...przynajmniej na to póty co wygląda, ograniczając do napuszonych pogróżek i demonstracji. Zresztą nie może być inaczej, skoro jej wojsko to jakaś ponura groteska, z absurdalnie rozdętym dowództwem liczącym przeszło 2000 ''gejnerałów'' - ponad dwukrotnie więcej niż u najsilniejszej w świecie US Army! Zdecydowana większość z nich nie zawdzięcza awansów militarnym umiejętnościom a służalstwu obecnej władzy, czyniącym z nich de facto umundurowanych politruków, tudzież cwanych zdzierców i narkodilerów w jednym. Systemy obrony przeciwlotniczej i rakietowej Wenezueli, głównie rosyjskiej produkcji i takiej sobie jakości, wymagają jednak fachowej obsługi i utrzymania, na co reżim Maduro nigdy nie miał środków ni kompetencji, stąd Jankesi dość łatwo roznieśli je w pył. Co w niczym nie umniejsza sukcesu amerykańskich komandosów, jakim przyszło stoczyć realny bój z ochroniarzami wenezuelskiego tyrana, wielu z nich przy tym kładąc trupem, przyznał to nawet głównodowodzący ''bolivariańską'' armią. Zanim przejdę do rzeczy wypada mi uprzedzić, iż żaden ze mnie znawca latynoskiej ''gejopolityki'', skoro jednak namnożyło się ich nam ostatnio, więc i ja choć nie wiem to się wypowiem. Bawi mnie bowiem niezmiernie zesrańsko demoliberałów i lewaków z powodu porwania - co tu kryć - wenezuelskiego despoty przez jankeskie komando, szczególnie ów ból dupska wygląda śmiesznie w wydaniu jakichś popłuczyn po BLM. Tak się zaś składa, iż nierząd Maduro sprokurował policyjne szwadrony śmierci eksterminujące miejscowych gangusów, często jedynie za takowych arbitralnie przez nich uznanych, osobliwie głównie czarnych... Ofiarą jego represji padali też nie tylko przedstawiciele demoliberalnej ''opizdycji'', ale i komuchy, działacze związkowi i LGBT, stąd żadną miarą nie da się ''boliwariańskiej'' tyranii zwać uczciwie ''antyimperialistyczną''. Maduro w ostatnich latach zaprowadził drastyczny i neoliberalny z ducha reżim oszczędnościowy, rzecz jasna nie kosztem swej kasty rządzącej, ale głównie najuboższych mieszkańców kraju w jakich imieniu rzekomo występuje. Sprowadzając ich niemal na skraj głodu i prawdziwej nędzy, o jakie nie sposób przeto obwinić jedynie amerykańskich sankcji, co najmniej w równiej mierze odpowiedzialność ponosi tu korupcja i niedołęstwo wenezuelskiej władzy, ''socjalistycznej'' zwykle tylko w retoryce. Bowiem towrzysze ''boliwarianie'' prędko zapomnieli o swych rewolucyjnych ideałach dorwawszy się do synekur, obrósłszy tłuszczem żerując na krajowym przemyśle wydobywczym, zawłaszczonym na własny rachunek pod pozorem jego ''nacjonalizacji'', tudzież dzięki pokątnemu handlowi bronią i narkotykami, oraz wszechobecnemu łapówkarstwu. Pokrywając to wszystko napuszonymi ''antyglobalistycznymi'' frazesami, jakie nie wadziły im kolaborować z amerykańskim koncernem wydobywczym ''Chevron'', tudzież przemycać do USA kokainę z Kolumbii. Znamienny pod tym względem przypadek stanowi pomieniony już dowódca wenezuelskiej armii Vladimir Padrino - absolwent militarnej akademii stworzonej przez Amerykanów specjalnie do wyuczenia lojalnych im latynoskich wojskowych. Szkolił się tam min. w metodach ''wojny psychologicznej'', przeto deklarowana gromko wiernopoddańczość wobec Chaveza nie przeszkodziła mu w posiadaniu poprzez rodzinę licznych interesów i nieruchomości u wrażych ''gringos'', konkretnie w Teksasie i na Florydzie. Ot tacy to ''antyimperialiści'' z owych ''neobolivarian'', nawet argentyński komuch o ksywie BadEmpanada przyznaje, że trzeba być lewackim amerykańskim gówniarzem, obwiniającym ''imperializm'' własnego kraju o wszelkie zło świata, aby serio wierzyć w uczciwą ''wygraną'' Maduro podczas ostatnich wyborów na prezydenta kraju. Obiekcje co do tego żywił takoż stojący na czele Brazylii ultralewicowy Lula, czy ''peronistka'' Kirchnerowa, by wymienić tylko pierwszych z brzegu polityków Latynoameryki, jakich nie sposób posądzić o uległość wobec władz USA. Niepomni na to demoliberalni debile i lewacy Zachodu ujadają o jakoby obaleniu ''legalnego'' przywódcy Wenezueli, a nie zwykłego uzurpatora jakim jest w istocie, tudzież złamaniu ''międzynarodowego prawa''. Co w ich mniemaniu ma rzekomo dać glejt Chinom do inwazji na Tajwan, jakby ''czerwoną pajęczynę'' z Pekinu powstrzymywała przed tym li tylko kolejna gówniana rezolucja ONZ, którą skądinąd mogłaby bez trudu zawetować w Radzie Bezpieczeństwa, znalazłszy przy tym mnóstwo państw w tym ją wspierających.
