sobota, 31 stycznia 2026

Szach-mata nie będzie [ raczej ].

''Od 1974 r. Amerykanie chcieli mnie zniszczyć.''

Mohammad Reza Pahlawi

Chucpa z rzekomym przywróceniem perskiej monarchii na Zachodzie robi jeno za obleśną fantazję o ''nowym Cyrusie'' zjełczałych neokoszerwatystów. Takich jak Beniek ''kermit'' Szapiro czy stara ropucha Mark Levin, oraz basujących im szabes-gojów pokroju Teda Cruza i Glenna Becka. Wszyscy oni histerycznie odmawiają uznania nowej ''mądrości etapu'', jaka wyklucza raczej zmiany reżimu bezpośrednią interwencją amerykańskich wojsk. Niby to wiedząc usiłują rzecz nieudolnie zamaskować jako wolę samych Irańczyków, w praktyce jednak nawołują do zbrojnego ataku USA na reżim ajatollahów. W samym zaś Iranie wygląda, iż panuje nader osobliwa sytuacja: gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na prawdziwy bunt, przy jednoczesnym braku jego realnego przywództwa. Tamtejsza demoliberalna ''opizdycja'' jest doń organicznie wręcz niezdolna, do tego słaba i wewnętrznie rozbita. Z kolei lewicowi mudżahedini skompromitowani kolaboracją z Saddamem, przeto obecnemu szachowi trafiła się okazja niczym ślepej kurze ziarno, ale bardziej na zasadzie ''na bezrybiu i rak ryba''. Mówiąc wprost irański następca tronu robi tylko za polityczny mem, całkowicie oderwany od polityczno-historycznych realiów, niczym zmitologizowana przez chińskich ''przegrywów'' rewolucja [anty]kulturowa Mao. Naprawdę jednak mało liczy się jak wielu zwykłych Irańczyków pragnie nawrotu monarchii, bardziej zaś ilu z obecnego reżimu jest gotowych przyłączyć się do buntu. Bowiem rzecz nie w tym po czyjej stronie jest racja, a kto dzierży kluczowy tu karabin, póty co wszakże nie widać jakichś większych oznak rozłamu obozu władzy w Teheranie. Zresztą trudno się dziwić, skoro na negacji ''szachanatu'' zbudował on swój mit założycielski, przeto gdyby Amerykanie serio myśleli o zmianie reżimu w ogóle nie zaczynaliby chucpy z irańskim następcą tronu. Pełni on prędzej rolę przysłowiowego kija mającego drażnić małpę - tu: ajatollahów, niż ofertę dla nich serio a bez tego nie sposób mówić o prawdziwych zmianach. Alternatywą jest wymordowanie stronników Ali Chujmeneji wraz z nim samym, ale on jako doświadczony terrorysta raczej potrafi sobie z tym radzić, ostatecznie ledwie uszedł z życiem w zamachu dokonanym nań przez lewicowych mudżahedinów. Bowiem nazbyt często zapomina się, iż patusy skłonne do przemocy nie tylko umieją się nią posługiwać, ale i bywa samemu unikać jej fatalnych konsekwencji dla siebie. Tyrania szyickich islamistów od swego zarania mierzyła się ze znacznie gwałtowniejszym oporem, niż ten jakiego świadkiem byliśmy ostatnio, co mocno ją zahartowało wyrabiając odpowiednie mechanizmy obronne. Pojmuję, że fotka z irańską feminazistką odpalającą papierosa od portretu ajatollaha, czy zdjęcia fajczących się meczetów efektownie prezentują się w ''soszialach'', niemniej w prawdziwej rzeczywistości a nie wirtualnej nie czynią jeszcze przełomu. Tak samo jak setka czy dwie zlinczowanych funkcjonariuszy reżimu, gdy w kontrze byli w stanie położyć trupem co najmniej tysiące, na systematyczne masakry należałoby więc odpowiedzieć równie systematycznymi kontrmasakrami, a nic takowego nie miało miejsca. Przeto i ajatollahy trzymają się mocno...

