sobota, 6 czerwca 2026

Wieczne rozpamiętywanie przeszłego to wzorzec piekła.

Fuentes pewnie i jest ''polakofobicznym'' fedziem czy tam pedziem, ale co do jednego akurat ma rację, że koszer prawica jest do zaorania, nade wszystko w USA. Bowiem ślepy proizraelizm czyni ją pariasem na arenie międzynarodowej, sprowadzając potencjalnie katastrofalne skutki polityczne i gospodarcze dla reszty świata. Nie ma zaś na to innego sposobu niestety, jak wyborczy triumf zlewaczałych amerykańskich Demokratów, gdyż z dwojga ZŁEGO lepsze to, niż hinduski oszust, którego jedynym tytułem do władzy ma być kumplowanie się przezeń z Vancem na studiach. Mowa o Viveku Ramaswamym kandydującym na gubernatora Ohio z ramienia Republikanów, a wspieranym w tym przez lobby Thiela, proizraelskie i zarazem filorosyjskie [ wystarczy obadać wypowiedzi wchodzącego w jego skład Davida Sacksa o wojnie na Ukrainie ]. Amerykańska prawica nie przetrwa na dłuższą metę w takiej formie jak dotąd, trzeba więc ją zaorać i odtworzyć na zupełnie nowych zasadach, co doskonale okazało uwalenie w prawyborach Thomasa Massie. Wprawdzie nie żal mi go wcale, bo to ultralibek [ tfu! ] blokujący wsparcie zbrojne dla Ukrainy wespół z Vancem, jak ów otwarcie przyznał. Wiadomo jednak, że nie o to poszło a konsekwentny sprzeciw Massiego także wobec pomocy Izraelowi, niemniej gdyby decydowały głosy młodych prawicowców i w średnim wieku zwyciężyłby, ponieważ jednak Republikanie to zgrzybiała, chyląca się ku upadkowi formacja, przeto stare dziady i baby przeważyły. Dobrze pojmuję owo ''akceleracjonistyczne'' podejście Fuentesa, gdyż zupełnie niezależnie i świadom zasadniczych różnic między Polską a USA doszedłem do podobnych wniosków co do PiS. Przykro to rzec, ale główna nasza partia opozycyjna przypomina obecnie twarz Anny Krupki - dawnom nie widział pani poseł, stąd byłem w lekkim szoku, aż chciało mi się zawołać z trwogą: ''na miłość boską kobieto, kto ci tak spatolił oblicze?!''. Wygląda niczym żeńska wersja ''looksmaxxingu'', jakby se omłotkowała szczękę, albo obca forma istnienia przejęła władzę nad jej głową. Przyznać więc należy Schreiberowej, iż ma znacznie lepszego chirurga, acz również przypomina kosmitkę, tak że człek wątpi co w niej zostało z kobiety, a co już jest żeńskim cyborgiem. W każdym razie ''Mar-a-Lago face'' Krupki stanowi żywy [?] dowód do czego prowadzi kliniczna ''trumpoza'', jaka dosłownie trawi PiS. Dla mnie ostatecznym argumentem za tym, by dać sobie spokój z ową formacją było ślepe wsparcie jej przywództwa dla Orbana, wraz z odmową uznania politycznego bankructwa tegoż przywódcy Węgier w sromotnie przezeń przegranych wyborach. Bo świadczy to o braku refleksji nad nieaktualną już formułą działania, tym samym uniemożliwiając własną poprawę, przez co PiS nie jest w stanie zdyskontować upadku nierządu Tuska, oraz sobiepaństwa różnych Żurków, arbitralnie decydujących jakie to przepisy prawa będą wykonywać, które zaś nie. Sytuacja jawi się beznadziejną, gdyż Kałfederacja i brauniarze to chuj a nie alternatywa, nie chcę bowiem mieć nic wspólnego tak z proizraelskim co i filorosyjskim prawactwem, w dodatku skażonym ohydnym socjaldarwinizmem pomieszanym z wolnorynkową mitomanią. PiS więc musi dostać wpierdol za Czarnkowe umizgi do nich, zresztą i tak daremne, a ku memu żalowi prezydent Nawrocki spraw nie ogarnie po tym, co ostatnio dojebał z Zełeńskim i ''jego UPA''. Dlatego właśnie, że nie poddałem się proukraińskiej euforii, tym bardziej nie zamierzam ulegać antyukraińskiej histerii, a niestety inaczej nie sposób określić reakcji polskiej prawicy na postępki władz w Kijowie. Od początku bowiem rosyjskiej inwazji pisałem: tak, Wołyń pamiętamy, a za chachłami nie przepadamy, ale każdy zabity przez nich kacap to dla nas Polaków czysty zysk - czego tu nie rozumieć? Kto widzi w tym przejaw rzekomej ''rusofobii'' niechże zajrzy na Telegram, wprost zawalony świadectwami wojennych bestialstw Z-Rosjan, jakimi sami wręcz się chełpią. Im doprawdy wsio rawno urżnąć łeb wziętemu do niewoli jeńcowi, czy podpiąć jaja do prądu swojakowi, bo Moskale rzeczywiście są bandą sadystów i morderców, z czego powtórzmy czerpią autentyczną dumę. Przeto w '22 nie prezentowaliśmy Ukraińcom czołgów z sympatii, a w imię naszego zdrowego interesu narodowego, by kacapskie robactwo nie rozpełzło się po całej już wschodniej granicy RP. Niby zaś jaki inny sposób był na powstrzymanie owej zarazy, jak nie zbrojne wsparcie dla tych strasznych ''banderowskich rezunów''? Kto nie pojmuje, że w życiu, a zwłaszcza polityce mamy zwykle wybór między złym i naprawdę już fatalnym niech się nią nie zajmuje, a np. płodzeniem dzieci skoro tak ich brak. Nikt tu więc nikomu nie robił łaski, ani my Ukraińcom, tym bardziej zaś oni nam walcząc o siebie, przestańmy stąd wreszcie pieprzyć kto za co komu niby ma być ''wdzięczny'', bo to polityczna piaskownica godna jakichś queerowych ''osób pedalskich''.

Bez dwóch zdań przyznanie orderu Orła Białego Zełeńskiemu było głupotą ze strony ówczesnych polskich władz, ale tym większą żenadą jest próba odebrania mu go w takich nie innych okolicznościach dziejowych. Dopiero na piąty rok wojny odkrywamy, że z Ukraińcami dzieli nas Polaków historia? Nie tylko narodowa - z Rosjanami wojuje też ukraińska antifa, która jak wcześniej lała się po łbach z neobanderowcami, tak obecnie pod Hulajpolem nakurwia z haubic do rosyjskich nazioli. Mnie jako państwowca, zdeklarowanego etatystę mierzi anarchizm, obojętnie lewicowy czy wolnorynkowy, mam więc fochować się na Ukraińców dlatego, że częścią ich historii jest dziedzictwo Nestora Machno? Wprawdzie o ile mi wiadomo nie mordował on Polaków, chyba że kresową szlachtę, ale też z Rosjanami mamy kosę głównie nie o to, że nadal wielu z nich wielbi Stalina: antypolskiego ludobójcę, odpowiedzialnego za czystkę etniczną sowieckiej Polonii. Decydują aktualne zagrożenia, nie mogliśmy bowiem pozwolić, by zmiażdżyli nas wespół z goebbelsami stawiając tym przed faktem dokonanym Amerykanów. Oni zaś nie ruszą tyłków w obronie Polski, bo nie jesteśmy Izraelem by narażali dla nas własne interesy! Zarazem pogarda, by nie rzec nienawiść do Zełeńskiego okazywana przez Trumpa, przy jego czołobitnym stosunku do takiego arcygudłaja co Mark Levin dowodzi, iż bynajmniej nie o Żydów jako takich się rozchodzi, a jeno ''wybranych'' spośród nich reprezentujących ''Wielki Syjon''. Bowiem zalatujące sztucznością wzburzenie Nawrockiego i Bosaka dziwnie jakoś zbiegło się z niedawnym aresztem Jermaka przez ''antykorupcyjną'' bezpiekę NABU, którą to faktycznie kontroluje FBI. Czuję stąd w całej aferze jankeski swąd, gdyż Amerykanie już od dłuższego czasu cisną Zełeńskiego by wymienić go na kogoś bardziej im spolegliwego, być może za to choćby, iż za bardzo pokumał się z Turasami. Co bardzo, ale to bardzo nie podoba się Zesraelowi, jakiego władze pozwalają sobie na otwarte deklaracje wojenne pod adresem Ankary, zresztą z wzajemnością. Kto uważa za nierealną możliwość takowej konfrontacji zbrojnej, niechże wspomni tych wszystkich mądrali wykazujących nam ledwie przed kilku laty ''absurdalność'' rosyjskiej inwazji na Kijów. Izrael również dowiódł, że władny jest pakować się w kilka wojen naraz nie mając ku temu należytych sił, niemiłosiernie przeciążając własne zdolności wojskowe nawet przy totalnym wsparciu USA. Oto prawdziwy ''nierealizm polityczny'' co się zowie! W każdym razie skoro prezydentowi Nawrockiemu umyśliło się najwidoczniej przejąć od PiS i samego Orbana rolę prymusa jakowegoś ''wschodnioeuropejskiego trumpizmu'', znaczy nie ma już ratunku ni zmiłowania dla polskiej prawicy. Nie stać mnie zaś na uprawianie bezpaństwowej fikcji spod znaku ''nie idę na wybory'', stąd biorąc powyższe czuję się zmuszony ponownie zatkać nos i oddać głos, ale tym razem na sektę ''Razem'', albo Matysiakową o ile ta założy własną formację, co nie kryję wolałbym. Mimo iż zdecydowanie nie podzielam lewicowej agendy tak obyczajowej, co i ekonomicznej będąc stronnikiem kapitalizmu, ale państwowego w którym to prywatne firmy działają wespół z rządem. Dlatego nienawidzę i tępię libtardów ile sił, gdyż przeciwstawiają oni biznes państwu, mitem zaś jest, iż gospodarczy etatyzm preferuje jedynie korporacyjne molochy. Przykładem choćby sukces militarno-szpiegowskiego ''Palantira'', który zaczynał jako ''bieda-firma'' zawdzięczająca kapitał początkowy funduszom CIA. Po to właśnie, by zasiedziałe na amerykańskim rynku giganty zbrojeniowe miały jakowąś konkurencję, gdyż problemem bezpieczeństwa jest zbyt mała dywersyfikacja wśród dostawców armii USA. W ogóle to wolnorynkowy libertarianizm jest bodaj czy nie bardziej wrogi kapitalistom niż marksizm, bo podporządkowuje bezwzględnie ich interesy służbie mitycznemu ''überkonsumentowi'', jaki ma sprawować nad nimi iście tyrańskie rządy wedle Misesa. Dosłownie: ''klient nasz pan'' - a więc tyś jego niewolnikiem przedsiębiorco! Nie podzielam też optymizmu Wojczala, który zwala wszystko na ''zazdrość'' Ukraińców wobec nas Polaków, że gdy oni giną nam się wiedzie. Ruina ich kraju i jego spustoszenie wojną są faktem, ale przejście owej próby ognia zahartowało o wiele lepiej niż nas do wyzwań, jakie niosą obecne czasy. Mam na myśli nie tyle widmo rosyjskiej agresji, co warunki nowego ''world order'' Amerykanów, które wcale nie muszą pokrywać się w pełni z interesami RP. Bowiem ów orbitalny, bez mała już astropolityczny ład USA niesie chaos w sferze przyziemnej, wymagając w pierwszej kolejności od ich sojuszników trudu dostosowania się doń, w tym rzecz.

