sobota, 8 lutego 2025

Homoseksualiści, komuniści i okultyści.

Wbrew lewackiej histerii spowodowanej zawłaszczaniem USA przez autorytarian pokroju Thiela czy Muska, celem ich nie jawi się wcale faszystowska statolatria a wręcz jej zaprzeczenie - i w tym właśnie leży problem! Ostawmy na boku czy aby nie posługuje się nimi jedynie amerykański ''deep state'', by radykalnie zmienić formy swego władztwa, załóżmy póty co iż głoszony przez nich ''anarchaiczny kałpitalizm'' jest na serio. Przewodnikiem po nim stanie się dla nas Hans-Hermann Hoppe - niemiecko-jankeski filozof libertariański, bliski uczeń i poniekąd następca Rothbarda, jeden z czołowych dziś ''misesologów''. Do inspiracji nim przyznaje się Curtis Yarvin: ''techfeudalny'' bękart talmudystów amerykańskiej ''żydokomuny'', jakiego można z kolei zwać mentorem nie tylko wspomnianych już Thiela i Muska, ale bodaj nade wszystko obecnego wiceprezydenta USA Vence'a. Na wpływ Hoppego powoływał się również argentyński prezydent Milei, póty nie rozgorzał między nimi publiczny spór, gdy Niemiec skrytykował ostro latynoamerykańskiego przywódcę za odejście od pryncypiów anarchokapitalizmu, na co ten w odpowiedzi nazwał go ''liberidiotą'':). Kończąc ów krótki rys biograficzny wypada jeszcze nadmienić, że imć Hans-Hermann niby to dystansując się od ''putinowskiego gangu'' w istocie przychylił się do jego kłamliwej argumentacji, jakoby to sama Ukraina ''sprowokowała'' rosyjską agresję swymi staraniami o przystąpienie do NATO. Mimo iż wiodące kraje członkowskie Paktu z Niemcami i Francją na czele stawiały im stanowczy opór, a i nawet USA nie były temu zbyt chętne tak w dobie umizgów Busha juniora do Kremla, co tym bardziej podczas obamowo-bidenowskiego ''resetu'', czyniąc faktycznie aspiracje Kijowa martwymi. W istocie bowiem spod ''ultralibertariaństwa'' Hoppego co i Yarvina wyłazi raz po raz ''antyimperialistyczne'' lewactwo, jakim obaj są podszyci i w którym tkwią ich prawdziwe ideowe korzenie, czego znamieniem żywiona przez tych psychopatów nienawiść do państwa - osobliwie głównie, jeśli nie wyłącznie amerykańskiego. Na dowód prawem cytatu przytoczę obszerny fragment bodaj najbardziej znanej pracy niemieckiego teoretyka anarchokapitalizmu ''Demokracja - bóg który zawiódł'', konkretnie z rozdziału pod znamiennym tytułem ''O współpracy, plemieniu, mieście i państwie'', gdzie snuje on wizję pożądanych przezeń zmian w duchu swoistego ''neotrybalizmu'' o eugenicznym charakterze:

''[...] Jednostka rasy ludzkiej kompletnie niezdolna do zrozumienia faktu wyższej produktywności podziału pracy opartego na własności prywatnej nie jest, ściśle rzecz biorąc, człowiekiem [ persona ], lecz podpada pod tą samą kategorię moralną do której należą zwierzęta - zwierzęta gatunków niegroźnych [ zdatnych do udomowienia, zatrudnienia przy produkcji, konsumpcji czy też używania jako ''dobra wolnego'' ], albo dzikich i niebezpiecznych [ które się zwalcza jako szkodniki ]. Z kolei te jednostki, które są w stanie pojąć wyższość podziału pracy i własności prywatnej, lecz brakuje im moralnej siły by pójść za swoimi przekonaniami, stają się albo niegroźnymi dzikusami żyjącymi poza społeczeństwem, albo mniej lub bardziej niebezpiecznymi przestępcami. Są to osoby, które świadomie postępują źle i które należy nie tylko poskromić lub unieszkodliwić, ale i ukarać proporcjonalnie do