Wszakże ''operacja Szach 2.0.'' może mieć pewien sens, ale nie przydawany mu przynajmniej na słowach przez syjońskie naziolstwo. Otóż za autentyczną popularność irańskiego następcy tronu w kraju odpowiada ''Manoto TV'' - emigracyjna stacja nadająca z Londynu, jaką cholera wi kto tak naprawdę finansuje [ zapewne Izrael i USA ]. Umiejętnie wplatając w rozrywkową ofertę nostalgię za czasami monarchii, posuwa się wręcz do obrony SAVAK-u: bezpieki szacha posądzanej o represje i tortury jego wrogów. Znamienne jednak, iż na antenie zajmują się takową propagandą nie tyle przedstawiciele irańskiej diaspory, co wychodźcy spod władzy ajatollahów, w tym nawet byli prezenterzy reżimowej telewizji! Świadczyłoby to o cichym porozumieniu jakiejś części szyickich islamistów z monarchistyczną opozycją, oraz jej mocodawcami na ''zgniłym/niewiernym Zachodzie'', gdzie najwidoczniej irańska bezpieka i elity władzy szykują sobie dupochron. Przoduje w tym synalek samego Ali Chujmeneji, jaki miał nabyć poprzez ''słupy'' szereg lukratywnych nieruchomości w Dubaju i nade wszystko Europie, min. rzecz jasna Londynie [ gdzieżby bez tego ]. Całkiem możliwe biorąc ilu wysoko postawionych funkcjonariuszy irańskiej monarchii odnalazło się u boku Chomeiniego, by wymienić choćby tylko gen. Hosejna Fardusta. Bliskiego przyjaciela szacha jeszcze z dzieciństwa, wiceszefa pomienionego już SAVAK-u po zmianie reżimu przemienionego pod jego kierownictwem w służące tym razem ajatollahom SAVAMA [ coś jak u nas ''transformacja'' SB w UOP, jedynie na odwrót ]. Śliski ów typ, jak na tajniaka przystało, posądzany o współpracę z Brytyjczykami co i Sowietami, został w końcu usunięty z funkcji przez nowe władze pod zarzutem kolaboracji z KGB, po czym zmarł w nader podejrzanych okolicznościach. Trudno orzec zabity jako niepotrzebny już swym mocodawcom, czy też jak głoszą pewne spekulacje radziecki wywiad miał jedynie upozorować jego śmierć, by wycofać bezpiecznie swego agenta u boku Chomeiniego. Krwawe czystki ''islamskiej rewolucji'' przeżyło też wielu innych oficerów armii szacha, jak Masud Monfared-Nijaki, Dżawad Fakuri, Ali Sajjad Szirazi czy Hasan Parast, dowodząc później odparciem irackiej agresji zbrojnej na Iran. Dlaczegóż by więc nie była możliwa i odwrotna droga, nawet spośród pasdarów szczególnie dziś, gdy u Irańczyków dawny fanatyzm religijny ustępuje nacjonalizmowi. Ożywionemu przez izraelsko-amerykańską napaść na ich kraj, co i zdradziecki charakter samych ajatollahów, trwoniących brakujące tak na miejscu środki na wspieranie zagranicznych islamistów. Niemniej w świetle powyższego irański następca tronu jawi się dość marną i podłą kreaturą, cichym kolaborantem części przynajmniej reżimu w Teheranie, oraz USraela - Szachinszach, Światło Ariów korzący się przed jakimiś handełesami i pomiotem jankeskich koniokradów, co za hańba! Plując tym de facto na grób własnego ojca, zdradzonego przez tychże Amerykanów i Żydów pospołu z Sowietami, o czym pisał obszernie Houchang Nahavandi. Zmarły niedawno jeden z najbliższych współpracowników Rezy Pahlawiego, mianowany przezeń rektorem czołowych irańskich uniwersytetów i minister nauki jego rządów, stąd daleki od obiektywizmu w owej sprawie, ale też właśnie dlatego warto przytoczyć świadectwo jakie dał. Zawierając dowody przeniewierstwa wobec obalonego szacha tak Amerykanów co i sowieckiej Rosji, o knowaniach Zesraela już nie wspominając - przypomnę tylko, iż ostatni dał podwaliny rakietowej potęgi Iranu, a zmiana reżimu w Teheranie wręcz zacieśniła współpracę wojskową syjonistów z ajatollahami, jacy pospołu zniszczyli nuklearny projekt Saddama. W każdym razie do upadku Rezy Pahlawiego walnie przyczynił się jankeski generał Huyser, który jako emisariusz Cartera sparaliżował opór przeciw islamistom w irańskiej armii. Pod jego to wpływem dowodzący nią wówczas Abbas Gharabaghi nakazał podległym sobie wojskowym stać z bronią u nogi, zamiast ratować monarchię przed buntownikami jak należałoby. Co więcej, ów amerykański żołdak przygotowywał bezpośrednio powrót do kraju Chomeiniego, spotykając się w tym celu z jego stronnikami na wielogodzinnych ''konsultacjach''! Niestety sam władca trawiony już zaawansowanym rakiem przyzwalał biernie na ów akt bezczelnej zdrady, czynionej niemal tuż pod jego nosem przez ''sojusznicze'' USA, bowiem szacha ewidentnie przerosły jego własne ambicje. Osadzony na tronie wolą Anglosasów i Sowietów daremnie próbował zerwać więzy zależności Iranu od obcych mocarstw, szamocząc się w swej wersji ''polityki wielowektorowej''. Lojalny wobec szacha Nahavandi tak o tym pisze:

''Dziś wiadomo, że nie brakło ostrzeżeń, iż w połowie lat 70-ych pomysł obalenia szacha był rozważany na forum Narodowej Rady Bezpieczeństwa w Waszyngtonie przez Kissingera, jakiego władca Iranu uważał przecież za swego niezawodnego przyjaciela i obrońcę. Czy go o tym powiadomiono? Niepokoiły ambicje Iranu w polityce międzynarodowej, wzrost jego siły ekonomicznej, finansowej i militarnej. Będący sojusznikiem Izraela Iran nie zawahał się udzielić decydującej pomocy Egiptowi podczas wojny Jom Kipur, jedynej jaką hebrajskiemu państwu nie udało się wygrać z Arabami. Prezydent Sadat nie zapomni tego co dobrze o nim świadczy, dyplomacja izraelska również. Idea zamiany sojuszy i obalenia Iranu, jedynego kraju w regionie mogącego mierzyć się z Izraelem, krążyła wśród polityków syjonistycznego przywództwa, szczególnie tych z prawicy. Ardeszir Zahedi, były zięć i zaufany człowiek Szacha, podczas gdy stał na czele irańskiej dyplomacji stopniowo kierował politykę w kierunku mniej proizraelskim. Ambasador Hosejn Montazem, wówczas dyrektor Departamentu Afryki w ministerstwie, opisał mi szczegóły dyrektyw przekazywanych za jego czasów przedstawicielom Iranu w krajach muzułmańskich: Iran prowadzi zrównoważoną politykę, przejmuje się niesprawiedliwym losem zgotowanym narodowi palestyńskiemu, od czasu Nasera jest przyjacielem i niezawodnym sojusznikiem głównego arabskiego mocarstwa - Egiptu. Gdy Hosejn Montazem sam miał reprezentować Iran w dwóch z tych krajów, dostał takie same dyrektywy i przesłania do przekazania. Stanowisko to nie mogło być utrzymane w tajemnicy przed Izraelczykami i Amerykanami i w konsekwencji źle ich usposabiało. Czy Szach wiedział o zawirowaniach, które wywoływała taka orientacja polityczna? Od 1975 roku, a więc dojścia przez Republikanów do władzy w Waszyngtonie, mnożyły się przypadki oficjalnego zajmowania wrogiego Iranowi i jego władcy stanowiska. Z objęciem prezydentury przez Jimmy'ego Cartera wrogość ta nasili się i USA przejdą do działania pomimo oficjalnych zapewnień o sojuszu. Szach zupełnie nie zwracał na to uwagi. [...] I to był jego wielki błąd. Co mu zarzucano w Waszyngtonie? Megalomanię, czyli - ujmując to inaczej - błyskawiczny wzrost potęgi jego kraju, czynione przezeń inicjatywy demokratyzacji regionu co było nie do przyjęcia dla Izraela, projekt paktu Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego w celu zapewnienia bezpieczeństwa własnymi siłami państw owego regionu. Wielkie korporacje naftowe nie mogły mu wybaczyć roli, jaką odgrywał w OPEC, przy wsparciu otrzymywanym od saudyjskiego króla Fajsala, innego władcy-modernizatora zamordowanego w '75 roku w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Od tej pory ruszy światowa machina kłamliwej propagandy, mającej na celu destabilizację pozycji Szacha. Wewnętrzne napięcia będą nieustannie podsycane, a w końcu by pozbyć się niewygodnego władcy wykreuje się jego ''następcę'' [ Chomeiniego ] - jak sądzono bardziej podatnego na wpływy, gdyż sam przez się nic nie znaczył. W 1980 r. w Kairze na krótko przed śmiercią Mohammad Reza Pahlawi z goryczą wyznał mi: ''Husajn [ król Jordanii ] miał rację. Wczesną jesienią '78 roku zatelefonował do mnie i rzekł: ,,To co Amerykanie czynią teraz w Iranie próbowali zrobić ze mną w 73-im [ ''czarny wrzesień'' ]. Wytrzymałem, zgniotłem rebelię Palestyńczyków i w końcu musieli ze mną negocjować. Jeśli nie możesz sam wydać rozkazów, które spowodowałyby nieuchronne zdławienie rozruchów, pozwól mi więc przyjechać do Iranu, zainstalować się na trzy dni w małym pokoju tuż przy Twoim gabinecie, a doradzę Ci i dowódcom Twej armii co mają robić. Zobaczysz, że wszystko się ułoży, a Amerykanie położą uszy po sobie.'' I dalej [ kontynuuje Szach ]: ,,Całkowicie myliłem się co do postawy USA, przede wszystkim zaś nie chciałem rozlewu krwi mojego narodu. Monarcha nie może przecież postępować jak dyktator, za wszelką cenę dzierżący władzę.''

- ależ jak najbardziej może i wręcz powinien! Szach Reza nie decydując się na zadanie śmiertelnego ciosu buntownikom nie tylko ponosi winę za okrutną kaźń masy wiernych mu poddanych, którzy nie mieli tyle szczęścia co pomienieni wyżej kolaboranci ajatollahów, lecz nade wszystko tragedię własnego kraju, jaki de facto oddał we władanie obskuranckiej tyranii islamistycznych sekciarzy. Podobnie więc co Ludwik XVI tchórzący przed nakazaniem strzelania do zrewoltowanego motłochu jak należałoby to uczynić, tym samym utracił na zawsze prawo do sprawowania rządów. Dlatego ''szachanat'' może odrodzić się jedynie w formie politycznej atrapy, rodzaju ''zgniłego kompromisu'' między częścią przynajmniej struktur postislamistycznego reżimu, a obcymi potencjami z USA na czele, innej opcji realnie dlań nie widzę. O wiele lepszą byłoby objęcie rządów przez kogoś w typie Ahmadineżada, który wypadł z łask ajatollaha sprzeciwiając się forsowanemu przez tegoż zaangażowaniu wojsk w Syrii. Trafnie przewidując, że Asad to zdradziecka swołocz nie warta marnowania nań złamanego irańskiego riala, bo też jak czas pokazał brat samego Baszara ewidentnie za jego pozwoleniem donosił Mosadowi. Przede wszystkim zaś Ahmadineżad jest nie tylko zapiekłym wrogiem Izraela, ale i Rosji potępiając głośno jej agresję przeciw Ukrainie, nazywając przy tym Putina po imieniu ''narcystycznym tyranem''. Niestety brak dlań możliwości zdobycia władzy, a to przez słabnące wprawdzie, lecz wciąż potężne wpływy żydowskich jak i gojowskich syjonistów, w przymierzu z arabskimi monarchami oraz juntami wojskowymi muzułmańskich krajów. Wspominam o tym nie w imię tępego antyamerykanizmu, jaki każe wielu rzucać się w objęcia Rosji, bo choćby właśnie na przykładzie Iranu doskonale znać, że to chuj a nie alternatywa. Nahavandi opisuje jak był świadkiem umizgów ówczesnego sowieckiego ambasadora w Teheranie Winogradowa, który mimo oficjalnie neutralnego stanowiska breżniewowskiego politbiura wydał wystawne przyjęcie na cześć teściowej szacha. Nie wadziło mu to knuć za jego plecami intrygi mające na celu obalenie irańskiego monarchy, [zd]radziecki dyplomata i kagiebista później stał też ponoć za atakiem na ambasadę USA i wzięciem tam zakładników przez islamistycznych rewolucjonistów. Przynajmniej na to wskazuje Nahavandi w swych wspomnieniach, jakich polski przekład ukazał się nakładem wydawnictwa ''Dialog'', bardzo polecam. Idzie więc jedynie o to, by pozostając w sojuszu z Amerykanami pod żadnym pozorem im nie ufać, o ile nie chcemy podzielić losu nieszczęsnego szacha Rezy Pahlawiego, który nie był wcale ''marionetką Zachodu'' wbrew dorobionej mu ''gębie'' takowego - wystarczy posłuchać co miał on do powiedzenia o żydowskim lobby...