O ''transfilii'' lewactwa nie ma co już gadać, bo to jeno dorabianie ideologii do spierdolenia umysłowego - ktokolwiek w imię źle pojętej tolerancji utwierdza zboczeńców w urojeniach na temat własnej płci i z rozstroju tożsamości czyni cnotę, wyrządza tym jedynie krzywdę w jakie to szlachetne hasła by tego nie ubierał. Zresztą ono samo porzuca de facto ''wokeism'', przecie Mamdani choćby zwyciężył głównie tym, iż pokajał się publicznie za ''defund the police'' i postawił na agendę ekonomiczną, na ile szczerze to osobny temat. Onże pierwszy ''islamistyczny'' burmistrz Nowego Jorku stanowi przykład lewaka nowego typu, nie jak dotąd zwykle niechlujnego zwyrola z kolorowym czubem, a odzianego w garnitur i pod krawatem jak Kyle Kulinski czy ostatnio sam Hasan Piker. Co wprawdzie nie czyni ich mniej zjebanymi ideologicznie, nade wszystko przez obłędny ''ChinamaXXXing'' doprowadzający mnie do szału, bo sam przeszedłem ową ''żółtą febrę'' z ponad dekadę temu, kiedy prezydent Duda latał do Pekinu i nabyłem stąd przeciwciała wobec niej na resztę życia. Nie żywię więc złudzeń, iż przyjdzie mi w końcu oddać głos na ''osobowiszcza'' dla których jestem pewnie ''transfobem'', ''faszystą'', ''mizoginem'' i cholera wi kim jeszcze, ale totalne spierdolenie krajowej prawicy nie pozostawia mi pod tym względem dosłownie innego wyboru! Bowiem zanadto jak na mój gust żyje ona przeszłością, a Rosja klinicznym wprost dowodem jak fatalne konsekwencje niesie pogrążanie się w niej, nomen omen. Niewątpliwie historię warto znać, ale po to właśnie, by nie dać się nią powodować bezkrytycznie, inaczej przyjdzie samemu odejść w niebyt. Kurczowe czepianie się przeszłego nie ma nic wspólnego z dobrze pojętym konserwatyzmem, jaki nie jest wrogi zmianom jako takim, lecz jedynie ślepemu progresywizmowi nie uwzględniającemu ograniczeń ludzkiej natury, w imię prometejskiej pychy dokonującemu gwałtu na rzeczywistości. Przeto nie postuluję amnezji historycznej w relacjach z Ukrainą, a jedynie powściągnięcie głupich egzaltacji, obojętnie doprawdy pro czy kontra. Bowiem warunkiem uczciwego dialogu jest paradoksalnie ustalenie protokołu rozbieżności, gdyż dopiero kiedy będziemy mieć jasność w kwestiach, jakie nieodwołalnie często dzielą, możemy rozmawiać o tym co nas ewentualnie łączy. Żadnego stąd radosnego hołubca ''międzymorzaństwa'' nie będzie, pora zaś wreszcie uznać, że Ukraińcy to osobna nacja z własną historią, a nie pierdolić jak kacapy, iż to ''sztuczny naród'' - a który to kurwa mać jest naturalny?! Co niby, Rosjanie wyrośli na kamieniu, jak mech czy grzybnia? Insza inszość, że faktycznie poczynają sobie niczym pleśń, albo szarańcza... Ukrainiec może upatrywać w Piłsudskim ''zaborcę'' i ''tyrana'', moje zaś prawo mieć to w dupie, na skandal zakrawa jeno chwalenie Bandery na polskim Stadionie Narodowym, kogo zaś hołubią u siebie chachły to już nie nasza ''lasza'' sprawa. Powtórzę: Rosja jest nam wrogiem nie dlatego, że świętuje wypędzenie Polaków z Kremla, chociaż większość była nimi dopiero w którymś pokoleniu. Bo przecie jeszcze pradziad hetmana Chodkiewicza był prawosławnym ruskim kniaziem, Żółkiewski natomiast choć wywodził się z polskiej szlachty, jednak mocno zruszczonej itd. Nie czas jednak i miejsce na brnięcie w historyczne rozważania o pokrętnych dziejach wschodniej Europy, skądinąd niezwykle ciekawych o ile tylko nie bywają narzędziem w rękach polityków do rozstrzygania najzupełniej aktualnych, zwykle doraźnych problemów. Bowiem kto żyje bez reszty przeszłością ten sam w końcu się nią staje, niczym Rosja: ''widmoimperium''. Rzecz tyczy również wrogów Izraela - realną kontrą dla wspomnianej na wstępie koszerprawicy nie są maniacy gadający jak najęci: Żydy, żydy, żydy... Tym bardziej zaś prawdziwi stronnicy Hitlera, ludobójcy i przegrywa, faktycznie pracujący na rzecz syjonistów, bo potwierdzający ich ''antysemickie'' histerie. Należy mieć jakąś pozytywną alternatywę dla takich jak niemiecki pederasta Thiel, czy afrożydowski mieszaniec rasowy Alex Karp, obaj z militarno-szpiegowskiego ''Palantira''. Widząc, że syjonizm dawnego typu odchodzi z wolna w przeszłość tworzą jego nową postać, gdzie obrona Izraela wpisana jest w szerszy front wojny cywilizacji z barbarzyństwem, uosabianym tu przez wroga zewnętrznego, jakim są Chiny, co i wsobnego, którym to ma być ''islamokomuna'', sojusz lewactwa z muzułmanami. Same zaś ''specjalne relacje'' między USA a ''Wielkim Syjonem'' nie tyle sczezną, co wręcz ulec mają pogłębieniu zstępując jeno w szarą strefę kontraktów rządowych z firmami zbrojeniowymi dla lepszego kamuflażu. Co temu realnie może przeciwstawić stronnictwo ''America First''? Oto pytanie, na pewno jednak nie zaprawione żółcią historyczne resentymenty - ku rozwadze.

sobota, 28 marca 2026

Operejszyn ''Epicki Fakap''.

Wypada mi poczynić dopisek w mej serii tekstów o czynnej już wojnie USA/Izraela z Iranem, by zaznaczyć różnicę zdań jaka dzieli mnie w owej materii z Foxem. Zastrzegając na wstępie, iż nie toczymy sporu o rzekome ''zwycięstwo'' Iranu, bo w obliczu militarnej przewagi USA/Izraela rzecz była przesądzona z góry. Dosłownie jak widać jeśli idzie o panowanie nad przestrzenią powietrzną kraju, z czego same ajatollahy a zwłaszcza pasdary doskonale zdawały sobie sprawę, od dekad szykując się do ASYMETRYCZNEGO konfliktu. Dlatego przypominanie w pozornej kontrze o względnie żałosnej odpowiedzi zbrojnej Iranu jest mocno nietrafione [ nomen omen ]. Idzie zaś o to czy wojskowe zwycięstwo Amerykanów nie przedzierzgnie się w ich strategiczną porażkę, jak to zwykle właśnie bywało w ostatnich dekadach, a na to poczyna wyglądać. Co przyznają najgorliwsi stronnicy ataku na Iran, w ledwie niecały miesiąc przechodząc od poczucia triumfalizmu do pierwszych oznak paniki. Wygląda stąd, że USA pod przewodem Trumpa zabrnęły w pułapkę z jakiej nie ma dobrych wyjść, nawet w przypadku militarnego zwycięstwa. Bowiem ugrzęzły przez to w regionalnym konflikcie, który stawia je na kolizyjnym kursie min. z Turcją - jakby nie było państwem NATO o drugiej liczebnie armii Paktu. W dodatku niesie on niszczące skutki nade wszystko dla dalekowschodnich rywali Chin, jak więc to się ma do ich pokonania dalibóg nie wiem. ''Specoperacja wojskowa'' Netanjahu/Trumpa [ w tej właśnie kolejności ] wygląda podobnie jak ta Putina zrobioną na kolanie, opierając na zupełnie fałszywych przesłankach i niosąc potencjalnie równie fatalne dla agresorów konsekwencje. O tyle dobrze, iż mocarstwowa pycha Rosjan, tak samo jak Amerykanów a zwłaszcza Izraelczyków winna być ukarana, o ironio przez monstrum którym jest reżim ajatollahów, jakie przecież sami zrodzili. Na owym tle aryjski prinz jawi się nie tylko żałosną, ale wprost obrzydliwą kreaturą, nie dziwota stąd, że otoczenie amerykańskiego prezydenta odżegnuje się od ''niedoszacha'' niemal otwarcie nim gardząc, a sam Trump deklaruje wolę ''porozumienia'', de facto zaś przyjęcia kapitulacji od pozostałych resztek przywództwa reżimu. Izrael także zdawał się nie traktować poważnie nawrotu ''szachanatu'', wykorzystując cynicznie jego stronników na miejscu li tylko do siania zamętu w kraju. Inaczej nie sprokurowałby choćby mieszkańcom irańskiej stolicy istnej apokalipsy toksycznej chmury i padającego zeń ''ropodeszczu''. Co jest odroczonym jeno ludobójstwem, grożąc plagą nowotworów i ciężkich chorób dróg oddechowych dla rzeszy tym dotkniętych, bez względu na ich stosunek do tyranii ajatollahów. Irańskim monarchistom pozostało stąd już tylko histerycznie i agresywnie zaprzeczać rzeczywistości tworząc sobie jej alternatywę za pomocą AI, oraz skorumpowanych w tym celu pedziów nawołujących wprost do urządzenia drugiej Hiroszimy ich własnemu krajowi! Dlatego porównanie z ''Solidarnością'' jest wyjątkowo nietrafione, bardzo oględnie zowiąc, bo czy ktoś wyobraża sobie jej emigracyjnego działacza, który posuwa się do równej podłości? Poza jakimiś kompletnie marginalnymi szumowinami, czy wręcz esbeckimi prowokatorami, więc ''niedoszach'' może być co najwyżej irańskim Bolęsą. 

Nasz spór o to jest objawem znacznie głębszej różnicy między nami, najwidoczniej bowiem Fox nadal hołduje wraz z podobnymi mocarstwowej wizji świata. Kompletnie anachronicznej mym zdaniem, gdyż jako ludzkość weszliśmy w nieznane, jak wszystko na to wedle mnie wskazuje, stąd w owej ''nowej normalności'' nie zdadzą nam się na wiele dawne formuły. Mocarstwowość więc będzie możliwa, o ile w ogóle, już tylko na regionalną skalę a i to wątpliwe, o czym wkrótce może przekonać się sam Izrael. Padłszy ofiarą nie tyle zewnętrznego wroga, co własnej imperialnej ''hybris'' i nie licującego z faktami triumfalizmu, stąd coraz więcej Żydów ma serdecznie dość syjonistycznej doktryny, nie odpowiadającej już w pełni aspiracjom ''narodu [ przez się ] wybranego''. Czas wkrótce okaże kto z nas ma rację w tej materii, wiem tylko jedno: alternatywa ''pseudoromantyczna mocarstwowość'' vs. ''biedarealistyczny kundlizm'' jest z gruntu fałszywa, kompletnie przez to bezużyteczna w realiach jakie nastały, więc potrzeba czegoś zupełnie nowego by się w nich odnaleźć, a co dopiero czeka na odkrycie. Dzieje się zaś tak, gdyż logiką obecnej postaci globalizmu włada nierząd światowy i fragmentaryzacja, stąd jedynie radykalnie przebudowana formuła państwa narodowego może pozwolić nam ugruntować się w owym ''chaosmosie''. Przykładem Ukraina, która z poradzieckiego ''biedapaństwa'' wykuwa w ogniu wojny swój nowy, iście eurazjatycki kształt zacieśniając zbrojne więzy z krajami Bliskiego, jak i Dalekiego Wschodu. Rosja zaś, podobnie co USA oraz Chiny wszystkie jednako zarzucają swe mocarstwowe projekty, każde z nich tylko na własny sposób, a że Izrael zdaje się teraz leźć w przeciwną stronę dowodzi monstrualnej głupoty jego elit. Bowiem Gudłajstan nigdy tak naprawdę nie był państwem ''narodu wybranego'' określonym w swych granicach, inaczej nie rościłby sobie prawa do całej diaspory bez względu czy jej członkowie sobie tego życzą lub nie. Co gorsza, większość syjonistów nie jest nawet Żydami... to szabesgoje jak nordycki ''judeokrzyżak'' Hegseth, który nie chciał by jego syn umierał na Donbasie za Ukrainę [ mimo iż włada nią Żyd ], za to posyła synów i córki innych Amerykanów, by ginęli w imię ''Wielkiego Izraela''. Za samo tylko jego i Trumpa otwarte przyznanie, iż wszczynając wojnę nie spodziewali się odwetu Iranu na krajach Zatoki, w lepszych czasach obu spotkałaby niesława i zgon w hańbie. Powyższe nie oznacza jednak autarkii, wręcz przeciwnie: dla zachowania suwerenności państwa, oraz tworzące je narody zmuszone są do zawierania nader egzotycznych sojuszy, sięgających bywa daleko poza ich granice. Tworząc owym sposobem niespotykane dotąd struktury, które przez swą amorficzność pozwalają im odnaleźć się w ulegającym tak dynamicznym przemianom świecie. Dlatego twierdzę, że wojnę z Iranem można wytłumaczyć tylko jako kontrolowany przez same USA sposób na dogłębne przeoranie ich globalnego ładu, by na jego gruzach wznieść całkiem nowy. Przeto jawi się samobójczą katastrofą Ameryki, którą i jest w istocie wedle wszelkich oznak, ale możliwe ów chaos zrodzi inny porządek rzeczy, jakiego reguł przyjdzie nam dopiero się wyuczyć. Rządzony zasadą komunikacji, co wcale nie musi oznaczać zgodnej jej natury, jak to sobie naiwnie roił niedawno zmarły demolibek Habermas. Owszem, może ona przyjmować formę mniej lub bardziej jawnej konfrontacji, stąd Trump zdawał się aberracją systemową, która jednak przynajmniej dotąd niosła efekty. Inaczej trzeba by uznać, że on i jego MAGA to jeno banda zbrodniczych nieudaczników i chucpiarzy...

...na pewno zaś Izrael jest państwem zbójeckim, terroryzującym wespół z USA bez mała już cały świat! Orientalizując się w oczach, porzuciwszy swe dotychczasowe więzy z Europą i stąd mroczny kult Zagłady na rzecz retoryki o ''biblijnych korzeniach'' syjonizmu. Wszystko zaś po to, by stać się regionalnym hegemonem, jaki w sojuszu z Indiami, oraz pomniejszymi muzułmańskimi graczami pokroju Azerbejdżanu czy Zjednoczonych Emiratów, panować nad Bliskim Wschodem. Co nie znaczy, iż jego związki z dawnym Okcydentem ulegną całkiem zerwaniu, a raczej ustanowione zostaną na zupełnie nowych podstawach. Izrael bowiem jawi się zwornikiem ''paktu krzemowego'', zawiązanego przez Amerykanów dla ochrony fundamentów technologicznej rewolty AI. Póty co rzecz palcem na wodzie pisana, niemniej rzucałaby światło na ów osobliwy mariaż nowoczesnego z archaiką, ożywieniem biblijnych mitów charakteryzujący obecny Gudłajstan. Wprawdzie ''sztuczny intelekt'' to jeno metafora komunikacyjnej synergii elementów mocno sfragmentyzowanej rzeczywistości. Im zaś większy jej chaos, tym szerszy zakres przybierają owe interakcje, możliwe jedynie dzięki wytrąceniu świata z jego ''przedustawnej harmonii'' w jakiej pierwotnie spoczywa. Niemniej gdyby potraktować ''sztuczny intelekt'' jako choćby namiastkę ludzkiej umysłowości, nie może on w takim razie ograniczać się do rozumowych operacji wedle reguł logiki, lecz i zawierać sporą dozę irracjonalności stanowiącej przecież jej integralną część. Bowiem nie wiedzieć czemu zakładamy, iż AI ma być od nas mądrzejsza, gdy równie dobrze może przewyższać nas i głupotą, czy nawet obłędem. Przeto jej modelom zdarza się nagminnie oszukiwać, bywa też same podatne są na manipulacje, czasem zaś wręcz majaczą. Dlatego ich militarne zastosowanie musi poniekąd wieść do cyfrowego odpowiednika mózgu zbrodniczego psychopaty... a przynajmniej tak mi się wydaje. Byłażby więc wojna z Iranem mordem założycielskim techarchaicznego ''Wielkiego Izraela'', absorbującym za pomocą narzędzi AI głębokie pokłady żydowskiej psyche? Nie mogło stąd obyć się bez masowego wyrzynania nowych Amalekitów, tyle że już dronami i artylerią, oraz bombardowaniami, nie zaś włócznią czy mieczem. Wszakże jaki w tym interes samej Ameryki dalibóg nie wiem, chyba że - patrz wyżej. Tłumaczyłoby to zaangażowanie w ów projekt techoligarchów pokroju Thiela czy Davida Sacksa, oraz ich politycznego eksponenta którym jawi się ''katolicki syjonista'' Vance, czyli lightowa wersja protestanckiego. W każdym razie na koniec wypada mi powtórzyć, iż ma polemika z Foxem nie tyczy militarnych szans ''Epic Fury'', poronionej zaś strategicznie począwszy od jej zalatującej chucpą nazwy. Przyznaję natomiast może ona mieć swój krwawy, zbrodniczy sens jako akt fundujący nowy globalny ład w miejsce starego, którego ostatecznym zniweczeniem trudnią się sami Amerykanie. Lubo władza nad USA dostała się ''planecie małp'' z brzytwą, miotających we wrogów odchodami. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że Trump podpala se dupę i jeszcze stary dziad się tym kurwa cieszy!

sobota, 7 marca 2026

Nowa Ameryka - narodowa w formie, socjalistyczna w treści.