ciężaru ich przestępstw by pomóc im zrozumieć naturę własnych występków i dać nauczkę na przyszłość. [...] Konflikty rasowe mogą przerodzić się z wrogości w chęć współpracy [ handlu ], jednak nie bezpośredniej, takiej jak między sąsiadami lub wspólnikami, lecz pośredniej na dystans i w oddzieleniu od siebie. [...] W wyniku tego procesu i w związku z gwałtownym wzrostem ilości dóbr i rozwojem pragnień, które można nabyć i zaspokoić tylko niebezpośrednio, rozwinie się handel a wraz z nim powstaną także centra handlowe. Kupcy i miasta spełniają funkcję pośredników w niebezpośrednich wymianach zawieranych pomiędzy odrębnymi gospodarstwami i społecznościami, stając się dzięki temu socjologicznym i geograficznym sercem związków międzyplemiennych i międzyrasowych. To właśnie wśród kupców i handlarzy stosunkowo najwięcej jest małżeństw mieszanych - zawieranych przez przedstawicieli odmiennych grup rasowych, etnicznych czy plemiennych - a ponieważ związki takie będą z reguły potępiane przez obydwie grupy z których wywodzą się małżonkowie, to na taki luksus stać będzie tylko najbogatszych. Jednak nawet członkowie najbogatszych rodzin kupieckich będą w takich wypadkach niezwykle ostrożni. Aby nie narazić własnej pozycji kupca należy zadbać o to, by takie mieszane małżeństwo było przez rodziny obu stron uznane za związek między ''równymi''. A zatem mieszane małżeństwa w rodzinach kupieckich przyczynią się raczej do ''wzbogacenia'' niż ''zubożenia'' genetycznego [ ''pauperyzacji'' ]. To właśnie w wielkich miastach, będących ośrodkami handlu międzynarodowego, będą najczęściej mieszkać małżeństwa mieszane ze swoim potomstwem; tam również, nawet nie wchodząc w związki małżeńskie, będą się ze sobą bezpośrednio stykać przedstawiciele rożnych nacji, plemion czy ras [ dzięki temu, że oni właśnie obcują ze sobą, ich współplemieńcy nie muszą wchodzić w mniej lub bardziej nieprzyjemne kontakty z cudzoziemcami ] i to właśnie tam w największym stopniu wykształci się system fizycznej i funkcjonalnej integracji oraz segregacji. Wielkie miasta będą też miejscem narodzin najbardziej wyrafinowanych form życia osobistego i zawodowego oraz etykiety i stylu, będących odbiciem złożonego systemu alokacji przestrzenno-funcjonalnej. To miasto jest miejscem narodzin cywilizacji i cywilizowanego życia. [...]''

- czyli kosmopolityczna ''selekcja międzyrasowa'' tylko dla bogatych, segregacja zaś staje się w ''anarchaicznym kałpitalizmie'' znamieniem biedy. Chuj, brnijmy dalej w pierdolenie Hoppego:

''[...] Aby utrzymać prawo i porządek w wielkim mieście z jego zawiłymi strukturami fizycznej i funkcjonalnej izolacji lub integracji, oprócz form ochrony prywatnej i samoobrony powstanie także mnóstwo rozmaitych sądów, agencji arbitrażowych i ciał wykonawczych. Miasto będzie, można by powiedzieć, zarządzane a nie rządzone. [...]  Gdy nad danym terytorium, nad wsiami i miastami zaczyna sprawować władzę rząd centralny, tworzą się państwa i dokonuje podział na obywateli danego kraju oraz cudzoziemców. Nie ma to wpływu na sytuację jednorodnych na ogół etnicznie i rasowo wsi. Tymczasem w wielkich skupiskach handlowych, w których mieszają się ze sobą różne populacje, rozróżnienie prawne na obywateli danego kraju i cudzoziemców [ zamiast na etnicznie lub rasowo zróżnicowanych posiadaczy własności prywatnej ] będzie nieodmiennie prowadziło do