...przeto jeśli USA ruszą zbrojnie na Iran jedyne co mając w zanadrzu to powtórkę z ''szachanatu'', wypada im taką razą życzyć zebrania podobnego wpierdolu co putinowska Rosja na Ukrainie. Bowiem choć pewnie zmiażdżą w końcu ajatollahów na polu boju, Amerykanie nieraz już dowiedli, że potrafią zamienić militarne zwycięstwo w polityczną klęskę. Uciekając z podkulonym ogonem [ Afganistan ], w panice [ Wietnam ] lub wycofując się cichaczem [ Irak ] porzucając swych sprzymierzeńców, poza rzecz jasna Wielkim Syjonem.

ps.

Wedle ujawnionych dopiero co dokumentów sprawy Epsteina miał on spotkać się nieoficjalnie z Ahmadineżadem podczas jego dyplomatycznej wizyty na forum ONZ. Wprawdzie świadectwo nie pochodzi bezpośrednio od żydowskiego pedofila, zaś przedstawiciele b. irańskiego prezydenta stanowczo się od tego odżegnują, niemniej warto rzecz odnotować gwoli porządku. Bardziej jednak realny jest udział Epsteina jako kluczowej figury w dostarczeniu ajatollahom chińskiej broni, paralelnym do operacji Iran-Contras. Bez przesady można więc rzec, iż sojusz syjonistów z szyickimi islamistami, zawiązany dla odparcia zbrojnej agresji Iraku Saddama i jego zniszczenia, wręcz stworzył ze zwykłego dewianta owego potwora, jakim stał się [nie]sławny żydowski pedofil. Epstein nie tylko żywił chuć do nieletnich ruskich kurewek, ale i pośredniczył w tajnych porozumieniach między Izraelem a Rosją w sprawie Iranu, co i Syrii - czy aby padł ich ofiarą? W każdym razie wygląda na to, iż prawdziwym sensem opisanej tu chryi jest kontrola nad cieśniną Ormuz, nieopodal której położone są Zjednoczone Emiraty. Od lat 80-ych zeszłego stulecia światowe centrum handlu bronią, przemytu diamentów i gigantyczna pralnia ''brudnych pieniędzy'', gdzie krzyżują się interesy USA, Izraela co i Rosji oraz Chin [ stąd i tu nie mogło braknąć swądu koszernego capa ]. Dziś zaś kluczowe ogniwo ''Pax Silica'' pod patronatem Amerykanów, skupionej na wydobyciu i przetwarzaniu krytycznych minerałów, a także bezpieczeństwie ich przesyłu. Bowiem niezbędnych dla ''sztucznointeligenckiej'' rewolty technologicznej, jako fundamentu nowego ładu światowego tworzonego przez polityczno-militarny ''dysypatyzm''.

wtorek, 6 stycznia 2026

Wewezuella nie umie [ ani za bardzo chce ] się bronić.