Trump jest politycznym ''Antychrystem'' - nie w znaczeniu infantylnej satanerki a ''faustowskim'', jako ta siła co czyniąc zło ostatecznie służy dobru. Bowiem nieświadomie zapewne przyczynia się do kresu protestanckiego ''judeochrześcijaństwa'', które legło u podwalin nie tylko mesjańskiego neokoszerwatyzmu, ale i w swej zsekularyzowanej wersji liberalnego prawoczłowieczyzmu. Dlatego by Ameryka ponownie stała się wielką musi raz na zawsze wyzbyć się purytańskiego dziedzictwa ideowego, jakie zagnało ją w obecny ślepy zaułek. Nie ma innego sposobu, gdyż dosłowna lektura Biblii prowadzi do ludobójstwa, szczególnie Starego Testamentu, który protestanci w praktyce przedkładają nad Nowy. Bez chrystusowego przykazania miłosierdzia i oprawy teologicznej, bazującej na greckiej filozofii i rzymskiej myśli prawnej, tak pojmowane bardziej nawet judeo- niż ''chrześcijaństwo'' stanowi krwawy, ociekający juchą i wprost demoniczny kult. Nie zaradzą temu coraz liczniejsze w USA konwersje na katolicyzm czy wręcz prawosławie, bo wątpliwe jednak by kiedykolwiek przekroczyły liczbą masę krytyczną. Poza tym żadna to alternatywa biorąc postępowanie nie tylko obecnej rosyjskiej synagogi szatana cerkwi, ale również serbskiej podczas wojny w krajach b. Jugosławii. Niestety owa patologia tyczy i rzymskiego katolicyzmu, jakiemu niedawno jeszcze przewodził durny papaj Franczesko po którym nie płakałem. Negujący głupio rosyjskie sprawstwo zbrodni wojennych na Ukraińcach, oraz podle wydający podległą sobie trzodę wiernych na pastwę chińskiej komuny. Łże-katolicyzm nie wadził Bidenowi w jego zagorzałym prosyjonizmie, czy wsparciu dla skrobanek i zaślubin pederastów. Gorzka to piguła dla prawicowca, ale pora nam skonfrontować się z faktem, że nawrót do religii nie czyni ludzi ani ich społeczeństw lepszymi z automatu. Owszem, może stać się narzędziem w rękach cynicznych skurwysynów i prowadzić do usprawiedliwiania masowych zbrodni, tak w Rosji, co Izraelu, USA czy Iranie. Zaryzykowałbym wręcz tezę, że amerykańscy ''judeochrześcijanie'' są gorsi nawet od islamistów, przynajmniej jeśli idzie o skalę i możliwości wyrządzania zła, o ileż znaczniejsze przez Stany Zjednoczone w tandemie z Gudłajstanem, niż u jakiegokolwiek z muzułmańskich krajów. Na szczęście przychodzi temu kres wedle wszelkich znaków, acz sama agonia zapowiada się będzie długa, krwawa i bolesna, gdyż bestia protestanckiego syjonizmu nie zejdzie z tego świata bez walki. Jednakże śmierć owego potwora zrodzi nową Amerykę, wolną już od skompromitowanego ze szczętem dziedzictwa zżydzonego duchowo pseudochrystianizmu. Trudno orzec z pewnością jaką postać konkretnie ona przybierze, ale z grubsza można przypuszczać, iż będzie jako się rzekło lewicowa ekonomicznie, zaś nacjonalistyczna w sferze polityki i może do pewnego stopnia także kultury. Nadchodzi zemsta białych komuchów wkurwionych na czarnych i pedałów, że chcą tańcować dla Zesraela. Demencja ''wokeismu'' stąd nie powróci, coby se tam różne lewaki nie roiły, przynajmniej w tym zakresie i natężeniu co dotąd. Forpocztą owych zmian stało się wyborcze zwycięstwo Mamdaniego, obranego głosami przeważnie zamożnych nowojorczyków, reprezentujących więc nowy socjalizm bogaczy. Dzieje się zaś tak, gdyż kapitalizm wyzbywa się liberalizmu, jako niepotrzebnej mu już skorupy ideowej, z którą  to zresztą miał dotąd niezbyt wiele wspólnego. Wszystko przez to, iż retoryka o swobodnym przepływie ludzi i kapitału w świecie ''bez granic i państw'' traci sens, gdy wyczerpują się zasoby taniej siły roboczej przez obecne globalne zlodowacenie demograficzne. Póty co jesteśmy dopiero na progu owego procesu, stąd obserwujemy wręcz nasilenie masowej migracji, bowiem system chce wycisnąć zeń ostatnie soki. Niemniej skala i tempo wymierania ludzkości przybrały takie rozmiary, że jak sądzę efekty będą odczuwalne już u końca obecnej dekady, a w perspektywie dwóch-trzech niemal na pewno. Zaradzić temu może, a i to w niedoskonały sposób, jeno powszechna automatyzacja produkcji i usług, która nie tyle zastępuje ludzką pracę, co niesłychanie wzmaga jej produktywność. Pozwalając jednemu człowiekowi robić nawet nie za dwóch, co wręcz dziesięciu, jak możemy to obserwować już od jakiegoś czasu w przemyśle czy rolnictwie, albo rynkowych transakcjach. Ślepy więc tylko nie dostrzega, że sfanatyzowani Amerykanie poświęcają właśnie swe interesy na ołtarzu izraelskich, acz motywy Trumpa są bardziej przyziemne, gdyż wzorem ojca zbił majątek dzięki związkom z możnym żydostwem oraz takimże lobby, które przeto w jego osobie zyskało powolnego sobie ''puryca''... Stąd i ma koszernego zięciunia, zarazem jednak wydał młodszą córkę za chrześcijańskiego Araba, maronitę z Libanu i podobnie jak on synalka bogacza, znaczy stary wyga zwęszył zmianę koniunktury na korzyść ''Fenicjan''. Spanikowany tym Beniek Szapiro z typową dla Żydów bezczelnością obwinia lewaków co i prawaków o służenie ajatollahom za ''pożytecznych idiotów''. Chuj sam przedkładając własne dobro nad ''swego'' kraju, jakiego obywatelem jest tylko formalnie, ciągnąc go w przepaść zbędnego mu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie dziw więc, że w USA wtórują radośnie hasbarze odmóżdżone i zarobaczone piwniczaki typu Asmongolda.

W każdym razie ów demoniczny kult syjonizmu, tak w jego stricte religijnej co i zsekularyzowanej formie, doprowadził ostatecznie do katastrofy obecnej wojny z Iranem. NIEZALEŻNIE OD JEJ MILITARNEGO WYNIKU, bowiem dobitnie okazała, że Izrael jest ustrojowym ''pasożydem'' Ameryki, jakiego musi się ostatecznie wyzbyć, aby ponownie stać realnie wielką. Dlatego iż w owej relacji USA przypada rola jeno mocarnego, ale głupawego osiłka wiedzionego przez karłowatego, za to cwanego handełesa. Rubio wygadał się, że amerykańskie władze spełniły tylko mokry sen Satanjahu o zmiażdzeniu Arianu, jaki wedle jego słów trawił go niemal całe dorosłe życie. Przy czym jawna pogarda i wręcz nienawiść żywiona przez Trumpa i jego stronników wobec Zełeńskiego dowodzi, iż bynajmniej nie wszystkim Żydom w oczach gojowskich syjonistów przyznany jest tytuł ''narodu wybranego''. Wyłącznie zaś tym, którzy służą budowie ''Wielkiego Izraela'', natomiast resztę jaka z tych czy innych względów nie uczestniczy w owym projekcie traktują gorzej niż wrogów, niczym zdrajców tępiąc z całą bezwzględnością. Dowodem choćby Anna Paulina Luna, amerykańska kongresmenka i zagorzała stronniczka MAGA, kontynuująca dzieło swego dziadka z Wehrmachtu dopomagając w zabijaniu Żydów na Ukrainie, poprzez blokowanie dlań zbrojnego wsparcia. Pierdolnięty ów babsztyl, wyznający mesjanistyczny protesrantyzm, zasłynął ostatnio agresywnym i bezczelnym zaprzeczaniem faktowi wojny przeciw Iranowi. Hołdować więc będzie każdemu syjonistycznemu, co i kremlowskiemu ścierwu propagandowemu, nawet gdy sam Zełeński wsparł publicznie militarną awanturę Trumpa. Co o tyle można zrozumieć, że Ukraińcy mają pełne prawo nienawidzić szyicki reżim za przekazanie kacapii ''szahedów'', po technicznej modyfikacji jako ''gerany'' służących jej do zabijania ich żołnierzy, jak i cywilów. Tłumaczenia ajatollahów, iż nie mieli pojęcia o takowym zastosowaniu owej broni z piekła rodem, jakoś niespecjalnie przemawiają do tych co utracili krewnych lub rodaków pogrzebanych w ruinach zniszczonych przez nią budynków. Poza tym Zełeński dystansując się wobec agresji na Iran przysłużyłby się takim jak Sucker Carlson, który wprost roi o sojuszu USA i Rosji przeciw Chinom. Sączy przeto do ucha stronnikom MAGA jad kremlowskiej propagandy, jakiej nader wielu z nich niestety daje się zwieść, traktując serio brednie o ''katechujonie'' i rzekomym ''konserwatyzmie'' Trupina. Niemniej ukraiński przywódca sądzę popełnił strategiczną omyłkę, która może go drogo kosztować, gdy do władzy powrócą amerykańscy Dupokraci, zradykalizowani polityczną szajbą Trumpa. Wszakże Zełeński być może zakłada, iż wówczas nie będzie już prezydentem, stąd jego następca będzie mógł odciąć się odeń przed nową administracją USA, kto wie. Pewnym zaś jest, że polityczni szabes goje pokroju Hegsetha, czy łże-katolika Vance'a nigdy więcej nie powinni sprawować rządów nad Ameryką, ku temu należy zeń wykorzenić pustoszący ją chwast syjonizmu. Im podobni muszą więc odczuć boleśnie na własnej skórze, iż prawo siły nie oznacza prawa silniejszego, a dziwnym zrządzeniem losu dowieść tego mogą jeno Ariowie... jak obmierzłym przy tym nie byłby sam reżim ajatollahów. Nic bowiem nie tłumaczy z perspektywy USA ich wojny z Iranem, wszelkie przytaczane chaotycznie przez Trumpa i jego akolitów powody są wydumane, sprzeczne i naciągane jak majty na tyłku Murzyny. Nawet fakt zbrojnej współpracy z Rosją czy Chinami, gdyż ma ona nader problematyczny charakter, com niejednokrotnie tu wykazywał. Próba reanimacji ''szachanatu'' w Iranie była poroniona od swego zarania, potwierdzając me uwagi, sam Trump się od niej odżegnał. Mogłaby stać się realną jedynie za zgodą przynajmniej części władz reżimu, ów jednak uległ jeszcze radykalizacji pod naciskiem agresji zbrojnej na kraj. Ajatollahy i pasdary musiałyby więc teraz wykonać niezłego fikoła, aby pójść w pełni na żądania USraela, póty co zaś nic takowego nie ma miejsca. Mimo poniesienia ogromnych strat irański reżim wciąż potrafi nieźle kąsać, Trump zaś każąc zabić religijnego przywódcę zapewnił mu jedynie status otoczonego czcią męczennika, zwłaszcza w szyickim islamie z jego kultem ''szahidów''. Do tego mobilizując rzeszę wyznawców, nadal całkiem sporą tak w samym kraju, jak i za granicą, przeto deklaracje prezydenta USA, że liczył na powtórkę z wenezuelskiego scenariusza wyglądają dlań kompromitująco. Niemal na równi z jego akceptacją ''transgenderowej'' kastracji dzieci za zgodą rodziców, jaka wprawiła w popłoch stronników MAGA. Realnie rzec biorąc idzie więc o równanie gruntu pod ''Wielki Izrael'', by zapewnić mu ostatecznie regionalną, a być może nawet i światową hegemonię. Tworząc zeń iście [afro]eurazjatyckie mocarstwo położone w strategicznym miejscu, na skrzyżowaniu trzech kontynentów, bez jakiejkolwiek groźnej konkurencji w sąsiedztwie. Oczywiście śmieszy, gdy w kontrze umiarkowanie propalestyński James Talarico, biały chłoptyś z Teksasu i wschodząca ''gwiazdeczka'' amerykańskiej Dempartii, bredzi o ''niebinarnym'' Bogu. Sęk w tym jednakże, iż żadną dlań alternatywą są mesjanistyczne czuby od jankeskich Republikanów, gotowe podpalić świat w imię ustanowienia ''Wielkiego Zesraela''. Odgrywając tu jedynie rolę ''pożytecznych idiotów'', pokroju Tedka Cruza czy Lindseya Grahama, albowiem od żydowskich stokroć gorsi są gojowscy syjoniści! Przez nich Ameryka z podpory globalnego ładu stała się jego głównym burzycielem, istną ''gwiazdą chaosu'' i Czarnym Słońcem... wszak rodzącym nowy porządek rzeczy, acz diametralnie różny od intencji jego bezmyślnych twórców [ i bardzo kurwa dobrze ].

ps.