jakichś form przymusowego wykluczenia i do rozluźnienia współpracy pomiędzy różnymi grupami etnicznymi. Ponadto istnienie centralnego aparatu państwowego zmniejszy fizyczny rozdział miast od wsi. W celu sprawowania swojej funkcji monopolisty sądowniczego rząd centralny musi mieć zagwarantowany dostęp do posesji każdego obywatela, będzie więc musiał przejąć kontrolę nad siecią wszystkich istniejących dróg, a nawet ją rozbudować. Poszczególne gospodarstwa zostaną więc siłą rzeczy zbliżone do siebie, być może bardziej niż by tego chciały, a fizyczna odległość miast od wsi zostanie wyraźnie zmniejszona. Nastąpi zatem wewnętrzna przymusowa integracja. Ta postępująca przymusowa integracja wynikająca ze zmonopolizowania dróg i ulic będzie oczywiście najbardziej widoczna w miastach. Zaznaczy się ona tym wyraźniej, jeśli - jak to się często zdarza - siedziba rządu znajduje się w mieście. Wybrany w powszechnych wyborach rząd nie może się powstrzymać od wykorzystania swojej pozycji monopolisty i prowadzenia redystrybucji na korzyść grupy etnicznej czy rasowej, którą reprezentują jego wyborcy. Grupa wyborców nieuchronnie powiększa się więc i wraz ze zmianami w rządzie coraz więcej ludzi z coraz to różnych plemion będzie ściągać ze wsi do miasta, by otrzymać tam rządową pracę i zasiłki. Wynikiem tego  będzie nie tylko relatywne ''przeludnienie'' stolicy [ w miarę jak skurczą się inne miasta i wsie ]. Monopolizacja dróg ''publicznych'' - po których każdy może teraz chodzić dokąd mu się podoba - doprowadzi do wzrostu wszelkiego rodzaju napięć i animozji etnicznych, plemiennych i rasowych. Co więcej, o ile wcześniej małżeństwa mieszane pod względem etnicznym, rasowym lub plemiennym były raczej rzadkie i ograniczały się do wyższej warstwy kupieckiej, wraz z przybyciem do stolicy biurokratów i wszelkiego rodzaju próżniaków o zróżnicowanym pochodzeniu etnicznym lub rasowym, wzrośnie liczba małżeństw mieszanych a międzyrasowe i międzyetniczne kontakty seksualne przestaną być domeną bogatych i staną się powszechne wśród niższych - a nawet tych najniższych, żyjących na garnuszku państwa - warstw społecznych. Materiał genetyczny zostanie więc ''zubożony'' a niewzbogacony [ - tu cię libertariańska kurwo boli! Seks z Murzynką czy Azjatką tylko dla zamożnych, a ty bidoku zwal se kunia - przyp. mój ]. Zubożeniu temu będzie dodatkowo sprzyjało wprowadzenie rządowych zasiłków socjalnych. Wśród pobierających świadczenia socjalne wskaźnik urodzeń będzie wyższy niż w innych grupach społecznych, zwłaszcza w grupach o wyższym statusie. Konsekwencją tego ponadproporcjonalnego rozrostu najniższych klas społecznych i rosnącej liczby potomstwa pod względem etnicznym, rasowym i plemiennym - szczególnie w niższych warstwach społeczeństwa - będzie też stopniowa zmiana charakteru rządu demokratycznego. Kwestie rasowe przestaną być wyłącznym narzędziem politycznym, a sama polityka będzie się stawać coraz bardziej ''klasowa''. Demokratyczni przywódcy nie będą już mogli zabiegać o poparcie wyłącznie na gruncie etnicznym, rasowym czy plemiennym, ale odwołując się do uniwersalnych, czytelnych ponad poddziałami rasowymi czy etnicznymi odczuć zawiści i egalitaryzmu, będą się starali pozyskać całe skonfliktowane klasy społeczne [ np. pariasi i niewolnicy przeciwko panom, pracownicy kontra kapitaliści, biedni przeciwko bogatym itd. ]. [...]''