...przynajmniej na to póty co wygląda, ograniczając do napuszonych pogróżek i demonstracji. Zresztą nie może być inaczej, skoro jej wojsko to jakaś ponura groteska, z absurdalnie rozdętym dowództwem liczącym przeszło 2000 ''gejnerałów'' - ponad dwukrotnie więcej niż u najsilniejszej w świecie US Army! Zdecydowana większość z nich nie zawdzięcza awansów militarnym umiejętnościom a służalstwu obecnej władzy, czyniącym z nich de facto umundurowanych politruków, tudzież cwanych zdzierców i narkodilerów w jednym. Systemy obrony przeciwlotniczej i rakietowej Wenezueli, głównie rosyjskiej produkcji i takiej sobie jakości, wymagają jednak fachowej obsługi i utrzymania, na co reżim Maduro nigdy nie miał środków ni kompetencji, stąd Jankesi dość łatwo roznieśli je w pył. Co w niczym nie umniejsza sukcesu amerykańskich komandosów, jakim przyszło stoczyć realny bój z ochroniarzami wenezuelskiego tyrana, wielu z nich przy tym kładąc trupem, przyznał to nawet głównodowodzący ''bolivariańską'' armią. Zanim przejdę do rzeczy wypada mi uprzedzić, iż żaden ze mnie znawca latynoskiej ''gejopolityki'', skoro jednak namnożyło się ich nam ostatnio, więc i ja choć nie wiem to się wypowiem. Bawi mnie bowiem niezmiernie zesrańsko demoliberałów i lewaków z powodu porwania - co tu kryć - wenezuelskiego despoty przez jankeskie komando, szczególnie ów ból dupska wygląda śmiesznie w wydaniu jakichś popłuczyn po BLM. Tak się zaś składa, iż nierząd Maduro sprokurował policyjne szwadrony śmierci eksterminujące miejscowych gangusów, często jedynie za takowych arbitralnie przez nich uznanych, osobliwie głównie czarnych... Ofiarą jego represji padali też nie tylko przedstawiciele demoliberalnej ''opizdycji'', ale i komuchy, działacze związkowi i LGBT, stąd żadną miarą nie da się ''boliwariańskiej'' tyranii zwać uczciwie ''antyimperialistyczną''. Maduro w ostatnich latach zaprowadził drastyczny i neoliberalny z ducha reżim oszczędnościowy, rzecz jasna nie kosztem swej kasty rządzącej, ale głównie najuboższych mieszkańców kraju w jakich imieniu rzekomo występuje. Sprowadzając ich niemal na skraj głodu i prawdziwej nędzy, o jakie nie sposób przeto obwinić jedynie amerykańskich sankcji, co najmniej w równiej mierze odpowiedzialność ponosi tu korupcja i niedołęstwo wenezuelskiej władzy, ''socjalistycznej'' zwykle tylko w retoryce. Bowiem towrzysze ''boliwarianie'' prędko zapomnieli o swych rewolucyjnych ideałach dorwawszy się do synekur, obrósłszy tłuszczem żerując na krajowym przemyśle wydobywczym, zawłaszczonym na własny rachunek pod pozorem jego ''nacjonalizacji'', tudzież dzięki pokątnemu handlowi bronią i narkotykami, oraz wszechobecnemu łapówkarstwu. Pokrywając to wszystko napuszonymi ''antyglobalistycznymi'' frazesami, jakie nie wadziły im kolaborować z amerykańskim koncernem wydobywczym ''Chevron'', tudzież przemycać do USA kokainę z Kolumbii. Znamienny pod tym względem przypadek stanowi pomieniony już dowódca wenezuelskiej armii Vladimir Padrino - absolwent militarnej akademii stworzonej przez Amerykanów specjalnie do wyuczenia lojalnych im latynoskich wojskowych. Szkolił się tam min. w metodach ''wojny psychologicznej'', przeto deklarowana gromko wiernopoddańczość wobec Chaveza nie przeszkodziła mu w posiadaniu poprzez rodzinę licznych interesów i nieruchomości u wrażych ''gringos'', konkretnie w Teksasie i na Florydzie. Ot tacy to ''antyimperialiści'' z owych ''neobolivarian'', nawet argentyński komuch o ksywie BadEmpanada przyznaje, że trzeba być lewackim amerykańskim gówniarzem, obwiniającym ''imperializm'' własnego kraju o wszelkie zło świata, aby serio wierzyć w uczciwą ''wygraną'' Maduro podczas ostatnich wyborów na prezydenta kraju. Obiekcje co do tego żywił takoż stojący na czele Brazylii ultralewicowy Lula, czy ''peronistka'' Kirchnerowa, by wymienić tylko pierwszych z brzegu polityków Latynoameryki, jakich nie sposób posądzić o uległość wobec władz USA. Niepomni na to demoliberalni debile i lewacy Zachodu ujadają o jakoby obaleniu ''legalnego'' przywódcy Wenezueli, a nie zwykłego uzurpatora jakim jest w istocie, tudzież złamaniu ''międzynarodowego prawa''. Co w ich mniemaniu ma rzekomo dać glejt Chinom do inwazji na Tajwan, jakby ''czerwoną pajęczynę'' z Pekinu powstrzymywała przed tym li tylko kolejna gówniana rezolucja ONZ, którą skądinąd mogłaby bez trudu zawetować w Radzie Bezpieczeństwa, znalazłszy przy tym mnóstwo państw w tym ją wspierających.

Dorosłym wydawałoby się ludziom wypada tłumaczyć jak dzieciom, że reżimy oparte na czystej nagiej przemocy szanują jedynie okaz prawdziwej siły, nie zaś mielenie ozorem ''prawoczłowieczych'' frazesów bez żadnych dla tego konsekwencji. Ukraina przekonała się na własnym przykładzie boleśnie jak tylko można, ile warte są owe ''budapesztańskie memoranda'' i wszelkie ''międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa''. Nie one ją ocaliły przed rosyjską agresją zbrojną, lecz jej obywatele gotowi bić się o własny kraj z bronią w ręku i jeśli trzeba niszczyć bezwzględnie wroga, bez nijakiego patosu na jaki nie ma miejsca w realnej wojnie, a tak po prostu. Skądinąd zabawnym jest obserwować, jak zjeby pokroju Prilepina i same władze na Kremlu oburzają się nagle, że agresja zbrojna przeciw innemu państwu stanowi ''niedopuszczalne złamanie umów międzynarodowych''. Zarazem rosyjskim stronnikom wojny z Ukrainą aż dupska gorzeją od upokorzenia ich przez Amerykanów, którzy owym spierdolinom dobitnie okazali jak powinna wyglądać prawdziwa ''specoperacja wojskowa'':). Nie wiedząc co z tym począć rosyjska propaganda sama się pogrąża miotając między sprzecznymi wersjami zdarzeń, jednako fatalnymi dla putinowskiej tyranii. Bowiem jeśli jak teraz ''odkrywają'' jej szczekaczki wenezuelski reżim był nieudolny i skorumpowany, po co w takim razie było leźć w owo latynoskie bagno, a skoro Maduro jakoby dał się porwać Amerykanom, w takim razie Rosjanie wychodzą na durniów, jacy futrowali mnóstwem broni i pieniędzy cwaniaczka, który w końcu i tak sprzedać miał się wrogom, stąd jak nie umór dla kacapów to sraczka. Nie pieję przy tym peanów na cześć Trumpa, jakiego przypominam uznaję za gnijącego żywcem starego pedofila i politycznego kundla Zesraela, więc stać mnie na obiektywizm doń właśnie przez krytyczny dystans. Byłbym stąd pierwszym kto gotów potępić zbrojną napaść USA na Wenezuelę, o ile tylko oznaczałaby kolejną poronioną próbę montowania tam powolnego Waszyngtonowi reżimu neokolonialnego. Póty co jednak nic takowego nie ma miejsca, o czym świadczy spuszczenie przez Trumpa po brzytwie Machado, samozwańczej liderki wenezuelskiej ''opizdycji'', nie dość że zagorzałej syjonistki to jeszcze neoliberałki, a więc samo zło. Na szczęście amerykański prezydent oświadczył, zgodnie z prawdą zresztą, iż baba nie ma wystarczającego poparcia w kraju ni autorytetu, by przejąć schedę po Maduro, stąd władzom USA przyjdzie dogadać się z co bardziej kumatymi decydentami ''bolivariańskiej'' junty, pomnymi losu swego przywódcy. Słusznie, bo wenezuelska demoliberalna ''opizdycja'' dowiodła swej nieudolności, wyczerpawszy wszelkie legalistyczne, co i siłowe metody obalenia nierządu ''chavezistów''. Wyborcze jej zwycięstwo i większość parlamentarna zostały wykastrowane przez ichni Sąd Najwyższy we władaniu stronników reżimu, który serią [bez]prawnych aktów odebrał realne prerogatywy władzy ustawodawczej. Próba odwołania Maduro w referendum została przezeń bezczelnie unieważniona arbitralnym sposobem, zaś wywołane tym masowe protesty brutalnie stłumione niosąc kilkaset ofiar śmiertelnych bez większych konsekwencji dla wenezuelskiej satrapii. Wreszcie pucze wojskowe spełzły na niczym, dlaczegóż więc ktoś obcy miałby sprzątać za mieszkańców tego nieszczęsnego latynoamerykańskiego kraju ów burdel, jaki sami poniekąd sobie sprokurowali? Przypomnę: reżimy oparte na przemocy można obalić jedynie siłą, co w przypadku Wenezueli skończyłoby się nie tyle wojną domową, na szczęście mało prawdopodobną z racji impotencji tamtejszej ''opizdycji'', ile raczej militarną okupacją przez Amerykanów. Wprawdzie ''bolivariańska'' armia to chuj a nie wojsko, za to mogłaby już napsuć sporo krwi jako terrorystyczna ''guerilla'' i zarazem kartel narkotykowy [ dość typowa niestety dla Latynoameryki kombinacja ], więc na cholerę potrzebne to Jankesom? Tym bardziej, że przekonali się jakimi fatalnymi konsekwencjami owa rzecz grozi, do dziś żywiąc stąd traumę.