Na koniec mam jeszcze tylko pytanie do niewolniczo syjonistycznych PiSdusi: jeśli Stany Zjednoczone w imię ''Wielkiego Izraela'' ruszą na wojnę z Turcją, jakby nie było krajem NATO o drugiej liczebnie armii Paktu, też będziecie to popierać? Bo otwarcie prawi już o tym Naftali Bennett, były premier Gudłajstanu i nadal ważna postać tamtejszej polityki, więc żaden marginalny szur, którego deklaracje można lekceważąco zbyć. Sporządzony na zamówienie Knesetu raport izraelskiego wojska i wywiadu bez ogródek wykładał, iż potencjalnie groźniejszym wrogiem dla żydowskiego parapaństwa od Iranu jest Turcja. Zresztą Satanjahu już zmontował ewidentnie wymierzony w Ankarę sojusz z Grecją i Cyprem, skupiony wokół ochrony strategicznego pola gazowego ''Lewiatan''. Nazwijmy stąd rzeczy po imieniu: jeśli amerykańsko-izraelska agresja na Iran powiedzie się, USA w końcu zniszczą NATO byle tylko zaspokoić nienażartych syjonistów, mniejsza jakiego pochodzenia. Ktokolwiek poprze to w Polsce będzie kurwą, pizdą, dziwką i świnią, jednym słowem godnym pogardy hasbarystą, jak Maciej Kożuszek - szabesgoj na jakiego doprawdy nie zasłużyliśmy!

sobota, 31 stycznia 2026

Szach-mata nie będzie [ raczej ].

''Od 1974 r. Amerykanie chcieli mnie zniszczyć.''

Mohammad Reza Pahlawi

Chucpa z rzekomym przywróceniem perskiej monarchii na Zachodzie robi jeno za obleśną fantazję o ''nowym Cyrusie'' zjełczałych neokoszerwatystów. Takich jak Beniek ''kermit'' Szapiro czy stara ropucha Mark Levin, oraz basujących im szabes-gojów pokroju Teda Cruza i Glenna Becka. Wszyscy oni histerycznie odmawiają uznania nowej ''mądrości etapu'', jaka wyklucza raczej zmiany reżimu bezpośrednią interwencją amerykańskich wojsk. Niby to wiedząc usiłują rzecz nieudolnie zamaskować jako wolę samych Irańczyków, w praktyce jednak nawołują do zbrojnego ataku USA na reżim ajatollahów. W samym zaś Iranie wygląda, iż panuje nader osobliwa sytuacja: gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na prawdziwy bunt, przy jednoczesnym braku jego realnego przywództwa. Tamtejsza demoliberalna ''opizdycja'' jest doń organicznie wręcz niezdolna, do tego słaba i wewnętrznie rozbita. Z kolei lewicowi mudżahedini skompromitowani kolaboracją z Saddamem, przeto obecnemu szachowi trafiła się okazja niczym ślepej kurze ziarno, ale bardziej na zasadzie ''na bezrybiu i rak ryba''. Mówiąc wprost irański następca tronu robi tylko za polityczny mem, całkowicie oderwany od polityczno-historycznych realiów, niczym zmitologizowana przez chińskich ''przegrywów'' rewolucja [anty]kulturowa Mao. Naprawdę jednak mało liczy się jak wielu zwykłych Irańczyków pragnie nawrotu monarchii, bardziej zaś ilu z obecnego reżimu jest gotowych przyłączyć się do buntu. Bowiem rzecz nie w tym po czyjej stronie jest racja, a kto dzierży kluczowy tu karabin, póty co wszakże nie widać jakichś większych oznak rozłamu obozu władzy w Teheranie. Zresztą trudno się dziwić, skoro na negacji ''szachanatu'' zbudował on swój mit założycielski, przeto gdyby Amerykanie serio myśleli o zmianie reżimu w ogóle nie zaczynaliby chucpy z irańskim następcą tronu. Pełni on prędzej rolę przysłowiowego kija mającego drażnić małpę - tu: ajatollahów, niż ofertę dla nich serio a bez tego nie sposób mówić o prawdziwych zmianach. Alternatywą jest wymordowanie stronników Ali Chujmeneji wraz z nim samym, ale on jako doświadczony terrorysta raczej potrafi sobie z tym radzić, ostatecznie ledwie uszedł z życiem w zamachu dokonanym nań przez lewicowych mudżahedinów. Bowiem nazbyt często zapomina się, iż patusy skłonne do przemocy nie tylko umieją się nią posługiwać, ale i bywa samemu unikać jej fatalnych konsekwencji dla siebie. Tyrania szyickich islamistów od swego zarania mierzyła się ze znacznie gwałtowniejszym oporem, niż ten jakiego świadkiem byliśmy ostatnio, co mocno ją zahartowało wyrabiając odpowiednie mechanizmy obronne. Pojmuję, że fotka z irańską feminazistką odpalającą papierosa od portretu ajatollaha, czy zdjęcia fajczących się meczetów efektownie prezentują się w ''soszialach'', niemniej w prawdziwej rzeczywistości a nie wirtualnej nie czynią jeszcze przełomu. Tak samo jak setka czy dwie zlinczowanych funkcjonariuszy reżimu, gdy w kontrze byli w stanie położyć trupem co najmniej tysiące, na systematyczne masakry należałoby więc odpowiedzieć równie systematycznymi kontrmasakrami, a nic takowego nie miało miejsca. Przeto i ajatollahy trzymają się mocno...

Wszakże ''operacja Szach 2.0.'' może mieć pewien sens, ale nie przydawany mu przynajmniej na słowach przez syjońskie naziolstwo. Otóż za autentyczną popularność irańskiego następcy tronu w kraju odpowiada ''Manoto TV'' - emigracyjna stacja nadająca z Londynu, jaką cholera wi kto tak naprawdę finansuje [ zapewne Izrael i USA ]. Umiejętnie wplatając w rozrywkową ofertę nostalgię za czasami monarchii, posuwa się wręcz do obrony SAVAK-u: bezpieki szacha posądzanej o represje i tortury jego wrogów. Znamienne jednak, iż na antenie zajmują się takową propagandą nie tyle przedstawiciele irańskiej diaspory, co wychodźcy spod władzy ajatollahów, w tym nawet byli prezenterzy reżimowej telewizji! Świadczyłoby to o cichym porozumieniu jakiejś części szyickich islamistów z monarchistyczną opozycją, oraz jej mocodawcami na ''zgniłym/niewiernym Zachodzie'', gdzie najwidoczniej irańska bezpieka i elity władzy szykują sobie dupochron. Przoduje w tym synalek samego Ali Chujmeneji, jaki miał nabyć poprzez ''słupy'' szereg lukratywnych nieruchomości w Dubaju i nade wszystko Europie, min. rzecz jasna Londynie [ gdzieżby bez tego ]. Całkiem możliwe biorąc ilu wysoko postawionych funkcjonariuszy irańskiej monarchii odnalazło się u boku Chomeiniego, by wymienić choćby tylko gen. Hosejna Fardusta. Bliskiego przyjaciela szacha jeszcze z dzieciństwa, wiceszefa pomienionego już SAVAK-u po zmianie reżimu przemienionego pod jego kierownictwem w służące tym razem ajatollahom SAVAMA [ coś jak u nas ''transformacja'' SB w UOP, jedynie na odwrót ]. Śliski ów typ, jak na tajniaka przystało, posądzany o współpracę z Brytyjczykami co i Sowietami, został w końcu usunięty z funkcji przez nowe władze pod zarzutem kolaboracji z KGB, po czym zmarł w nader podejrzanych okolicznościach. Trudno orzec zabity jako niepotrzebny już swym mocodawcom, czy też jak głoszą pewne spekulacje radziecki wywiad miał jedynie upozorować jego śmierć, by wycofać bezpiecznie swego agenta u boku Chomeiniego. Krwawe czystki ''islamskiej rewolucji'' przeżyło też wielu innych oficerów armii szacha, jak Masud Monfared-Nijaki, Dżawad Fakuri, Ali Sajjad Szirazi czy Hasan Parast, dowodząc później odparciem irackiej agresji zbrojnej na Iran. Dlaczegóż by więc nie była możliwa i odwrotna droga, nawet spośród pasdarów szczególnie dziś, gdy u Irańczyków dawny fanatyzm religijny ustępuje nacjonalizmowi. Ożywionemu przez izraelsko-amerykańską napaść na ich kraj, co i zdradziecki charakter samych ajatollahów, trwoniących brakujące tak na miejscu środki na wspieranie zagranicznych islamistów. Niemniej w świetle powyższego irański następca tronu jawi się dość marną i podłą kreaturą, cichym kolaborantem części przynajmniej reżimu w Teheranie, oraz USraela - Szachinszach, Światło Ariów korzący się przed jakimiś handełesami i pomiotem jankeskich koniokradów, co za hańba! Plując tym de facto na grób własnego ojca, zdradzonego przez tychże Amerykanów i Żydów pospołu z Sowietami, o czym pisał obszernie Houchang Nahavandi. Zmarły niedawno jeden z najbliższych współpracowników Rezy Pahlawiego, mianowany przezeń rektorem czołowych irańskich uniwersytetów i minister nauki jego rządów, stąd daleki od obiektywizmu w owej sprawie, ale też właśnie dlatego warto przytoczyć świadectwo jakie dał. Zawierając dowody przeniewierstwa wobec obalonego szacha tak Amerykanów co i sowieckiej Rosji, o knowaniach Zesraela już nie wspominając - przypomnę tylko, iż ostatni dał podwaliny rakietowej potęgi Iranu, a zmiana reżimu w Teheranie wręcz zacieśniła współpracę wojskową syjonistów z ajatollahami, jacy pospołu zniszczyli nuklearny projekt Saddama. W każdym razie do upadku Rezy Pahlawiego walnie przyczynił się jankeski generał Huyser, który jako emisariusz Cartera sparaliżował opór przeciw islamistom w irańskiej armii. Pod jego to wpływem dowodzący nią wówczas Abbas Gharabaghi nakazał podległym sobie wojskowym stać z bronią u nogi, zamiast ratować monarchię przed buntownikami jak należałoby. Co więcej, ów amerykański żołdak przygotowywał bezpośrednio powrót do kraju Chomeiniego, spotykając się w tym celu z jego stronnikami na wielogodzinnych ''konsultacjach''! Niestety sam władca trawiony już zaawansowanym rakiem przyzwalał biernie na ów akt bezczelnej zdrady, czynionej niemal tuż pod jego nosem przez ''sojusznicze'' USA, bowiem szacha ewidentnie przerosły jego własne ambicje. Osadzony na tronie wolą Anglosasów i Sowietów daremnie próbował zerwać więzy zależności Iranu od obcych mocarstw, szamocząc się w swej wersji ''polityki wielowektorowej''. Lojalny wobec szacha Nahavandi tak o tym pisze:

''Dziś wiadomo, że nie brakło ostrzeżeń, iż w połowie lat 70-ych pomysł obalenia szacha był rozważany na forum Narodowej Rady Bezpieczeństwa w Waszyngtonie przez Kissingera, jakiego władca Iranu uważał przecież za swego niezawodnego przyjaciela i obrońcę. Czy go o tym powiadomiono? Niepokoiły ambicje Iranu w polityce międzynarodowej, wzrost jego siły ekonomicznej, finansowej i militarnej. Będący sojusznikiem Izraela Iran nie zawahał się udzielić decydującej pomocy Egiptowi podczas wojny Jom Kipur, jedynej jaką hebrajskiemu państwu nie udało się wygrać z Arabami. Prezydent Sadat nie zapomni tego co dobrze o nim świadczy, dyplomacja izraelska również. Idea zamiany sojuszy i obalenia Iranu, jedynego kraju w regionie mogącego mierzyć się z Izraelem, krążyła wśród polityków syjonistycznego przywództwa, szczególnie tych z prawicy. Ardeszir Zahedi, były zięć i zaufany człowiek Szacha, podczas gdy stał na czele irańskiej dyplomacji stopniowo kierował politykę w kierunku mniej proizraelskim. Ambasador Hosejn Montazem, wówczas dyrektor Departamentu Afryki w ministerstwie, opisał mi szczegóły dyrektyw przekazywanych za jego czasów przedstawicielom Iranu w krajach muzułmańskich: Iran prowadzi zrównoważoną politykę, przejmuje się niesprawiedliwym losem zgotowanym narodowi palestyńskiemu, od czasu Nasera jest przyjacielem i niezawodnym sojusznikiem głównego arabskiego mocarstwa - Egiptu. Gdy Hosejn Montazem sam miał reprezentować Iran w dwóch z tych krajów, dostał takie same dyrektywy i przesłania do przekazania. Stanowisko to nie mogło być utrzymane w tajemnicy przed Izraelczykami i Amerykanami i w konsekwencji źle ich usposabiało. Czy Szach wiedział o zawirowaniach, które wywoływała taka orientacja polityczna? Od 1975 roku, a więc dojścia przez Republikanów do władzy w Waszyngtonie, mnożyły się przypadki oficjalnego zajmowania wrogiego Iranowi i jego władcy stanowiska. Z objęciem prezydentury przez Jimmy'ego Cartera wrogość ta nasili się i USA przejdą do działania pomimo oficjalnych zapewnień o sojuszu. Szach zupełnie nie zwracał na to uwagi. [...] I to był jego wielki błąd. Co mu zarzucano w Waszyngtonie? Megalomanię, czyli - ujmując to inaczej - błyskawiczny wzrost potęgi jego kraju, czynione przezeń inicjatywy demokratyzacji regionu co było nie do przyjęcia dla Izraela, projekt paktu Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego w celu zapewnienia bezpieczeństwa własnymi siłami państw owego regionu. Wielkie korporacje naftowe nie mogły mu wybaczyć roli, jaką odgrywał w OPEC, przy wsparciu otrzymywanym od saudyjskiego króla Fajsala, innego władcy-modernizatora zamordowanego w '75 roku w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Od tej pory ruszy światowa machina kłamliwej propagandy, mającej na celu destabilizację pozycji Szacha. Wewnętrzne napięcia będą nieustannie podsycane, a w końcu by pozbyć się niewygodnego władcy wykreuje się jego ''następcę'' [ Chomeiniego ] - jak sądzono bardziej podatnego na wpływy, gdyż sam przez się nic nie znaczył. W 1980 r. w Kairze na krótko przed śmiercią Mohammad Reza Pahlawi z goryczą wyznał mi: ''Husajn [ król Jordanii ] miał rację. Wczesną jesienią '78 roku zatelefonował do mnie i rzekł: ,,To co Amerykanie czynią teraz w Iranie próbowali zrobić ze mną w 73-im [ ''czarny wrzesień'' ]. Wytrzymałem, zgniotłem rebelię Palestyńczyków i w końcu musieli ze mną negocjować. Jeśli nie możesz sam wydać rozkazów, które spowodowałyby nieuchronne zdławienie rozruchów, pozwól mi więc przyjechać do Iranu, zainstalować się na trzy dni w małym pokoju tuż przy Twoim gabinecie, a doradzę Ci i dowódcom Twej armii co mają robić. Zobaczysz, że wszystko się ułoży, a Amerykanie położą uszy po sobie.'' I dalej [ kontynuuje Szach ]: ,,Całkowicie myliłem się co do postawy USA, przede wszystkim zaś nie chciałem rozlewu krwi mojego narodu. Monarcha nie może przecież postępować jak dyktator, za wszelką cenę dzierżący władzę.''

