okrutną kaźń masy wiernych mu poddanych, którzy nie mieli tyle szczęścia co pomienieni wyżej kolaboranci ajatollahów, lecz nade wszystko tragedię własnego kraju, jaki de facto oddał we władanie obskuranckiej tyranii islamistycznych sekciarzy. Podobnie więc jak Ludwik XVI tchórzący przed nakazaniem strzelania do zrewoltowanego motłochu jak należałoby to uczynić, tym samym utracił na zawsze prawo do sprawowania rządów. Dlatego ''szachanat'' może odrodzić się jedynie w formie politycznej atrapy, rodzaju ''zgniłego kompromisu'' między częścią przynajmniej struktur postislamistycznego reżimu, a obcymi potencjami z USA na czele, innej opcji realnie dlań nie widzę. O wiele lepszą byłoby objęcie rządów przez kogoś w typie Ahmadineżada, który wypadł z łask ajatollaha sprzeciwiając się forsowanemu przez tegoż zaangażowaniu wojsk w Syrii. Trafnie przewidując, że Asad to zdradziecka swołocz nie warta marnowania nań złamanego irańskiego riala, bo też jak czas pokazał brat samego Baszara ewidentnie za jego pozwoleniem donosił Mosadowi. Przede wszystkim zaś Ahmadineżad jest nie tylko zapiekłym wrogiem Izraela, ale i Rosji potępiając głośno jej agresję przeciw Ukrainie, nazywając przy tym Putina po imieniu ''narcystycznym tyranem''. Niestety brak dlań możliwości zdobycia władzy, a to przez słabnące wprawdzie, lecz wciąż potężne wpływy żydowskich jak i gojowskich syjonistów, w przymierzu z arabskimi monarchami oraz juntami wojskowymi muzułmańskich krajów. Wspominam o tym nie w imię tępego antyamerykanizmu, jaki każe wielu rzucać się w objęcia Rosji, bo choćby właśnie na przykładzie Iranu doskonale znać, że to chuj a nie alternatywa. Nahavandi opisuje jak był świadkiem umizgów ówczesnego sowieckiego ambasadora w Teheranie Winogradowa, który mimo oficjalnie neutralnego stanowiska breżniewowskiego politbiura wydał wystawne przyjęcie na cześć teściowej szacha. Nie wadziło mu to knuć za jego plecami intrygi mające na celu obalenie irańskiego monarchy, [zd]radziecki dyplomata i kagiebista później stał też ponoć za atakiem na ambasadę USA i wzięciem tam zakładników przez islamistycznych rewolucjonistów. Przynajmniej na to wskazuje Nahavandi w swych wspomnieniach, jakich polski przekład ukazał się nakładem wydawnictwa ''Dialog'', bardzo polecam. Idzie więc jedynie o to, by pozostając w sojuszu z Amerykanami pod żadnym pozorem im nie ufać, o ile nie chcemy podzielić losu nieszczęsnego szacha Rezy Pahlawiego, który nie był wcale ''marionetką Zachodu'' wbrew dorobionej mu ''gębie'' takowego - wystarczy posłuchać co miał on do powiedzenia o żydowskim lobby...
...przeto jeśli USA ruszą zbrojnie na Iran jedyne co mając w zanadrzu to powtórkę z ''szachanatu'', wypada im taką razą życzyć zebrania podobnego wpierdolu co putinowska Rosja na Ukrainie. Bowiem choć pewnie zmiażdżą w końcu ajatollahów na polu boju, Amerykanie nieraz już dowiedli, że potrafią zamienić militarne zwycięstwo w polityczną klęskę. Uciekając z podkulonym ogonem [ Afganistan ], w panice [ Wietnam ] lub wycofując się cichaczem [ Irak ] porzucając zwykle swych sojuszników, poza rzecz jasna Wielkim Syjonem.