Pomyślmy tylko, jak inaczej wyglądałaby druga wojna z Irakiem, gdyby zamiast pchać się tam wojskowymi buciorami Amerykanie przedłożyliby generalicji i bezpiece Saddama propozycję nie do odrzucenia, aby wydając go w ich ręce zyskali tym samym gwarancje bezpieczeństwa dla siebie? Iluż to arabskim mieszkańcom kraju ocaliłby ów akt życie, nie mówiąc o żołnierzach USA a takoż i naszych polskich, którzy zginęli walcząc za krwawą chucpę neokoszerwatystów. Podobnie z talibami, jakim Waszyngton powinien był postawić ultimatum, że w razie dalszego chronienia ibn Ladina dostaną srogi wpierdol, ale nie bezpośrednią inwazją wojskową i okupacją kraju, co nieustannymi bombardowaniami, wsparciem zbrojnym i wywiadowczym dla afgańskiej partyzantki, wreszcie atakami amerykańskich komandosów na miejscu. Pewien jestem, że w końcu by się ugięli pod byle konsekwentną presją militarną, ekonomiczną i polityczną, ''humanizując'' przy tym nieco swój reżim, ale nie poprzez wciskanie im na siłę liberalnego ''prawoczłowieczyzmu'', co prędzej na gruncie samego islamu. Najęci przez agendy USA muzułmańscy teolodzy, najlepiej ci ''fundamentalistyczni'', mogliby wytłumaczyć talibom, iż szariat nie oznacza zaraz, że kobieta ma nosić siatkę na twarzy skoro wystarczy do tego ''hidżab''. Podobnie z zanadto hojnym szafowaniem przez nich karą śmierci, a nade wszystko jeśli tacy z nich ''prawowierni'' niechże położą kres powszechnej we własnym kraju pladze ''homopedofilii''. Boć przecie ruchanie w tyłek drugiego mężczyzny, tym bardziej zaś dziecka jest w islamie ''haram'', czyli bezwzględnie zakazane, dlatego trzeba było wyjątkowego stopnia umysłowego spierdolenia, by w obliczu masowości owej patologii szerzyć jeszcze cholerne LGBT!!! W co zaangażowana była okupacyjna amerykańska władza Afganistanu, niechże więc piekło pochłonie i szlag trafi na miejscu wszystkich uczestników tegoż procederu. Nawiasem ''bolivariański'' tyran i jego ''first lady'' są fanatycznymi wyznawcami Sai Baby - hinduskiego guru i pedofila, do tego stopnia, że gdy Maduro był jeszcze ministrem dyplomacji z jego inicjatywy Wenezuela jako jedyny kraj na świecie ogłosiła żałobę narodową po zgonie tegoż spirytualnego degenerata. Wracając zaś do aktualiów: kluczowa będzie teraz postawa niejakiego Diosdado Cabello, ''szarej eminencji'' reżimu sprawującemu przywództwo jego paramilitarnych bojówek, tzw. ''colectivos'' terroryzujących politycznych oponentów, a za pośrednictwem swego kuzyna również kontrolując bezpiekę. Bo nie ma co zważać na nową [wice]prezydentkę/prezydentynię/prezydentyszcze kraju, jakiej nazwiska nawet nie pomnę, gdyż robi ona jeno za przysłowiową ''paprotkę''. Baba gada co jej każą, acz znamienne że mimo jej spolegliwych wobec Waszyngtonu deklaracji, oficjalnemu namaszczeniu na następczynię Maduro towarzyszyli ambasadorzy Chin, Rosji i Iranu, co trudno inaczej interpretować, jak wyzwanie pod adresem USA [ z drugiej wszakże znaczy, iż owe despocje pogodziły się już z dyktowanymi przez Jankesów realiami na ziemi ]. Podobnie jest ze świeżym dekretem zacieśniającym militarną i bezpieczniacką kontrolę nad krajem, grożąc srogimi karami stronnikom amerykańskiej interwencji wojskowej, tak więc nic nie jest wciąż przesądzone i dopiero z czasem okaże się, czy presja administracji Trumpa na Wenezuelę odniesie żądany skutek. Oby, bo dzięki temu odgrywający faktycznie wiodącą rolę w całej operacji Rubio wyrasta z teflonowego neokoszerwatysty na polityka całkiem serio, zwiększając tym samym własną szansę na przyszłą nominację Republikanów kosztem Vance'a i być może ostania się pierwszym latynoskim prezydentem USA. Wypada stąd żywić nadzieję, iż jego ostatnie deklaracje co do możliwej okupacji Wenezueli przez Amerykanów to jeno środki nacisku na wciąż stających okoniem ''chavezistów'', a nie groźby serio bo wtedy pewnie mielibyśmy powtórkę z Iraku i Afganistanu, niechby w złagodzonej wersji. Tak czy owak jedno pewnym jest: żadną miarą obecnej interwencji wojskowej USA nie należy brać za nawrót ''hemisferyzmu'' i doktryny Monroego, coby to sam Biały Dom na ów temat nie deklarował. Bowiem ludzie w swej masie są niczym inżynier Mamoń, zazwyczaj lubią melodie które już znają, stąd trzeba im klarować do łbów w oswojonej przez nich formie zupełnie nową treść. Powtórzę więc na koniec com pisał w ostatnim tekście na drugim ''kontrblogu'', iż ''America First'' nie znaczy jej zamykania się we własnej strefie wpływów ni tym bardziej ''izolacjonizmu'', a zachowanie globalnego prymatu w nieznanym dotąd wydaniu. Co paradoksalnie domaga się wyrzeczenia przez USA dotychczasowej hegemonii, opartej o ''prawoczłowieczyzm'' i system wolnego handlu, który w jego realnej postaci był projektem polityczno-militarnym, sprawowanym głównie za pomocą wojennej floty czuwającej nad bezpieczeństwem przesyłu towarów, przeto nie mającym zgoła nic wspólnego z libertariańskimi bzdetami. Takoż w poczynionym we wzmiankowanym tekście dopisku nadmieniłem, iż nieprzebrane wręcz zasoby wenezuelskiej ropy, jakie Amerykanie mogą tym sposobem zyskać, prędzej niż ich koncernom wydobywczym przydadzą się US Navy...