- ależ jak najbardziej może i wręcz powinien! Szach Reza nie decydując się na zadanie śmiertelnego ciosu buntownikom nie tylko ponosi winę za okrutną kaźń masy wiernych mu poddanych, którzy nie mieli tyle szczęścia co pomienieni wyżej kolaboranci ajatollahów, lecz nade wszystko tragedię własnego kraju, jaki de facto oddał we władanie obskuranckiej tyranii islamistycznych sekciarzy. Podobnie więc co Ludwik XVI tchórzący przed nakazaniem strzelania do zrewoltowanego motłochu jak należałoby to uczynić, tym samym utracił na zawsze prawo do sprawowania rządów. Dlatego ''szachanat'' może odrodzić się jedynie w formie politycznej atrapy, rodzaju ''zgniłego kompromisu'' między częścią przynajmniej struktur postislamistycznego reżimu, a obcymi potencjami z USA na czele, innej opcji realnie dlań nie widzę. O wiele lepszą byłoby objęcie rządów przez kogoś w typie Ahmadineżada, który wypadł z łask ajatollaha sprzeciwiając się forsowanemu przez tegoż zaangażowaniu wojsk w Syrii. Trafnie przewidując, że Asad to zdradziecka swołocz nie warta marnowania nań złamanego irańskiego riala, bo też jak czas pokazał brat samego Baszara ewidentnie za jego pozwoleniem donosił Mosadowi. Przede wszystkim zaś Ahmadineżad jest nie tylko zapiekłym wrogiem Izraela, ale i Rosji potępiając głośno jej agresję przeciw Ukrainie, nazywając przy tym Putina po imieniu ''narcystycznym tyranem''. Niestety brak dlań możliwości zdobycia władzy, a to przez słabnące wprawdzie, lecz wciąż potężne wpływy żydowskich jak i gojowskich syjonistów, w przymierzu z arabskimi monarchami oraz juntami wojskowymi muzułmańskich krajów. Wspominam o tym nie w imię tępego antyamerykanizmu, jaki każe wielu rzucać się w objęcia Rosji, bo choćby właśnie na przykładzie Iranu doskonale znać, że to chuj a nie alternatywa. Nahavandi opisuje jak był świadkiem umizgów ówczesnego sowieckiego ambasadora w Teheranie Winogradowa, który mimo oficjalnie neutralnego stanowiska breżniewowskiego politbiura wydał wystawne przyjęcie na cześć teściowej szacha. Nie wadziło mu to knuć za jego plecami intrygi mające na celu obalenie irańskiego monarchy, [zd]radziecki dyplomata i kagiebista później stał też ponoć za atakiem na ambasadę USA i wzięciem tam zakładników przez islamistycznych rewolucjonistów. Przynajmniej na to wskazuje Nahavandi w swych wspomnieniach, jakich polski przekład ukazał się nakładem wydawnictwa ''Dialog'', bardzo polecam. Idzie więc jedynie o to, by pozostając w sojuszu z Amerykanami pod żadnym pozorem im nie ufać, o ile nie chcemy podzielić losu nieszczęsnego szacha Rezy Pahlawiego, który nie był wcale ''marionetką Zachodu'' wbrew dorobionej mu ''gębie'' takowego - wystarczy posłuchać co miał on do powiedzenia o żydowskim lobby...

...przeto jeśli USA ruszą zbrojnie na Iran jedyne co mając w zanadrzu to powtórkę z ''szachanatu'', wypada im taką razą życzyć zebrania podobnego wpierdolu co putinowska Rosja na Ukrainie. Bowiem choć pewnie zmiażdżą w końcu ajatollahów na polu boju, Amerykanie nieraz już dowiedli, że potrafią zamienić militarne zwycięstwo w polityczną klęskę. Uciekając z podkulonym ogonem [ Afganistan ], w panice [ Wietnam ] lub wycofując się cichaczem [ Irak ] porzucając swych sprzymierzeńców, poza rzecz jasna Wielkim Syjonem.

ps.

Wedle ujawnionych dopiero co dokumentów sprawy Epsteina miał on spotkać się nieoficjalnie z Ahmadineżadem podczas jego dyplomatycznej wizyty na forum ONZ. Wprawdzie świadectwo nie pochodzi bezpośrednio od żydowskiego pedofila, zaś przedstawiciele b. irańskiego prezydenta stanowczo się od tego odżegnują, niemniej warto rzecz odnotować gwoli porządku. Bardziej jednak realny jest udział Epsteina jako kluczowej figury w dostarczeniu ajatollahom chińskiej broni, paralelnym do operacji Iran-Contras. Bez przesady można więc rzec, iż sojusz syjonistów z szyickimi islamistami, zawiązany dla odparcia zbrojnej agresji Iraku Saddama i jego zniszczenia, wręcz stworzył ze zwykłego dewianta owego potwora, jakim stał się [nie]sławny żydowski pedofil. Epstein nie tylko żywił chuć do nieletnich ruskich kurewek, ale i pośredniczył w tajnych porozumieniach między Izraelem a Rosją w sprawie Iranu, co i Syrii - czy aby padł ich ofiarą? W każdym razie wygląda na to, iż prawdziwym sensem opisanej tu chryi jest kontrola nad cieśniną Ormuz, nieopodal której położone są Zjednoczone Emiraty. Od lat 80-ych zeszłego stulecia światowe centrum handlu bronią, przemytu diamentów i gigantyczna pralnia ''brudnych pieniędzy'', gdzie krzyżują się interesy USA, Izraela co i Rosji oraz Chin [ stąd i tu nie mogło braknąć swądu koszernego capa ]. Dziś zaś kluczowe ogniwo ''Pax Silica'' pod patronatem Amerykanów, skupionej na wydobyciu i przetwarzaniu krytycznych minerałów, a także bezpieczeństwie ich przesyłu. Bowiem niezbędnych dla ''sztucznointeligenckiej'' rewolty technologicznej, jako fundamentu nowego ładu światowego tworzonego przez polityczno-militarny ''dysypatyzm''.

wtorek, 6 stycznia 2026

Wewezuella nie umie [ ani za bardzo chce ] się bronić.

...przynajmniej na to póty co wygląda, ograniczając do napuszonych pogróżek i demonstracji. Zresztą nie może być inaczej, skoro jej wojsko to jakaś ponura groteska, z absurdalnie rozdętym dowództwem liczącym przeszło 2000 ''gejnerałów'' - ponad dwukrotnie więcej niż u najsilniejszej w świecie US Army! Zdecydowana większość z nich nie zawdzięcza awansów militarnym umiejętnościom a służalstwu obecnej władzy, czyniącym z nich de facto umundurowanych politruków, tudzież cwanych zdzierców i narkodilerów w jednym. Systemy obrony przeciwlotniczej i rakietowej Wenezueli, głównie rosyjskiej produkcji i takiej sobie jakości, wymagają jednak fachowej obsługi i utrzymania, na co reżim Maduro nigdy nie miał środków ni kompetencji, stąd Jankesi dość łatwo roznieśli je w pył. Co w niczym nie umniejsza sukcesu amerykańskich komandosów, jakim przyszło stoczyć realny bój z ochroniarzami wenezuelskiego tyrana, wielu z nich przy tym kładąc trupem, przyznał to nawet głównodowodzący ''bolivariańską'' armią. Zanim przejdę do rzeczy wypada mi uprzedzić, iż żaden ze mnie znawca latynoskiej ''gejopolityki'', skoro jednak namnożyło się ich nam ostatnio, więc i ja choć nie wiem to się wypowiem. Bawi mnie bowiem niezmiernie zesrańsko demoliberałów i lewaków z powodu porwania - co tu kryć - wenezuelskiego despoty przez jankeskie komando, szczególnie ów ból dupska wygląda śmiesznie w wydaniu jakichś popłuczyn po BLM. Tak się zaś składa, iż nierząd Maduro sprokurował policyjne szwadrony śmierci eksterminujące miejscowych gangusów, często jedynie za takowych arbitralnie przez nich uznanych, osobliwie głównie czarnych... Ofiarą jego represji padali też nie tylko przedstawiciele demoliberalnej ''opizdycji'', ale i komuchy, działacze związkowi i LGBT, stąd żadną miarą nie da się ''boliwariańskiej'' tyranii zwać uczciwie ''antyimperialistyczną''. Maduro w ostatnich latach zaprowadził drastyczny i neoliberalny z ducha reżim oszczędnościowy, rzecz jasna nie kosztem swej kasty rządzącej, ale głównie najuboższych mieszkańców kraju w jakich imieniu rzekomo występuje. Sprowadzając ich niemal na skraj głodu i prawdziwej nędzy, o jakie nie sposób przeto obwinić jedynie amerykańskich sankcji, co najmniej w równiej mierze odpowiedzialność ponosi tu korupcja i niedołęstwo wenezuelskiej władzy, ''socjalistycznej'' zwykle tylko w retoryce. Bowiem towrzysze ''boliwarianie'' prędko zapomnieli o swych rewolucyjnych ideałach dorwawszy się do synekur, obrósłszy tłuszczem żerując na krajowym przemyśle wydobywczym, zawłaszczonym na własny rachunek pod pozorem jego ''nacjonalizacji'', tudzież dzięki pokątnemu handlowi bronią i narkotykami, oraz wszechobecnemu łapówkarstwu. Pokrywając to wszystko napuszonymi ''antyglobalistycznymi'' frazesami, jakie nie wadziły im kolaborować z amerykańskim koncernem wydobywczym ''Chevron'', tudzież przemycać do USA kokainę z Kolumbii. Znamienny pod tym względem przypadek stanowi pomieniony już dowódca wenezuelskiej armii Vladimir Padrino - absolwent militarnej akademii stworzonej przez Amerykanów specjalnie do wyuczenia lojalnych im latynoskich wojskowych. Szkolił się tam min. w metodach ''wojny psychologicznej'', przeto deklarowana gromko wiernopoddańczość wobec Chaveza nie przeszkodziła mu w posiadaniu poprzez rodzinę licznych interesów i nieruchomości u wrażych ''gringos'', konkretnie w Teksasie i na Florydzie. Ot tacy to ''antyimperialiści'' z owych ''neobolivarian'', nawet argentyński komuch o ksywie BadEmpanada przyznaje, że trzeba być lewackim amerykańskim gówniarzem, obwiniającym ''imperializm'' własnego kraju o wszelkie zło świata, aby serio wierzyć w uczciwą ''wygraną'' Maduro podczas ostatnich wyborów na prezydenta kraju. Obiekcje co do tego żywił takoż stojący na czele Brazylii ultralewicowy Lula, czy ''peronistka'' Kirchnerowa, by wymienić tylko pierwszych z brzegu polityków Latynoameryki, jakich nie sposób posądzić o uległość wobec władz USA. Niepomni na to demoliberalni debile i lewacy Zachodu ujadają o jakoby obaleniu ''legalnego'' przywódcy Wenezueli, a nie zwykłego uzurpatora jakim jest w istocie, tudzież złamaniu ''międzynarodowego prawa''. Co w ich mniemaniu ma rzekomo dać glejt Chinom do inwazji na Tajwan, jakby ''czerwoną pajęczynę'' z Pekinu powstrzymywała przed tym li tylko kolejna gówniana rezolucja ONZ, którą skądinąd mogłaby bez trudu zawetować w Radzie Bezpieczeństwa, znalazłszy przy tym mnóstwo państw w tym ją wspierających.