Dorosłym wydawałoby się ludziom wypada tłumaczyć jak dzieciom, że reżimy oparte na czystej nagiej przemocy szanują jedynie okaz prawdziwej siły, nie zaś mielenie ozorem ''prawoczłowieczych'' frazesów bez żadnych dla tego konsekwencji. Ukraina przekonała się na własnym przykładzie boleśnie jak tylko można, ile warte są owe ''budapesztańskie memoranda'' i wszelkie ''międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa''. Nie one ją ocaliły przed rosyjską agresją zbrojną, lecz jej obywatele gotowi bić się o własny kraj z bronią w ręku i jeśli trzeba niszczyć bezwzględnie wroga, bez nijakiego patosu na jaki nie ma miejsca w realnej wojnie, a tak po prostu. Skądinąd zabawnym jest obserwować, jak zjeby pokroju Prilepina i same władze na Kremlu oburzają się nagle, że agresja zbrojna przeciw innemu państwu stanowi ''niedopuszczalne złamanie umów międzynarodowych''. Zarazem rosyjskim stronnikom wojny z Ukrainą aż dupska gorzeją od upokorzenia ich przez Amerykanów, którzy owym spierdolinom dobitnie okazali jak powinna wyglądać prawdziwa ''specoperacja wojskowa'':). Nie wiedząc co z tym począć rosyjska propaganda sama się pogrąża miotając między sprzecznymi wersjami zdarzeń, jednako fatalnymi dla putinowskiej tyranii. Bowiem jeśli jak teraz ''odkrywają'' jej szczekaczki wenezuelski reżim był nieudolny i skorumpowany, po co w takim razie było leźć w owo latynoskie bagno, a skoro Maduro jakoby dał się porwać Amerykanom, w takim razie Rosjanie wychodzą na durniów, jacy futrowali mnóstwem broni i pieniędzy cwaniaczka, który w końcu i tak sprzedać miał się wrogom, stąd jak nie umór dla kacapów to sraczka. Nie pieję przy tym peanów na cześć Trumpa, jakiego przypominam uznaję za gnijącego żywcem starego pedofila i politycznego kundla Zesraela, więc stać mnie na obiektywizm doń właśnie przez krytyczny dystans. Byłbym stąd pierwszym kto gotów potępić zbrojną napaść USA na Wenezuelę, o ile tylko oznaczałaby kolejną poronioną próbę montowania tam powolnego Waszyngtonowi reżimu neokolonialnego. Póty co jednak nic takowego nie ma miejsca, o czym świadczy spuszczenie przez Trumpa po brzytwie Machado, samozwańczej liderki wenezuelskiej ''opizdycji'', nie dość że zagorzałej syjonistki to jeszcze neoliberałki, a więc samo zło. Na szczęście amerykański prezydent oświadczył, zgodnie z prawdą zresztą, iż baba nie ma wystarczającego poparcia w kraju ni autorytetu, by przejąć schedę po Maduro, stąd władzom USA przyjdzie dogadać się z co bardziej kumatymi decydentami ''bolivariańskiej'' junty, pomnymi losu swego przywódcy. Słusznie, bo wenezuelska demoliberalna ''opizdycja'' dowiodła swej nieudolności, wyczerpawszy wszelkie legalistyczne, co i siłowe metody obalenia nierządu ''chavezistów''. Wyborcze jej zwycięstwo i większość parlamentarna zostały wykastrowane przez ichni Sąd Najwyższy we władaniu stronników reżimu, który serią [bez]prawnych aktów odebrał realne prerogatywy władzy ustawodawczej. Próba odwołania Maduro w referendum została przezeń bezczelnie unieważniona arbitralnym sposobem, zaś wywołane tym masowe protesty brutalnie stłumione niosąc kilkaset ofiar śmiertelnych bez większych konsekwencji dla wenezuelskiej satrapii. Wreszcie pucze wojskowe spełzły na niczym, dlaczegóż więc ktoś obcy miałby sprzątać za mieszkańców tego nieszczęsnego latynoamerykańskiego kraju ów burdel, jaki sami poniekąd sobie sprokurowali? Przypomnę: reżimy oparte na przemocy można obalić jedynie siłą, co w przypadku Wenezueli skończyłoby się nie tyle wojną domową, na szczęście mało prawdopodobną z racji impotencji tamtejszej ''opizdycji'', ile raczej militarną okupacją przez Amerykanów. Wprawdzie ''bolivariańska'' armia to chuj a nie wojsko, za to mogłaby już napsuć sporo krwi jako partyzancka ''guerilla'' i zarazem kartel narkotykowy [ dość typowa niestety dla Latynoameryki kombinacja ], więc na cholerę potrzebne to Jankesom? Tym bardziej, że przekonali się jakimi fatalnymi konsekwencjami owa rzecz grozi, do dziś żywiąc stąd traumę.