...na wypadek konfrontacji zbrojnej z Chinami, czego życzyć sobie nie należy, ale to już zupełnie inna historia. Nade wszystko zaś, o jakim to ''gwałceniu suwerenności'' mowa, gdy idzie o państwo, które jak widać nie jest sposobne, ani nawet za bardzo chce się bronić? Z absurdalnie rozdętą armią zdatną jeno do terroryzowania własnych bezbronnych obywateli, jak na typowych przegrywów przystało, nie zaś konfrontacji zbrojnej z prawdziwym przeciwnikiem na polu boju, czego należałoby spodziewać się po wojsku? O realnej suwerenności danej nacji czy państwa decyduje możność obrony własnych interesów, zwłaszcza może przed silniejszym wrogiem. Nie zaś dęte ''rewolucyjne'' frazesy bez pokrycia, pomstowanie na ''imperialistów'' i ''globalistów'' jedynie na słowach, czy same ''umowy międzynarodowe'' warte tylko jako prawna rama dla rzeczywistego potencjału podmiotów politycznych. Dajta se więc spokój ludziska z ''prawoczłowieczym'' wzmożeniem, bo nie ''będzie jak było'' podoba się to komu czy nie, więc mentalni KOD-eraści mogą już wy...jść. Trump jaki jest każdy widzi, ale zaprowadzana przezeń swoista ''kałokracja'' robi za ideologiczną lewatywę dla systemu, któremu groziło instytucjonalne zatwardzenie. Dlatego nie pachnie to miło ni tym bardziej wygląda oględnie zowiąc, wszak było konieczne dla zrodzenia nowego globalnego ładu, politycznego ''chaosmosu'' o jakim traktuje mój ostatni tekst na drugim ''kontrblogu'', więc tam odsyłam kto chce po jego szczegółowe omówienie.

[ Iran zaś ma prawo się bronić, bo MOŻE - i tylko jego naród jest władny obalić reżim ajatollahów, nikt inny! ]. 

ps.