Dorosłym wydawałoby się ludziom wypada tłumaczyć jak dzieciom, że reżimy oparte na czystej nagiej przemocy szanują jedynie okaz prawdziwej siły, nie zaś mielenie ozorem ''prawoczłowieczych'' frazesów bez żadnych dla tego konsekwencji. Ukraina przekonała się na własnym przykładzie boleśnie jak tylko można, ile warte są owe ''budapesztańskie memoranda'' i wszelkie ''międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa''. Nie one ją ocaliły przed rosyjską agresją zbrojną, lecz jej obywatele gotowi bić się o własny kraj z bronią w ręku i jeśli trzeba niszczyć bezwzględnie wroga, bez nijakiego patosu na jaki nie ma miejsca w realnej wojnie, a tak po prostu. Skądinąd zabawnym jest obserwować, jak zjeby pokroju Prilepina i same władze na Kremlu oburzają się nagle, że agresja zbrojna przeciw innemu państwu stanowi ''niedopuszczalne złamanie umów międzynarodowych''. Zarazem rosyjskim stronnikom wojny z Ukrainą aż dupska gorzeją od upokorzenia ich przez Amerykanów, którzy owym spierdolinom dobitnie okazali jak powinna wyglądać prawdziwa ''specoperacja wojskowa'':). Nie wiedząc co z tym począć rosyjska propaganda sama się pogrąża miotając między sprzecznymi wersjami zdarzeń, jednako fatalnymi dla putinowskiej tyranii. Bowiem jeśli jak teraz ''odkrywają'' jej szczekaczki wenezuelski reżim był nieudolny i skorumpowany, po co w takim razie było leźć w owo latynoskie bagno, a skoro Maduro jakoby dał się porwać Amerykanom, w takim razie Rosjanie wychodzą na durniów, jacy futrowali mnóstwem broni i pieniędzy cwaniaczka, który w końcu i tak sprzedać miał się wrogom, stąd jak nie umór dla kacapów to sraczka. Nie pieję przy tym peanów na cześć Trumpa, jakiego przypominam uznaję za gnijącego żywcem starego pedofila i politycznego kundla Zesraela, więc stać mnie na obiektywizm doń właśnie przez krytyczny dystans. Byłbym stąd pierwszym kto gotów potępić zbrojną napaść USA na Wenezuelę, o ile tylko oznaczałaby kolejną poronioną próbę montowania tam powolnego Waszyngtonowi reżimu neokolonialnego. Póty co jednak nic takowego nie ma miejsca, o czym świadczy spuszczenie przez Trumpa po brzytwie Machado, samozwańczej liderki wenezuelskiej ''opizdycji'', nie dość że zagorzałej syjonistki to jeszcze neoliberałki, a więc samo zło. Na szczęście amerykański prezydent oświadczył, zgodnie z prawdą zresztą, iż baba nie ma wystarczającego poparcia w kraju ni autorytetu, by przejąć schedę po Maduro, stąd władzom USA przyjdzie dogadać się z co bardziej kumatymi decydentami ''bolivariańskiej'' junty, pomnymi losu swego przywódcy. Słusznie, bo wenezuelska demoliberalna ''opizdycja'' dowiodła swej nieudolności, wyczerpawszy wszelkie legalistyczne, co i siłowe metody obalenia nierządu ''chavezistów''. Wyborcze jej zwycięstwo i większość parlamentarna zostały wykastrowane przez ichni Sąd Najwyższy we władaniu stronników reżimu, który serią [bez]prawnych aktów odebrał realne prerogatywy władzy ustawodawczej. Próba odwołania Maduro w referendum została przezeń bezczelnie unieważniona arbitralnym sposobem, zaś wywołane tym masowe protesty brutalnie stłumione niosąc kilkaset ofiar śmiertelnych bez większych konsekwencji dla wenezuelskiej satrapii. Wreszcie pucze wojskowe spełzły na niczym, dlaczegóż więc ktoś obcy miałby sprzątać za mieszkańców tego nieszczęsnego latynoamerykańskiego kraju ów burdel, jaki sami poniekąd sobie sprokurowali? Przypomnę: reżimy oparte na przemocy można obalić jedynie siłą, co w przypadku Wenezueli skończyłoby się nie tyle wojną domową, na szczęście mało prawdopodobną z racji impotencji tamtejszej ''opizdycji'', ile raczej militarną okupacją przez Amerykanów. Wprawdzie ''bolivariańska'' armia to chuj a nie wojsko, za to mogłaby już napsuć sporo krwi jako terrorystyczna ''guerilla'' i zarazem kartel narkotykowy [ dość typowa niestety dla Latynoameryki kombinacja ], więc na cholerę potrzebne to Jankesom? Tym bardziej, że przekonali się jakimi fatalnymi konsekwencjami owa rzecz grozi, do dziś żywiąc stąd traumę.

Pomyślmy tylko, jak inaczej wyglądałaby druga wojna z Irakiem, gdyby zamiast pchać się tam wojskowymi buciorami Amerykanie przedłożyliby generalicji i bezpiece Saddama propozycję nie do odrzucenia, aby wydając go w ich ręce zyskali tym samym gwarancje bezpieczeństwa dla siebie? Iluż to arabskim mieszkańcom kraju ocaliłby ów akt życie, nie mówiąc o żołnierzach USA a takoż i naszych polskich, którzy zginęli walcząc za krwawą chucpę neokoszerwatystów. Podobnie z talibami, jakim Waszyngton powinien był postawić ultimatum, że w razie dalszego chronienia ibn Ladina dostaną srogi wpierdol, ale nie bezpośrednią inwazją wojskową i okupacją kraju, co nieustannymi bombardowaniami, wsparciem zbrojnym i wywiadowczym dla afgańskiej partyzantki, wreszcie atakami amerykańskich komandosów na miejscu. Pewien jestem, że w końcu by się ugięli pod byle konsekwentną presją militarną, ekonomiczną i polityczną, ''humanizując'' przy tym nieco swój reżim, ale nie poprzez wciskanie im na siłę liberalnego ''prawoczłowieczyzmu'', co prędzej na gruncie samego islamu. Najęci przez agendy USA muzułmańscy teolodzy, najlepiej ci ''fundamentalistyczni'', mogliby wytłumaczyć talibom, iż szariat nie oznacza zaraz, że kobieta ma nosić siatkę na twarzy skoro wystarczy do tego ''hidżab''. Podobnie z zanadto hojnym szafowaniem przez nich karą śmierci, a nade wszystko jeśli tacy z nich ''prawowierni'' niechże położą kres powszechnej we własnym kraju pladze ''homopedofilii''. Boć przecie ruchanie w tyłek drugiego mężczyzny, tym bardziej zaś dziecka jest w islamie ''haram'', czyli bezwzględnie zakazane, dlatego trzeba było wyjątkowego stopnia umysłowego spierdolenia, by w obliczu masowości owej patologii szerzyć jeszcze cholerne LGBT!!! W co zaangażowana była okupacyjna amerykańska władza Afganistanu, niechże więc piekło pochłonie i szlag trafi na miejscu wszystkich uczestników tegoż procederu. Nawiasem ''bolivariański'' tyran i jego ''first lady'' są fanatycznymi wyznawcami Sai Baby - hinduskiego guru i pedofila, do tego stopnia, że gdy Maduro był jeszcze ministrem dyplomacji z jego inicjatywy Wenezuela jako jedyny kraj na świecie ogłosiła żałobę narodową po zgonie tegoż spirytualnego degenerata. Wracając zaś do aktualiów: kluczowa będzie teraz postawa niejakiego Diosdado Cabello, ''szarej eminencji'' reżimu sprawującemu przywództwo jego paramilitarnych bojówek, tzw. ''colectivos'' terroryzujących politycznych oponentów, a za pośrednictwem swego kuzyna również kontrolując bezpiekę. Bo nie ma co zważać na nową [wice]prezydentkę/prezydentynię/prezydentyszcze kraju, jakiej nazwiska nawet nie pomnę, gdyż robi ona jeno za przysłowiową ''paprotkę''. Baba gada co jej każą, acz znamienne że mimo jej spolegliwych wobec Waszyngtonu deklaracji, oficjalnemu namaszczeniu na następczynię Maduro towarzyszyli ambasadorzy Chin, Rosji i Iranu, co trudno inaczej interpretować, jak wyzwanie pod adresem USA [ z drugiej wszakże znaczy, iż owe despocje pogodziły się już z dyktowanymi przez Jankesów realiami na ziemi ]. Podobnie jest ze świeżym dekretem zacieśniającym militarną i bezpieczniacką kontrolę nad krajem, grożąc srogimi karami stronnikom amerykańskiej interwencji wojskowej, tak więc nic nie jest wciąż przesądzone i dopiero z czasem okaże się, czy presja administracji Trumpa na Wenezuelę odniesie żądany skutek. Oby, bo dzięki temu odgrywający faktycznie wiodącą rolę w całej operacji Rubio wyrasta z teflonowego neokoszerwatysty na polityka całkiem serio, zwiększając tym samym własną szansę na przyszłą nominację Republikanów kosztem Vance'a i być może ostania się pierwszym latynoskim prezydentem USA. Wypada stąd żywić nadzieję, iż jego ostatnie deklaracje co do możliwej okupacji Wenezueli przez Amerykanów to jeno środki nacisku na wciąż stających okoniem ''chavezistów'', a nie groźby serio bo wtedy pewnie mielibyśmy powtórkę z Iraku i Afganistanu, niechby w złagodzonej wersji. Tak czy owak jedno pewnym jest: żadną miarą obecnej interwencji wojskowej USA nie należy brać za nawrót ''hemisferyzmu'' i doktryny Monroego, coby to sam Biały Dom na ów temat nie deklarował. Bowiem ludzie w swej masie są niczym inżynier Mamoń, zazwyczaj lubią melodie które już znają, stąd trzeba im klarować do łbów w oswojonej przez nich formie zupełnie nową treść. Powtórzę więc na koniec com pisał w ostatnim tekście na drugim ''kontrblogu'', iż ''America First'' nie znaczy jej zamykania się we własnej strefie wpływów ni tym bardziej ''izolacjonizmu'', a zachowanie globalnego prymatu w nieznanym dotąd wydaniu. Co paradoksalnie domaga się wyrzeczenia przez USA dotychczasowej hegemonii, opartej o ''prawoczłowieczyzm'' i system wolnego handlu, który w jego realnej postaci był projektem polityczno-militarnym, sprawowanym głównie za pomocą wojennej floty czuwającej nad bezpieczeństwem przesyłu towarów, przeto nie mającym zgoła nic wspólnego z libertariańskimi bzdetami. Takoż w poczynionym we wzmiankowanym tekście dopisku nadmieniłem, iż nieprzebrane wręcz zasoby wenezuelskiej ropy, jakie Amerykanie mogą tym sposobem zyskać, prędzej niż ich koncernom wydobywczym przydadzą się US Navy...

...na wypadek konfrontacji zbrojnej z Chinami, czego życzyć sobie nie należy, ale to już zupełnie inna historia. Nade wszystko zaś, o jakim to ''gwałceniu suwerenności'' mowa, gdy idzie o państwo, które jak widać nie jest sposobne, ani nawet za bardzo chce się bronić? Z absurdalnie rozdętą armią zdatną jeno do terroryzowania własnych bezbronnych obywateli, jak na typowych przegrywów przystało, nie zaś konfrontacji zbrojnej z prawdziwym przeciwnikiem na polu boju, czego należałoby spodziewać się po wojsku? O realnej suwerenności danej nacji czy państwa decyduje możność obrony własnych interesów, zwłaszcza może przed silniejszym wrogiem. Nie zaś dęte ''rewolucyjne'' frazesy bez pokrycia, pomstowanie na ''imperialistów'' i ''globalistów'' jedynie na słowach, czy same ''umowy międzynarodowe'' warte tylko jako prawna rama dla rzeczywistego potencjału podmiotów politycznych. Dajta se więc spokój ludziska z ''prawoczłowieczym'' wzmożeniem, bo nie ''będzie jak było'' podoba się to komu czy nie, więc mentalni KOD-eraści mogą już wy...jść. Trump jaki jest każdy widzi, ale zaprowadzana przezeń swoista ''kałokracja'' robi za ideologiczną lewatywę dla systemu, któremu groziło instytucjonalne zatwardzenie. Dlatego nie pachnie to miło ni tym bardziej wygląda oględnie zowiąc, wszak było konieczne dla zrodzenia nowego globalnego ładu, politycznego ''chaosmosu'' o jakim traktuje mój ostatni tekst na drugim ''kontrblogu'', więc tam odsyłam kto chce po jego szczegółowe omówienie.

[ Iran zaś ma prawo się bronić, bo MOŻE - i tylko jego naród jest władny obalić reżim ajatollahów, nikt inny! ]. 

ps.

...co się natomiast tyczy samego Chaveza, właśnie jestem po lekturze pracy o nim i jego despocji, niestety rzecz nadto skażona demoliberalizmem, ale jednak można z niej coś wynieść. Przede wszystkim wyłania się z niej obraz Chaveza, skądinąd wbrew intencjom krytycznego doń autora, jako typowego prowokatora. Pożal się konspiracja wojskowa jaką zawiązał, była doskonale znana jego przełożonym, za co nie spotkały go właściwie żadne konsekwencje, a wręcz kolejne awanse do stopnia bliskiego współpracownika ministra obrony włącznie. W końcu posłano go do jednostki komandosów wprost prowokując tym zamach stanu, podczas którego Chavez zachował się właśnie jak prowok, de facto porzucając własnych ''towarzyszy walki'', co kilkudziesięciu z nich przypłaciło życiem. Przeto wielu uznało go po tym za zdrajcę, ale za to zyskał dzięki temu medialną sławę i popularność, jakie mógł później zdyskontować politycznie po ledwie rocznej odsiadce. Skądinąd podczas niej parał się nekromancją, wcielając w rolę ''medium'' dla duchów zmarłych, najsampierw swego pradziadka zwykłego koniokrada, jakiego arbitralnie całkiem uznał za ''rewolucjonistę'', po czym wojskowego despoty Wenezueli z poł. XIX wieku Ezequiela Zamory, wielbionego przez Chaveza. Okultystyczne ciągoty zaważyły także na kształcie poświęconego mu później mauzoleum, gdzie jego grobowiec złożono na postumencie o charakterystycznej formie i pompatycznej nazwie ''Kwiatu Czterech Żywiołów''. Trudno orzec na ile on sam rzecz traktował serio, bo już za młodu był znany ze swej megalomanii co i skłonności do błazeństwa, jakie zresztą bardzo mu się przydały po objęciu władzy, gdy podczas własnego tv show ''Alo Presidente!'' zabawiał publikę, bez żenady zwierzając się przed milionami widzów ze swej skłonności do sraczki, jaka trapiła go kiedy uprawiał ''rewolucyjną konspirację''... Antycypując tym poniekąd swój los, boć przecie zmarł na raka dupy. Przyznaję, że wobec narzucającej się tezy o Chavezie jako prowokatorze wenezuelskich służb wojskowych można poczynić obiekcję, iż rozpierdolił on własną armię po dorwaniu się do rządów. Bowiem kiedy objął władzę liczyła ona 200 generałów, a teraz z 10 razy tyle! - wprawdzie większość z nich mianował bodaj już Maduro, ale Chavez ową patologię zainicjował. Raz kierując się względami koniunkturalnymi, by obłaskawić wojskowych ze względu na całkiem realną groźbę zamachu stanu, dwa zaś przez motywy ideologiczne, bo upierdolił sobie, że armia ma robić za rodzaj ''ludowej milicji''. Może jednak ów stan rzeczy odpowiadał samym jego przełożonym, którzy w obliczu braku poważniejszych zagrożeń militarnych ze strony sąsiednich państw uznali, iż mogą dać sobie nieco ''luzu'' przekształcając w formę kartelu, a kontrola cywilna demoliberalnych rządów stała temu na przeszkodzie-? Uj wi, pewne za to jest, iż Chavez oszukał swych wyborców gromko potępiając bogatych, co nie wadziło mu rzecz jasna samemu zgromadzić olbrzymi majątek wart miliardy. Deponowany zazwyczaj w bankach i ''rajach podatkowych'' na ''zgniłym Zachodzie'', w czym oczywiście nie ustępowali mu wiele wspólnicy i ministrowie jego rządów, co przyznaje nawet ''organ prasowy'' hiszpańskiej lewicy ''El Pais''. Wprawdzie można pojąć mechanizmy jakie wyniosły Chaveza do władzy: dorastał we względnie zamożnym środowisku, jego rodzice jako nauczyciele należeli do niższych warstw klasy średniej, ale nawet sąsiadujący z nimi biedacy mieli już wówczas - idzie o lata 60-70te w Wenezueli - dostęp do bieżącej wody, gazu i prądu o jakich większość ówczesnych mieszkańców Latynoameryki mogła jeno pomarzyć. Niemniej ów dobrobyt był kruchy, bo zależny głównie od koniunktury na rynku paliw kopalnych, stąd gdy nastąpiło jej załamanie w dekadzie 80-ych doszło tam do gwałtownego zubożenia społeczeństwa, powiększonego jeszcze przez modne wtedy neoliberalne ''deformy'' ekonomiczne, jakie miast zaradzić problemom tylko je pogłębiły. Wytworzyło to wśród mas zwykłych Wenezuelczyków potrzebę człowieka ''silnej ręki'', który by wziął za karby złodziejskie elity władzy służące obcym interesom. Niemniej Chavez zawiódł na całej linii pod tym względem, acz sprzyjały mu okoliczności podobnie jak Putinowi, kiedy na przełomie wieków ponownie ropa i gaz znalazły się w cenie, dzięki czemu obaj mogli sfinansować wiele programów socjalnych dla własnej biedoty. Wszakże nie poprawiły one faktycznie jej kondycji, stanowiąc tylko przysłowiowy plaster na ropiejącą ranę, co wyszło na jaw, gdy znowu zgodnie ze znanym fatalnym mechanizmem powróciło gospodarcze załamanie. Wszystko zaś dlatego, iż mimo buńczucznych ''antyimperialistycznych'' deklaracji, Wenezuela pod rządami Chaveza pozostała - dokładnie jak putinowska Rosja - ''surowcowym przydatkiem'' do niby tak znienawidzonego Zachodu, a sprzedaż kopalin Chinom niczego istotnie pod tym względem nie zmieniała. Pomijam już, że sam Bolivar nie byłby zachwycony, iż jego dalekim epigonem mianował się rasowy mieszaniec, o typowym dla Latynoameryki południowoeuropejskim i afro-indiańskim pochodzeniu. Bo ''El Libertador'' bez ogródek współczesnego mu przywódcę ludowej rabacji w Meksyku gen. Vicente Guerrero nazywał obelżywie ''nikczemnym potworem z dzikiej Indianki i drapieżnego Afrykanina'', zrównując wręcz z haitańskim ''cesarzem'' Dessalinesem odpowiedzialnym za ''wielką rzeź białych'' na karaibskiej wyspie [ za osobliwym wyjątkiem Polaków ]. Taki to i ''bolivariański'' charakter miała rewolucja Chaveza, on sam zresztą wiedział doskonale, iż to jedynie mit polityczny i z pełnym cynizmem posługiwał się nim, by manipulować zwolennikami, niestety jak widać dość skutecznie. Na koniec wypada nadmienić, iż podobnie jak realny system ''wolnego handlu'', również liberalny ''prawoczłowieczyzm'' był polityczno-militarnym projektem Amerykanów, stąd zabawnym jest obserwować, jak inne upadłe mocarstwa wyrzekające na ''globalną hegemonię USA'', nagle biorą gromko w obronę ów stan rzeczy, który same gwałciły nieraz choćby napadając sąsiednie państwa.