Pomyślmy tylko, jak inaczej wyglądałaby druga wojna z Irakiem, gdyby zamiast pchać się tam wojskowymi buciorami Amerykanie przedłożyliby generalicji i bezpiece Saddama propozycję nie do odrzucenia, aby wydając go w ich ręce zyskali tym samym gwarancje bezpieczeństwa dla siebie? Iluż to arabskim mieszkańcom kraju ocaliłby ów akt życie, nie mówiąc o żołnierzach USA a takoż i naszych polskich, którzy zginęli walcząc za krwawą chucpę neokoszerwatystów. Podobnie z talibami, jakim Waszyngton powinien był postawić ultimatum, że w razie dalszego chronienia ibn Ladina dostaną srogi wpierdol, ale nie bezpośrednią inwazją wojskową i okupacją kraju, co nieustannymi bombardowaniami, wsparciem zbrojnym i wywiadowczym dla afgańskiej partyzantki, wreszcie atakami amerykańskich komandosów na miejscu. Pewien jestem, że w końcu by się ugięli pod byle konsekwentną presją militarną, ekonomiczną i polityczną, ''humanizując'' przy tym nieco swój reżim, ale nie poprzez wciskanie im na siłę liberalnego ''prawoczłowieczyzmu'', co prędzej na gruncie samego islamu. Najęci przez agendy USA muzułmańscy teolodzy, najlepiej ci ''fundamentalistyczni'', mogliby wytłumaczyć talibom, iż szariat nie oznacza zaraz, że kobieta ma nosić siatkę na twarzy skoro wystarczy do tego ''hidżab''. Podobnie z zanadto hojnym szafowaniem przez nich karą śmierci, a nade wszystko jeśli tacy z nich ''prawowierni'' niechże położą kres powszechnej we własnym kraju pladze ''homopedofilii''. Boć przecie ruchanie w tyłek drugiego mężczyzny, tym bardziej zaś dziecka jest w islamie ''haram'', czyli bezwzględnie zakazane, dlatego trzeba było wyjątkowego stopnia umysłowego spierdolenia, by w obliczu masowości owej patologii szerzyć jeszcze cholerne LGBT!!! W co zaangażowana była okupacyjna amerykańska władza Afganistanu, niechże więc piekło pochłonie i szlag trafi na miejscu wszystkich uczestników tegoż procederu. Nawiasem ''bolivariański'' tyran i jego ''first lady'' są fanatycznymi wyznawcami Sai Baby - hinduskiego guru i pedofila, do tego stopnia, że gdy Maduro był jeszcze ministrem dyplomacji z jego inicjatywy Wenezuela jako jedyny kraj na świecie ogłosiła żałobę narodową po zgonie tegoż spirytualnego degenerata. Wracając zaś do aktualiów: kluczowa będzie teraz postawa niejakiego Diosdado Cabello, ''szarej eminencji'' reżimu sprawującemu przywództwo jego paramilitarnych bojówek, tzw. ''colectivos'' terroryzujących politycznych oponentów, a za pośrednictwem swego kuzyna również kontrolując bezpiekę. Bo nie ma co zważać na nową [wice]prezydentkę/prezydentynię/prezydentyszcze kraju, jakiej nazwiska nawet nie pomnę, gdyż robi ona jeno za przysłowiową ''paprotkę''. Baba gada co jej każą, acz znamienne że mimo jej spolegliwych wobec Waszyngtonu deklaracji, oficjalnemu namaszczeniu na następczynię Maduro towarzyszyli ambasadorzy Chin, Rosji i Iranu, co trudno inaczej interpretować, jak wyzwanie pod adresem USA [ z drugiej wszakże znaczy, iż owe despocje pogodziły się już z dyktowanymi przez Jankesów realiami na ziemi ]. Podobnie jest ze świeżym dekretem zacieśniającym militarną i bezpieczniacką kontrolę nad krajem, grożąc srogimi karami stronnikom amerykańskiej interwencji wojskowej, tak więc nic nie jest wciąż przesądzone i dopiero z czasem okaże się, czy presja administracji Trumpa na Wenezuelę odniesie żądany skutek. Oby, bo dzięki temu odgrywający