- tak więc idąc tropem niemieckiej eugenicznej spierdoliny jaką jest Hoppe ''pińcset'', tudzież jak teraz ''łusiemset'' służy zubożeniu materiału genetycznego Polaków. Rozmnażać się i wchodzić w międzyrasowe związki mają rzekomo prawo jedynie bogacze - znamienne, iż podobną głupotę mógłby rzec tylko zakompleksiony nuworysz, bowiem arystokraci są zwykle świadomi negatywnych konsekwencji ''chowu wsobnego'' w obrębie własnej kasty skądkolwiek by ona nie pochodziła, stąd właśnie dla odrodzenia ''rasowej wyższości'' potrzebują od czasu do czasu ''świeżej krwi'' ambitnych plebejuszy. Być może mnie za to zamkną, ale muszę w owym miejscu poczynić uwagę jedynie z pozoru niezwiązaną z tematem: Hitler uczyniłby prawdziwą przysługę dla ludzkości, gdyby zamiast mordować miliony wschodnioeuropejskich Żydów zagazował tylko jedną jedyną Ayn Rand! Widać stąd jakiej to manipulacji dopuszcza się Hoppe - kreśli hobbesowski ''stan natury'' jako utopię Rousseau, gdzie ''dobre dzikusy'' dogadywały się ze sobą do czasu, aż wmieszało się między nich nie wiadomo skąd państwo, zarazem przedstawiając to jako pożądaną sytuację do której trzeba nam wrócić. Nie kryję, że zakute łby szerzące podobną chujnię, zwłaszcza w Polsce z naszą historią zaborów i okupacji, należałoby nakurwiać młotem na ''wagnerowskim'' kowadle. Dobra, przysięgam ostatni już fragment bełkotu Hoppego:

''[...] Wydawałoby się, że gorzej już być nie może. Tymczasem rząd, posłużywszy się w swych destrukcyjnych działaniach kwestiami rasowymi i klasowymi, zwraca się ku problemom płci. Polityka ''równości'' rasowej i społecznej zostaje uzupełniona o ''równość płci''. Powstanie rządu - monopolisty sądowniczego - oznacza nie tylko, że przymusowemu połączeniu ulegną wcześniej oddzielne jurysdykcje [ jak w przypadku fizycznie oddzielonych społeczności etnicznych czy rasowych ], ale także iż w pełni dotąd zintegrowane jurysdykcje [ jak w przypadku gospodarstw domowych i rodzin ] zostaną osłabione lub nawet rozwiązane. Zamiast uznać sprawy rodzinne lub domowe [ włącznie z kwestią aborcji ] za prywatny interes domowników podlegający wewnętrznemu osądowi przez głowę rodziny lub innych jej członków, nowopowstały monopolista sądowniczy uczyni swoich agentów [ którzy w naturalny sposób będą dążyć do ekspansji swojej władzy ] ostatecznymi sędziami i arbitrami we wszystkich sprawach rodzinnych.  Aby uzyskać poparcie dla swoich działań na tym polu rząd będzie ponadto [ oprócz skłócania ze sobą jednych plemion, ras czy grup społecznych przeciwko innym ] podżegał do podziałów wewnątrz rodziny: pomiędzy płciami - mężami i żonami - oraz pokoleniami - rodzicami i dziećmi. Podobnie jak kiedyś, będzie to szczególnie widoczne w wielkich miastach. [...] Wraz z wprowadzeniem rządowej polityki rodzinnej wzrośnie liczba rozwodów, samotnych matek, takichże ojców, nieślubnych dzieci, więcej będzie przypadków złego traktowania dzieci przez rodziców i nawzajem, a także osób praktykujących ''nietradycyjny'' styl życia [ homoseksualistów, komunistów i okultystów ]. [...] Jest to szczególnie dobrze widoczne w wielkich miastach. To właśnie tam rozpad rodziny jest posunięty najdalej, najwięcej