...co się natomiast tyczy samego Chaveza, właśnie jestem po lekturze pracy o nim i jego despocji, niestety rzecz nadto skażona demoliberalizmem, ale jednak można z niej coś wynieść. Przede wszystkim wyłania się z niej obraz Chaveza, skądinąd wbrew intencjom krytycznego doń autora, jako typowego prowokatora. Pożal się konspiracja wojskowa jaką zawiązał, była doskonale znana jego przełożonym, za co nie spotkały go właściwie żadne konsekwencje, a wręcz kolejne awanse do stopnia bliskiego współpracownika ministra obrony włącznie. W końcu posłano go do jednostki komandosów wprost prowokując tym zamach stanu, podczas którego Chavez zachował się właśnie jak prowok, de facto porzucając własnych ''towarzyszy walki'', co kilkudziesięciu z nich przypłaciło życiem. Przeto wielu uznało go po tym za zdrajcę, ale za to zyskał dzięki temu medialną sławę i popularność, jakie mógł później zdyskontować politycznie po ledwie rocznej odsiadce. Skądinąd podczas niej parał się nekromancją, wcielając w rolę ''medium'' dla duchów zmarłych, najsampierw swego pradziadka zwykłego koniokrada, jakiego arbitralnie całkiem uznał za ''rewolucjonistę'', po czym wojskowego despoty Wenezueli z poł. XIX wieku Ezequiela Zamory, wielbionego przez Chaveza. Okultystyczne ciągoty zaważyły także na kształcie poświęconego mu później mauzoleum, gdzie jego grobowiec złożono na postumencie o charakterystycznej formie i pompatycznej nazwie ''Kwiatu Czterech Żywiołów''. Trudno orzec na ile on sam rzecz traktował serio, bo już za młodu był znany ze swej megalomanii co i skłonności do błazeństwa, jakie zresztą bardzo mu się przydały po objęciu władzy, gdy podczas własnego tv show ''Alo Presidente!'' zabawiał publikę, bez żenady zwierzając się przed milionami widzów ze swej skłonności do sraczki, jaka trapiła go kiedy uprawiał ''rewolucyjną konspirację''... Antycypując tym poniekąd swój los, boć przecie zmarł na raka dupy. Przyznaję, że wobec narzucającej się tezy o Chavezie jako prowokatorze wenezuelskich służb wojskowych można poczynić obiekcję, iż rozpierdolił on własną armię po dorwaniu się do rządów. Bowiem kiedy objął władzę liczyła ona 200 generałów, a teraz z 10 razy tyle! - wprawdzie większość z nich mianował bodaj już Maduro, ale Chavez ową patologię zainicjował. Raz kierując się względami koniunkturalnymi, by obłaskawić wojskowych ze względu na całkiem realną groźbę zamachu stanu, dwa zaś przez motywy ideologiczne, bo upierdolił sobie, że armia ma robić za rodzaj ''ludowej milicji''. Może jednak ów stan rzeczy odpowiadał samym jego przełożonym, którzy w obliczu braku poważniejszych zagrożeń militarnych ze strony sąsiednich państw uznali, iż mogą dać sobie nieco ''luzu'' przekształcając w formę kartelu, a kontrola cywilna demoliberalnych rządów stała temu na przeszkodzie-? Uj wi, pewne za to jest, iż Chavez oszukał swych wyborców gromko potępiając bogatych, co nie wadziło mu rzecz jasna samemu zgromadzić olbrzymi majątek wart miliardy. Deponowany zazwyczaj w bankach i ''rajach podatkowych'' na ''zgniłym Zachodzie'', w czym oczywiście nie ustępowali mu wiele wspólnicy i ministrowie jego rządów, co przyznaje nawet ''organ prasowy'' hiszpańskiej lewicy ''El Pais''. Wprawdzie można pojąć mechanizmy jakie wyniosły Chaveza do władzy: dorastał we względnie zamożnym środowisku, jego rodzice jako nauczyciele należeli do niższych warstw klasy średniej, ale nawet sąsiadujący z nimi biedacy mieli już wówczas - idzie o lata 60-70te w Wenezueli - dostęp do bieżącej wody, gazu i prądu o jakich większość ówczesnych mieszkańców Latynoameryki mogła jeno pomarzyć. Niemniej ów dobrobyt był kruchy, bo zależny głównie od koniunktury na rynku paliw kopalnych, stąd gdy nastąpiło jej załamanie w dekadzie 80-ych doszło tam do gwałtownego zubożenia społeczeństwa, powiększonego jeszcze przez modne wtedy neoliberalne ''deformy'' ekonomiczne, jakie miast zaradzić problemom tylko je pogłębiły. Wytworzyło to wśród mas zwykłych Wenezuelczyków potrzebę człowieka ''silnej ręki'', który by wziął za karby złodziejskie elity władzy służące obcym interesom. Niemniej Chavez zawiódł na całej linii pod tym względem, acz sprzyjały mu okoliczności podobnie jak Putinowi, kiedy na przełomie wieków ponownie ropa i gaz znalazły się w cenie, dzięki czemu obaj mogli sfinansować wiele programów socjalnych dla własnej biedoty. Wszakże nie poprawiły one faktycznie jej kondycji, stanowiąc tylko przysłowiowy plaster na ropiejącą ranę, co wyszło na jaw, gdy znowu zgodnie ze znanym fatalnym mechanizmem powróciło gospodarcze załamanie. Wszystko zaś dlatego, iż mimo buńczucznych ''antyimperialistycznych'' deklaracji, Wenezuela pod rządami Chaveza pozostała - dokładnie jak putinowska Rosja - ''surowcowym przydatkiem'' do niby tak znienawidzonego Zachodu, a sprzedaż kopalin Chinom niczego istotnie pod tym względem nie zmieniała. Pomijam już, że sam Bolivar nie byłby zachwycony, iż jego dalekim epigonem mianował się rasowy mieszaniec, o typowym dla Latynoameryki południowoeuropejskim i afro-indiańskim pochodzeniu. Bo ''El Libertador'' bez ogródek współczesnego mu przywódcę ludowej rabacji w Meksyku gen. Vicente Guerrero nazywał obelżywie ''nikczemnym potworem z dzikiej Indianki i drapieżnego Afrykanina'', zrównując wręcz z haitańskim ''cesarzem'' Dessalinesem odpowiedzialnym za ''wielką rzeź białych'' na karaibskiej wyspie [ za osobliwym wyjątkiem Polaków ]. Taki to i ''bolivariański'' charakter miała rewolucja Chaveza, on sam zresztą wiedział doskonale, iż to jedynie mit polityczny i z pełnym cynizmem posługiwał się nim, by manipulować zwolennikami, niestety jak widać dość skutecznie. Na koniec wypada nadmienić, iż podobnie jak realny system ''wolnego handlu'', również liberalny ''prawoczłowieczyzm'' był polityczno-militarnym projektem Amerykanów, stąd zabawnym jest obserwować, jak inne upadłe mocarstwa wyrzekające na ''globalną hegemonię USA'', nagle biorą gromko w obronę ów stan rzeczy, który same gwałciły nieraz choćby napadając sąsiednie państwa.