faktycznie wiodącą rolę w całej operacji Rubio wyrasta z teflonowego neokoszerwatysty na polityka całkiem serio, zwiększając tym samym własną szansę na przyszłą nominację Republikanów kosztem Vance'a i być może ostania się pierwszym latynoskim prezydentem USA. Wypada stąd żywić nadzieję, iż jego ostatnie deklaracje co do możliwej okupacji Wenezueli przez Amerykanów to jeno środki nacisku na wciąż stających okoniem ''chavezistów'', a nie groźby serio bo wtedy pewnie mielibyśmy powtórkę z Iraku i Afganistanu, niechby w złagodzonej wersji. Tak czy owak jedno pewnym jest: żadną miarą obecnej interwencji wojskowej USA nie należy brać za nawrót ''hemisferyzmu'' i doktryny Monroego, coby to sam Biały Dom na ów temat nie deklarował. Bowiem ludzie w swej masie są niczym inżynier Mamoń, zazwyczaj lubią melodie które już znają, stąd trzeba im klarować do łbów w oswojonej przez nich formie zupełnie nową treść. Powtórzę więc na koniec com pisał w ostatnim tekście na drugim ''kontrblogu'', iż ''America First'' nie znaczy jej zamykania się we własnej strefie wpływów ni tym bardziej ''izolacjonizmu'', a zachowanie globalnego prymatu w nieznanym dotąd wydaniu. Co paradoksalnie domaga się wyrzeczenia przez USA dotychczasowej hegemonii, opartej o ''prawoczłowieczyzm'' i system wolnego handlu, który w jego realnej postaci był projektem polityczno-militarnym, sprawowanym głównie za pomocą wojennej floty czuwającej nad bezpieczeństwem przesyłu towarów, przeto nie mającym zgoła nic wspólnego z libertariańskimi bzdetami. Takoż w poczynionym we wzmiankowanym tekście dopisku nadmieniłem, iż nieprzebrane wręcz zasoby wenezuelskiej ropy, jakie Amerykanie mogą tym sposobem zyskać, prędzej niż ich koncernom wydobywczym przydadzą się US Navy...
...na wypadek konfrontacji zbrojnej z Chinami, czego życzyć sobie nie należy, ale to już zupełnie inna historia. Nade wszystko zaś, o jakim to ''gwałceniu suwerenności'' mowa, gdy idzie o państwo, które jak widać nie jest sposobne, ani nawet za bardzo chce się bronić? Z absurdalnie rozdętą armią zdatną jeno do terroryzowania własnych bezbronnych obywateli, jak na typowych przegrywów przystało, nie zaś konfrontacji zbrojnej z prawdziwym przeciwnikiem na polu boju, czego należałoby spodziewać się po wojsku? O realnej suwerenności danej nacji czy państwa decyduje możność obrony własnych interesów, zwłaszcza może przed silniejszym wrogiem. Nie zaś dęte ''rewolucyjne'' frazesy bez pokrycia, pomstowanie na ''imperialistów'' i ''globalistów'' jedynie na słowach, czy same ''umowy międzynarodowe'' warte tylko jako prawna rama dla rzeczywistego potencjału podmiotów politycznych. Dajta se więc spokój ludziska z ''prawoczłowieczym'' wzmożeniem, bo nie ''będzie jak było'' podoba się to komu czy nie, więc mentalni KOD-eraści mogą już wy...jść. Trump jaki jest każdy widzi, ale zaprowadzana przezeń swoista ''kałokracja'' robi za ideologiczną lewatywę dla systemu, któremu groziło instytucjonalne zatwardzenie. Dlatego nie pachnie to miło ni tym bardziej wygląda oględnie zowiąc, wszak było konieczne dla zrodzenia nowego globalnego ładu, politycznego ''chaosmosu'' o jakim traktuje mój ostatni tekst na drugim ''kontrblogu'', więc tam odsyłam kto chce po jego szczegółowe omówienie.
[ Iran zaś ma prawo się bronić, bo MOŻE - i tylko jego naród jest władny obalić reżim ajatollahów, nikt inny! ].