osób pobiera świadczenia socjalne, pauperyzacja społeczeństwa postępuje najszybciej, a dodatkowo rasowe i plemienne napięcia będące wynikiem przymusowej integracji przybierają najostrzejsze formy. Miasta z ośrodków cywilizacji stały się ośrodkami dezintegracji społecznej i rynsztokiem wypełnionym zgnilizną moralną, korupcją, bestialstwem i przestępczością. Co z tego wynika? Nie ulega wątpliwości, że cywilizacja zachodnia zmierza od pewnego czasu ku samozagładzie, czy jednak proces ten da się jeszcze odwrócić, a jeśli tak to w jaki sposób? Naprawdę chciałbym być optymistą, ale nie wiem czy są jeszcze ku temu powody. Rzecz jasna o biegu historii decydują ostatecznie idee, które w zasadzie mogłyby zmienić go w każdej chwili, nie wystarczy jednak do tego że ludzie zdadzą sobie sprawę, iż coś jest nie tak. Przynajmniej znacząca ich część musi także być dostatecznie inteligentna, by zrozumieć co jest nie tak, to znaczy pojąć wyłożone tu podstawowe prawa na których opiera się społeczeństwo - współpraca międzyludzka i zdobyć się na odwagę, by tymi prawami się kierować. To właśnie spełnienie tego ostatniego warunku jest najbardziej wątpliwe. Cywilizacja i kultura są do pewnego stopnia uwarunkowane genetycznie [ biologicznie ]. Jednak w wyniku etatyzmu - przymusowej integracji, egalitaryzmu, polityki socjalnej i destrukcji instytucji rodziny - jakość genetyczna populacji niewątpliwie się obniżyła. Czy mogło zresztą być inaczej, jeśli każdy sukces jest nieodmiennie karany a błąd nagradzany? Niezależnie od tego czy było to jego świadomym zamiarem czy nie, państwo opiekuńcze sprzyja rozwojowi ludzi intelektualnie i moralnie gorszych, a skutki byłyby jeszcze bardziej opłakane niż są obecnie, gdyby nie to iż to właśnie wśród takich ludzi wskaźniki przestępczości są najwyższe i często ludzie ci eliminują się nawzajem. [...]''

- dlatego takie pasożyty korzystające z rządowego ''socjalu'' jak Peter Thiel czy Elon Musk powinny być trzebione do spodu, tu pełna zgoda:). ''Afrykanerzy do Afryki!'':

''[...] Choć nie pozwala to optymistycznie patrzeć w przyszłość, nie wszystko jeszcze stracone. Wciąż istnieją wyspy cywilizacji i kultury - nie w miastach i metropoliach, ale na wsiach w sercach kraju. Aby je zachować należy spełnić kilka warunków. Państwo czyli monopolista sądowniczy, musi zostać uznane za źródło regresu cywilizacyjnego - państwa nie tworzą prawa i porządku, ale je niszczą - zaś rodzina musi odzyskać swoje dobre imię kolebki cywilizacji. Konieczne jest także, by głowy rodzin z powrotem przejęły swą funkcję ostatecznych sędziów we wszystkich sprawach rodziny [ gospodarstwa domowe muszą uzyskać status jednostek eksterytorialnych, takich jak ambasady ]. Dobrowolna segregacja przestrzenna i dyskryminacja muszą zostać uznane nie za coś złego, ale dobrego bo to one właśnie umożliwiają  pokojową współpracę pomiędzy różnymi grupami etnicznymi i rasowymi. Świadczenie zasiłków powinno stać się okazją do czynienia dobra dla ludzi czujących taką potrzebę, lub wewnętrzną sprawą każdej rodziny a wszelka państwowa pomoc socjalna winna być uznana za nic innego, co tylko subsydiowanie nieodpowiedzialności. [...]''