wtorek, 11 listopada 2025

''Nigga Heil Hitler'' kontra ''Israel First''.

Zoltar Imamdani jak i Nikt FujenteSS mogą jawić się pajacami, wszakże jednako stanowią objaw problemu całkiem serio: kompletnego rozjechania się opinii elektoratów obu amerykańskich partii z ich przywództwami. Okazaniem więc środkowego palca własnym establiszmętom dla lewaków i części libków stało się głosowanie na ''islamomarksistę'', z kolei u prawicy jest nim rosnąca popularność zwłaszcza wśród młodych Republikanów wyszczekanego piwniczaka i ''nazigeja''. Wprawiając tym w popłoch i rosnącą histerię przywództwo swego ugrupowania, nie mogące sobie także poradzić z wyborczym sukcesem Mamdaniego, głupio wyzywając go od ''dżihadystów''. Szczególnie podle w tym kontekście brzmią porównania z zamachem 11 września, gdyż odpowiedzialni zań wahhabici ochoczo zamordowaliby również muzułmańskiego burmistrza Nowego Jorku, jako dla nich szyickiego ''heretyka'' gorszego nawet od ''kafirów'', bo wyznającego ''łże-islam''. Poza tym jak na stronnika szariatu pozwala zanadto swobodnie odziewać się własnej małżonce - ale no tak, zapomniałem przecie, że to jeno maskarada ''takiji'':). W ogóle skąd ta panika, jeśli dotąd rządy nad Nowym Jorkiem mógł sprawować i to niejednokrotnie Murzyn czy Żyd, czemuż więc by i nie pierwszy na owym stanowisku muzułmanin? Niby biały lewak byłby odeń lepszy, albo transdżenderowa ''parakobieta''? Co może być gorszego od uchodzącego właśnie burmistrza Erica Adamsa: typowego ''czarnucha'', który zamiast pracować w ratuszu jak przykazano, wolał hulać po nocnych klubach z dziwkami do białego rana - proszę bardzo, ale nie za publiczne pieniądze! Dziwne też, że wolno zrównywać w kampanii muzułmanina z dżihadystą, ale już nie Żyda z pazernym lichwiarzem i zdziercą, bo to straszny ''antyszemitizmus''. Polska prawica zamiast śladem Tarczyńskiego papugować tylko zdebilałych amerykańskich syjonistów, powinna lepiej przyjrzeć się chorym wizjom Zohranowego tatuśka. Zapiekłego wroga państw narodowych, który miał czelność nazwać ''złem'' sprawiedliwe przepędzenie Niemców z powojennej Polski i Czech, zrównując to wręcz z samym nazizmem! Typ nie pojmuje więc, że choć ostatni niewątpliwe bazował na wszechniemieckim szowinizmie, daleko jednak wykraczał poza niego w pangermański rasizm o wprost transhumanistycznym charakterze, na którym polegała głównie ideologia zbrodniczej SS. Zrozumienie tego uniemożliwia mu wszakże ''obcość kulturowa'', tak to bowiem jest kiedy Azjata wymądrza się na temat Europy o której dziejach nie ma żadnego pojęcia, szczególnie o ironio jej wschodniej części:). Sam Mamdani zaś stanowi ciekawy przykład nowego typu globalistycznego polityka, którego swoista fiksacja na punkcie dobrego stanu mieszkalnictwa wynika poniekąd z jego niezadomowienia w świecie - wedle jego słów w rodzinnej Afryce był Hindusem, w Indiach z kolei muzułmaninem a w Ameryce obu nimi, wszędy jednako obcy. Wyborczy sukces zawdzięcza głównie temu, iż zamiast wzorem liberalnych elit łajać lokalnych wyborców Trumpa jak śmieli poprzeć ''transfoba'' i rzekomego ''faszystę'', zapytał ich zwyczajnie o polityczne motywy. W odpowiedzi słyszał nieustannie, że poszło o rosnące gwałtownie koszty życia i zasadny wkurw na przywództwo amerykańskiej Dempartii, które bezczelnie chełpiło się ''świetną'' ekonomią, gdy oni ledwo mogli związać koniec z końcem. Przeto gremialnie oddali głos na typa, jakiego kojarzyli z dobrą koniunkturą gospodarczą i naobiecywał wszystkim rychłą poprawę bytu, rozczarowanie zaś nim spowodowało przerzucenie poparcia na ''imamosocjalucha''. Ludzie więc zagłosowali coraz bardziej pustoszejącą kieszenią, nie dbając o prawicową czy lewicową orientację polityczną swego kandydata, byle tylko nie sadził im już liberalnych farmazonów jakimi słusznie rzygają, bo te w praktyce równają się zabieganiu jedynie o interesy coraz bardziej wyobcowanych elit obu amerykańskich partii. W osobie żydowskich miliarderów Billa [p]Ackmana i Michaela Bloomberga [ skądinąd również poplecznika Czaskosky'ego ], którzy w desperacji futrowali milionami kampanię Zohranowego kontrkandydata, skorumpowanego do cna bydlaka Cuomo. Za którym stała nowojorska patodeweloperka, mafia czynszowników i lichwiarzy o w znacznej mierze ''koszernym'' pochodzeniu, acz nie tylko w ''pejsatych'' tu problem, a samym chorym systemie powodującym migrację najbardziej potrzebnych na miejscu pracowników, z powodu niemożliwych do utrzymania kosztów życia w tak wielkim mieście dla zwykłego jego mieszkańca. Czy nowy burmistrz zaradzi owym patologiom swymi lewicowymi metodami to osobny temat, zapewne nie ale należy przyjrzeć się trzeźwo przyczynom jego politycznego sukcesu, zamiast histeryzować niczym mentalna ciota o rzekomym przejęciu władzy w USA przez jaczejkę ''islamomarksistów'', tak zaś niestety bredzi znaczna część nie tylko amerykańskiej prawicy. W tym więc akurat Fuentes ma rację, że jedyne co może ona realnie przeciwstawić na teraz ofensywie lewactwa nie tylko za oceanem to ''narodowy socjalizm w jednym kraju'':))).

Na pewno zaś nie powtarzanie do mdłości liberalnych frazesów ekonomicznych pospołu z neokoszerwatywnymi, jak czyni to wciąż Ben Shapiro i to na antenie CNN, gdzie pobiegł ujadać na Trumpa. Czuje bowiem w tyłku, że czas hegemonii takich jak on stronników ''Israel First'' zdaje się kończyć wśród Republikanów, a przynajmniej będą zmuszeni podzielić się nią ze zwolennikami formacji ''Nigga Heil Hitler'' spod znaku Fuentesa czy Suckera Carlsona. Szerzących jeno w nowym wydaniu ''hemisferyzm'' Charlesa Lindbergha, czyli wydawałoby się dawno już zapoznany koncept amerykańskiego imperializmu ograniczonego tylko do zachodniej półkuli. Nie jest więc to żaden importowany z Europy ''faszyzm'', nawet mimo jego ewidentnie pronazistowskich sympatii, tudzież związanego z nim białego rasizmu, ale rzecz jak najbardziej rodzima jaka w swoim czasie przysporzyła sporo kłopotów samemu Rooseveltowi. Fakt powrotu owych politycznych widm zza grobu wyraźnie świadczy, iż podobnie jak nieco ponad wiek temu Ameryka znalazła się w momencie fundamentalnego przesilenia, tudzież perspektywy rychłej wojny nie tyle już światowej co wprost globalnej. Rozróżnienie ze względu na możliwe szerokie użycie w niej nowych technologii militarnych, szczególnie cyfrowej podróby ''intelektu'' jaka tak naprawdę nie ma z nim wiele wspólnego, ale to wymaga osobnego potraktowania. W każdym razie ze stricte prawicowego stanowiska najważniejszym w zwycięstwie wyborczym Mamdaniego jawi się, iż dokonał go wbrew przywództwu własnej partii:). Sprawującemu je Chuckowi Schumerowi, jako zgrzybiałemu Żydzisku i zagorzałemu syjoniście ów szyicki muzułmanin stoi kością w gardle, przeto do dziś nie wydusił z siebie dlań poparcia! Raduje także obserwowanie stanów mentalnej ''histerezy'', jaką wzbudzają u pomienionego już Bena Szapiro deklaracje Zohrana o aktywnej roli rządu w rozwiązywaniu problemów społecznych czy ekonomicznych. Mycka u Icka nie kryje najwidoczniej żadnej ''kiepełe'', skoro libkowskie zatwardzenie umysłowe broni mu dostrzec, iż potępiany tak przezeń ''islamomarksista'' wypowiedział tym samym bodaj najmniej lewicową kwestię jaka tylko może być. Dlatego że W REALNYM SOCJALIZMIE RZĄD NIE MA NIC DO GADANIA, stąd PRL formalnie władał nie Gierek czy Jaruzelski a niejaki Henryk Jabłoński. ''Kto niby do chuja?!'' - pewnie zapyta czytelnik i będzie miał rację, bo to był dosłownie NIKT i przeto właśnie powierzono mu jedynie tytularne przywództwo ''komunistycznego państwa'', w istocie czysty oksymoron. Bowiem tak zwany ''Związek Radziecki'' od swego zarania robił tylko za ustrojowy parawan dla krycia realnych, mafijno-sekciarskich mechanizmów władzy sowieckiej kompartii. Tak jest do dziś w Chinach mimo w dużej mierze postkomunistycznego charakteru panującego tam reżimu, wszakże jego struktura nadal pozostaje leninowska. Dlatego nie możemy wiedzieć czy obecną największą od czasów Mao czystkę wśród chińskiej generalicji przeprowadził sam ''Najwyższy Przywódca'' zawiedziony własnymi nominatami, czy też świadczy ona o zaciekłej walce frakcji w pekińskim politbiurze jak wielu plotkuje z braku pewnych informacji spowodowanym fasadowym statusem CHRL. Również ''chiński cud gospodarczy'' nastąpił nie tyle dzięki, co raczej wbrew planom gospodarczym władz, ale bynajmniej na zasadach ''wolnorynkowych'' a panujących w ''szarej strefie'', gdzie nie decydował żaden ''überkonsument'' z rojeń Misesa tylko szemrani ''pszedsiembiorcy'' o powiązaniach z triadą i zarazem bezpieką oraz aparatem partyjnym, zamiast zabieganiem o klienta eliminujący konkurencję często dosłownie. Wszakże ów radosny czas januszerki byznesowej na pełnej w Chinach kończy się, nieuchronnie zaś zbliża ''Wielkie Odłączenie'' gospodarcze i to ze strony samego Pekinu. Europie stąd grozi, iż zostanie z gołą dupą na lodzie, pozbawiona jednocześnie amerykańskiego parasola zbrojnego, co i wymiany handlowej z Chinami, które pospołu gwarantowały jej dobrobyt i bezpieczeństwo. Pora by więc szykować wreszcie tu sobie jaki dupochron, a na pewno nie może robić zań dalsza centralizacja władzy Unii Antyeuropejskiej w istocie, bo jako poczęta z ducha neoliberalnego globalizmu trwa jedynie siłą inercji. Niemniej za wzór nie posłuży nam także rozpadająca się na naszych oczach amerykańska MAGA, tak w jej ''koszerwatywnym'' co i ''żydożerczym'' wydaniu jak wyżej dobitnie już okazano, gdyż potrzeba uświadomienia tego jest celem niniejszego tekstu. O Rosji nie ma co gadać, stąd politycznym sierotom po jej dętej ''chwale'' pokroju Bekiera czy Piskorskiego ostało się przytulać do Gerszona Klauna, nabierającego popularności wyłącznie przez durnotę tak Kałfederatów co i PiSdusi. Sam Mamdani by odnieść wyborcze zwycięstwo musiał porzucić pieprzenie o ''defund the police'' i zająć się rzeczywiście palącymi dla zwykłego człowieka kwestiami, jak niemożliwe do utrzymania koszty wyżycia, zamiast jałowych ''wojen kulturowych'' na których uwagę skupiali liberałowie. Pora więc by i prawica również w Polsce postąpiła podobnie, tyle że już na własną modłę, musi stąd pogonić z własnych szeregów ''rozwolnościowców'' gospodarczych stanowiących dla niej obciążenie. Nie wdając się przy tym w konflikty między Gudłajstanem a jego wrogami po żadnej ze stron, chyba iż zostanie do tego zmuszona np. ponowną próbą wymuszenia na nas ''mienia bezdziedzicznego'' przez Koszer Nostrę, albo co nie daj atakiem islamistów.