- jak widać z powyższego ideałem nie jest tu faszystowskie totalitarne państwo, którym było choćby dla włoskich futurystów, a na odwrót: archaiczne wspólnoty odseparowanych wzajem plemion, klanów i rodów rządzonych przez biblijnych patriarchów i starorzymskich ''pater familias'', władnych jak przed wiekami karać śmiercią domowników. Wyjątek stanowi jedynie kosmopolityczna z natury klasa kupiecka, tylko jej będzie dozwolone w wymarzonym przez niemieckiego filozofa świecie zawierać mieszane rasowo małżeństwa, a i to pod surowym wymogiem ''porozumienia stron'' tj. ojców rodzin. Wszystko zaś w imię zachowania jak najlepszej ''substancji biologicznej'' i jej doskonalenia, zagrożonego jakoby przez demokratyczny ''motłoch'' i samo państwo. Gwoli uczciwości należy dodać, iż Hoppe średnio nadaje się jako intelektualny wzór dla jankeskich autorytarian, nie tylko swym gromkim potępieniem amerykańskiego imperializmu [ przy jednoczesnym usprawiedliwianiu rosyjskiego ]. Idzie nade wszystko o niedopuszczalną dla nich jego spolegliwość wobec islamu, bowiem zakłada naiwnie iż konkurencja między prawem koranicznym a na ten przykład kanonicznym rzymskiego katolicyzmu ''sprzyjałaby wykształceniu się i doskonaleniu kodeksów obejmujących możliwie najszerszy zakres rozstrzygnięć prawno-moralnych - międzygrupowych, międzykulturowych itd.'' wspólnych dla obu nieprzystających poza tym do siebie systemów i religii. Tak jakby nieuniknione tu konflikty można by rozstrzygnąć li tylko na drodze arbitrażu, a wojna była jedynie sprawą rządu i oczywiście ''nieopłacalną'' dla libertariańskiego handełesa, jakże by inaczej. Sądzę wszakże, iż ów sentyment do muzułmaństwa jest prozaicznej natury, otóż Hoppe ma żonę z Turcji i sam tam żyje, acz nie słyszałem by jako gorący zwolennik secesjonizmu popierał kurdyjski separatyzm - siedzi cicho obawiając się pewnie ataku służb Erdogana, albo ''Szarych Wilków'':))). Yarvin stąd posłużył się tylko jego konceptem rozbicia państwa na patriarchalne tyranie do stworzenia własnej utopii zdecentralizowanego imperium ''techfeudałów'', władających swymi korporacjami niczym udzielnymi satrapiami bez dozoru jakichkolwiek zewnętrznych instytucji. Wprawdzie podzielam szerzoną przezeń intelektualną prowokację, iż Amerykanie [ i nie tylko oni ] powinni wyzbyć się swej brzydkiej fobii wobec dyktatury - w istocie arcyrepublikańskiej formy rządów stworzonej dla zachowania swobód obywatelskich przed obcą przemocą i poszerzenia ich zakresu. Sam apeluję od dobrych paru lat o ustanowienie takowej na rodzimym gruncie, wszakże rozumiemy przez to zupełnie inne sprawy - mnie idzie bowiem o ocalenie państwa, jemu zaś jego unicestwienie ew. ''prywatyzację'' na rzecz biznesowej oligarchii pokroju Thiela czy Muska. Zasadniczy ich błąd leży w tym, iż roją jakoby rządem można było władać niczym własną prywatną firmą czy korpo, wystarczy usprawnić jego działanie zajazdem hunwejbinów nasłanych przez Elona na oficjalne instytucje. Tymczasem państwo to nie tylko biurokracja, ale cały kompleks złożonych relacji społecznych, historyczna postać bytu narodowego mówiąc wprost, dlatego libertariańskich idei do których odwołują się autorytarianie nie należy traktować dosłownie, a jako oręż w walce politycznej i nade wszystko pretekst do radykalnych zmian w działaniu machiny administracyjnej USA. Przyznaje to poniekąd sam Yarvin w jednym z ostatnich wywiadów, acz póty co lekarstwo okazuje się raczej trucizną niż sposobem rewitalizacji amerykańskiego mocarstwa, na rezultaty wszakże owego procesu wypadnie jeszcze poczekać, stąd wstrzymam się z ostatecznymi wnioskami. Pewnym jest tylko, iż wstrząs jaki przeżywają obecnie Stany Zjednoczone nie jest byle przypadkową anomalią, lecz mimo pozoru chaosu stanowi objaw znacznie głębszych przemian tak oto zdiagnozowanych przez innego, niemiecko-holenderskiego tym razem filozofa Petera Sloterdijka w jego eseju ''Co się zdarzyło w XX wieku?'':