Zaklinam przeto rzeczywiście polską prawicę by nie podążała drogą ''mr. jenota'' Tarczyńskiego, inaczej skończy niczym popierany przezeń Tommy Robinson. Licha polityczna kurewka, jaką upokorzyli mocodawcy podczas niedawnej wizyty w Zesraelu, każąc wysłuchiwać pomstowań na brytyjskich żołnierzy pomordowanych przez syjonistycznych terrorystów. Słowem nawet się nie odezwał w ich obronie, taki zeń ''patriota'' niby to chroniący kraj przed muzułmańskimi hordami, ale za to łaszący do nóg swym żydowskim panom. Na organizowane przezeń ''antyimigranckie'' demonstracje ściągają przemytnicy Wietnamczyków na Wyspy, pedofile, dilerzy i tym podobni podludzie stanowiący smutny dowód upadku białej rasy. On sam zaś jest zakłamanym gównem żyjącym na co dzień w Hiszpanii i to z irlandzkim paszportem, bycząc się tam za pieniądze Muska pospołu z izraelskimi sponsorami owego cwaniaczka, dzięki czemu może pchać se do nochala koki ile wlezie, nie dziwota stąd, że imponuje on ''jenotowi''. Dlatego kanalia znana pod pseudonimem ''Tommy Robinson'', bo nawet tak się nie nazywa, robi jeno za skurwiałą szmatę oblepioną koszerną spermą, przeto żadną miarą nie powinna stanowić wzoru dla realnie polskich narodowców. Dotyczy to w ogóle całej MAGA nad którą rząd dusz przejęli ''techautorytarianie'' z chowu Obamy i Bidena, kładąc tym samym kres fenomenowi prawicowego populizmu. Ceną za to stał się pogrom Republikanów podczas ostatnich wyborów na amerykańskiej prowincji, bowiem pal licho Nowy Jork jaki i tak był dla mieszkańców ''biblijnego pasa'' wewnątrz kraju uosobieniem współczesnej Sodomy, pełnej szumowin napływających doń z reszty świata. Prawica za oceanem powinna raczej martwić się przegraną w lokalnych okręgach Wirginii, nie tylko pokroju Loudoun County pełniącego rolę spalni waszyngtońskiej elity urzędniczej i siedziby gigantycznych centrów danych, ale i znacznie odeń biedniejszych nadal z przewagą populacji o europejskim pochodzeniu. Pozbawianych i bez tego marnej dość opieki zdrowotnej drastycznymi cięciami budżetowymi forsowanymi teraz przez Trumpa, co czyni zeń prawdziwego grabarza Ameryki białych ludzi jak to już przewidywałem. Wirginia jest również domem dla dowództwa CIA, nie dziwi stąd przejęcie kontroli nad owym stanem przez funkcjonariuszkę tejże ''szczególnej instytucji'', czemu zapewne sprzyjała arogancja z jaką prezydent USA traktował obecny kryzys rządowy uniemożliwiający zapłatę urzędnikom pensji. Do rokoszu ''deep state'' jeszcze daleko, ale jak tak dalej pójdzie władzę nad krajem obejmie może nie zaraz Ocasio Cortez a tym bardziej Mamdani, który na szczęście nie ma do tego prawa, za to Gavin Newsom - typowy korpoliberał łączący forsowanie skrobanek i pedalstwa z daleko idącą spolegliwością wobec interesów wielkiego kapitału. Nie byłaby to aż tak fatalna opcja przy Kamallah Harris a gwarantuję, że jeśli ponownie wystawi swą kandydaturę w prawyborach co właściwie pewne, Beniek Szapiro pospieszy w te pędy z poparciem. Skoro jest zeń już liberał gospodarczy nic mu szkodzi zostać i obyczajowym, tym bardziej iż niemal cała jego krytyka Fuentesa brzmi jakby żywcem wydarta z gardzieli Killary - że rasista, mizogin i takie tam obyczajowe pierdu pierdu na których zafiksowała się Dempartia. Byle tylko nie poruszać najistotniejszych dla zwykłych Amerykanów kwestii ekonomicznych, bo to godziłoby w interesy jej miliardowych darczyńców o często żydowskim pochodzeniu. Kamallah jest z tego chowu, męża ma z ''rasy wybrańców'' a przy tym serdecznie przyjaźni się z córeczką Dicka Cheneya, ''koszerwatywnego'' zbrodniarza wojennego jakiego niedawno diabli porwali do piekła ku ubolewaniu samej Harris. Czekać więc tylko kiedy Benio podąży za Bari Weiss - żydowską lesbą mianowaną dopiero co komisarzem politycznym przy CBS, dbającą o należycie proizraelski przekaz medialny owej stacji. Bowiem prawica to czy lewica w ostateczności nie ma większego znaczenia, liczy się tylko interes własny jedynego w świecie całem ''narodu wybranego'', cokolwiek to do kurwy nędzy znaczy. Na szczęście nie do końca, o czym świadczy aż trzecia część nowojorskiego żydostwa, jakie poparło w wyborach na swego burmistrza szyickiego muslima, dobre więc i to acz dziw, że syjoniści nie uczynili jeszcze zeń ''irańskiego agenta'':). W każdym razie wedle wszelkich oznak MAGA nie przeżyje Trumpa a właściwie zgonuje już za jego żywota, on sam zaś sprawiał wrażenie niemal ogłuszonego zwycięstwem Imamdaniego w swym rodzinnym mieście, na którym niewątpliwie odcisnął niezatarte piętno. Za późno obudzili się [ woke! ] stronnicy Israel First objawiając ''świętą wojnę'' fuentesistom, spanikowani ich rosnącymi wpływami w prawicowych instytucjach jak strategiczna Heritage Foundation, stąd pokazowe przeczołganie jej szefa za nieśmiałą i tak próbę obrony ''wolności słowa''. Idiota sądził, że Koszer Nostra może być dlań sojusznikiem w owej sprawie, gdy jej zależy tylko na zaprowadzeniu własnej wersji ''cancel culture'' piętnującej tym razem wrogów Izraela, przeto upokarzające pokajanie się nic tumanowi już nie dało. Co tu zresztą gadać: skoro nawet Brett Cooper, była współpracownica Beńka robiąca za współczesny archetyp sympatycznej przyjaciółki, czy raczej ''dobrej wróżki'' przez jej spirytualistyczne ciągoty, traci cierpliwość do tak obleśnego syjonistycznego knura co Randy Fine, grzecznie posyłając go do Gudłajstanu jeśli tak cierpi od ''antysemityzmu'' w Ameryce, znaczy nastąpił istny wstrząs tektoniczny wśród opinii publicznej za oceanem! Przeto nam w Polsce trzeba czynić po swojemu, zamiast ślepo naśladować obce wzorce skądkolwiek by one nie pochodziły. Inaczej skończymy niczym argentyńskie prawactwo z libertariańskim nieudacznikiem Mileiem na czele, którego nierząd poszedłby w cholerę, gdyby nie miliardy amerykańskiego socjalu od administracji Trumpa. MAGA trzyma się tylko słabością przywództwa opizdycji, jakie w osobie Cucka Szmuela prezentuje żenujące polityczne dupodajstwo, więc to stanowczo za mało aby znaczyć godny naśladowania przykład.

ps.

Kałfederacja jest formacją absurdalną, jako złożenie skrajnych liberałów gospodarczych z przecwelonymi wolnorynkowo postnarodowcami, którzy jednako sprzeciwiają się masowej migracji. Bo to jakby alfons gwałtownie oponował przeciw kurewstwu, gdyż ''nachodźcy'' służą interesom wielkiego kapitału obniżając koszty pracy i uniemożliwiając jakikolwiek solidarny opór robotników przeciw temu. Postawienie tak kwestii na prawicy niweczy posądzenie o ''socjalizm'', acz z lewicowej perspektywy konsekwentny sprzeciw wobec kapitalizmu wymagałby z kolei takiego samego jeśli idzie o masową migrację, co tu spowodowałoby rzecz jasna obwołanie ''faszystą''. W przypadku zaś kiedy obie anatemy przestają działać w wystarczającym stopniu, wyciąga się osinowy kołek ideologiczny ''narodowego socjalizmu'', jaki ostatecznie załatwia sprawę. Tak się akurat składa, że moi dziadkowie tak po ojcu jak i matce byli robotnikami przymusowymi Niemiec hitlerowskich, jeden zmarł nawet w obozie pracy o upiornej w owym kontekście nazwie ''Diana'', stąd trudno posądzić mnie o jakiekolwiek sympatie do führera i jego germańskiej ''panojropy''. Niemniej dopóty nie pozbędziemy się pomienionych wyżej ''mentalnych firewalli'', pozostaniemy żałośnie bezradni tak jeśli idzie o sprzeciw wobec masowej migracji na prawicy, co i opór przeciw interesom wielkiego kapitału na lewicy. Oddając pola obmierzłym libtardom pokroju Beńka Szapiro, jaki bezczelnie poucza młodych Amerykanów by ruszyli tyłki jeśli na miejscu nie mogą znaleźć pracy, sam bezwzględnie orędując za ''blut und boden'' w żydowskim wydaniu! Dlatego tyle poświęcam omówieniu kwestii Izraela, bo stanowi probierz wyobcowania elit obu głównych partii USA wobec problemów z jakimi borykają się ich przeciętni wyborcy. Przeto z jednej co i drugiej strony narasta wobec nich bunt, mogą nie podobać nam się formy jakie on przybiera, lecz sam jest w pełni zasadny. Przykro to rzec, ale Trump jest gnijącym żywcem starym pedofilem i politycznym kundlem Izraela, szantażowanym zebranymi nań epsteinowymi ''kompromatami''. Wprawdzie dobrze, iż w końcu przejrzał co do Rosji, niestety zbyt długo pozwalał się zwodzić Trupinowi, by i to poczytywać mu za sukces. Dlatego nie ma co wiązać z nim i jego stronnictwem rachub na przyszłość, pora działać nam samodzielnie. O ironio za wzór może posłużyć tu Zesrael, który czując pismo swym wielkim semickim nochalem szykuje już sobie dupochron, sam odwracając się od coraz bardziej nieprzyjaznego Zachodu zacieśnia więzy ze światem islamu. Współpracując choćby ze Zjednoczonymi Emiratami w zwalczaniu wpływów Iranu podczas wojny w Sudanie północnym, gdzie właśnie trwa prawdziwe ludobójstwo online. Podobnych przykładów można znaleźć więcej, wystarczy wspomnieć sojusz Gudłajstanu z Kurdami lub Azerbejdżanem, stąd prędzej bliskowschodnie żydostwo dojdzie do zgody z większością muzułmanów, niż będzie przed nimi ''bronić'' Europy jak twierdzą idioci pokroju Tarczyńskiego czy Robinsona. Tak więc zarówno prawackie gadki o rzekomym ''przedmurzu Zachodu'', czy też lewackie o jego niby to ''projekcie kolonialnym'' można już sobie na równi darować.

ps. 2

Nikt FujenteSS jest zbyt chimeryczny jak na ciotę przystało, aby sam odegrać jakąś istotną rolę w polityce. Bowiem nie w tym jego zadanie, lecz ma on robić za perwersyjnego błazna gotowego wypowiadać na głos rzeczy stanowiące wciąż tabu dla większości Amerykanów. Głupotą stąd typową dla liberałów i lewaków są próby wytłumaczenia fenomenu jego popularności sprowadzając ją li tylko do populacji białych młodych niedojebańców za oceanem. Tymczasem słucha go też wielu Latynosów, Murzynów a nawet Żydów i kobiet, jakich trudno posądzić o nienawiść do siebie i uległość wobec obelg, które pod ich adresem rzuca Fuentes. Zwyczajnie wszyscy oni jednako mają już serdecznie dość syjonistycznej tyranii nad Ameryką, stąd trzeba było im stworzyć jakiś ''wentyl bezpieczeństwa'' czy też systemową ''linię ujścia''. Podobną funkcję pełni obiór Imamdaniego, który dla wyborczego zwycięstwa musiał zapłacić frycowe tj. przystać na kontrolę proizraelskiej Żydówy nad nowojorską policją. Tak się zaś składa współpracuje ona ściśle ze służbami specjalnymi Gudłajstanu, posiadając nawet oficjalną placówkę w tamtejszym mieście Kefar Sawa o strategicznym znaczeniu. Zohran więc to podobnie jak Ocasio Cortez ''kontrolowana opozycja'', jaka zapewne wkrótce zawiedzie oczekiwania co bardziej krewkich lewaków, bez złudzeń. Niemniej fakt, że dotychczasowy system musi uciekać się do podobnych rozwiązań świadczy o realnym przełomie, nie ma powrotu do ''będzie jak było''.