''Gdyby więc zapytać o oś wokół której obraca się przewartościowanie wszystkich wartości w rozwiniętej cywilizacji komfortu, odpowiedzią mogłoby być tylko wskazanie na zasadę obfitości. Bez wątpienia obecna obfitość, która chce być ciągle przeżywana w horyzoncie wzrostów i znoszenia granic, pozostanie dobitnym wyróżnikiem przyszłych stosunków, nawet jeśli za sto lat lub więcej cykl energii z paliw kopalnych dobiegnie końca. Można dziś przewidzieć, jakie nośniki energii umożliwią erę postkopalną - będzie to przede wszystkim spektrum technologii solarnych i paliw odnawialnych. Wraz z systemem solarnym następuje nieuchronnie przewartościowanie konsumpcyjnego ''przewartościowania wszystkich wartości'', a ponieważ zwrot ku aktualnej energii słonecznej kładzie kres rauszowi spożycia minionej, można by mówić o warunkowym powrocie do ''dawnych wartości'' - ponieważ wszelkie dawne wartości były pochodnymi imperatywu gospodarowania energią odnawialną w cyklu rocznym. Stąd ich ścisłe powiązanie z kategoriami stabilności, konieczności i braku. O zmierzchu drugiego przewartościowania zarysowuje się pewien cywilizacyjny stan pogodowy wykazujący z niejakim prawdopodobieństwem postliberalne cechy - wyniesie do władzy hybrydową syntezę technicznego awangardyzmu z ekokonserwatywnym umiarkowaniem. [ Mówiąc językiem politycznej symboliki barw: czarno-zieloną; uważanie jej tylko za ''restaurację'' byłoby poważnym błędem ]. Przelewający się ekspresjonizm rozrzutności we współczesnej kulturze masowej straci w dłuższym okresie rację bytu. Jeśli w erze postkopalnej pozostaną żywe aspiracje obudzone przez zasadę obfitości w erze przemysłowej, postęp techniczny będzie musiał najpierw zatroszczyć się o źródła alternatywnej rozrzutności. Co do przyszłych doświadczeń obfitości: akcent nieuchronnie przesunie się ku niematerialnym strumieniom, ponieważ racje ekosystemowe zabraniają ciągłego ''wzrostu'' w sferze materialnej. Przypuszczalnie dojdzie do jakiegoś zawężenia przepływu surowców - a w tym samym do rewitalizacji gospodarek regionalnych. W tych warunkach nadejdzie pora potwierdzenia dziś jeszcze przedwcześnie powoływanego ''globalnego społeczeństwa informacyjnego lub społeczeństwa wiedzy''. Kluczowe obfitości będzie się wtedy postrzegać nade wszystko w obszarze prawie niematerialnych strumieni danych. Tylko im będzie przysługiwał charakter globalistyczny. W obecnej chwili można najwyżej niejasno przewidywać w jaki sposób postkopalność wpłynie na aktualne pojęcia przedsiębiorczości i swobody wyrazu. Jest prawdopodobne, że romantyzm eksplozji, czy mówiąc ogólniej: psychiczne, estetyczne i polityczne derywaty nagłego uwolnienia energii, będzie się retrospektywnie oceniać od strony przyszłych ''łagodnych'' technologii solarnych jako świat wyrazu zglobalizowanego w kulturze masowej ''faszyzmu''. Jest on odbiciem bezradnego witalizmu, który wyrasta z ubóstwa perspektyw  systemu światowego opartego na energii paliw kopalnych. [...] Po końcu reżimu energii z paliw kopalnych mógłby nastąpić tak zwany przez dzisiejszych geopolityków shift od przestrzeni atlantyckiej ku pacyficznej. Zwrot ten spowodowałby przede wszystkim przejście od rytmu wybuchów do cyklu odnowień. Styl pacyficzny musiałby rozwinąć kulturowe derywaty przejścia do techsolarnego reżimu energii. Przyszłość pokaże czy spełni to zarazem oczekiwania na światowe procesy pokojowe, na planetarne wyrównanie potencjałów i przezwyciężenie ''globalnego apartheidu.'' [...]''

- dziś mądrzejsi o tragedię wojny na Ukrainie, tudzież czystki etnicznej dokonywanej przez Żydów w strefie Gazy pojmujemy, iż ''prorokowana'' przez Sloterdijka epoka ''techsolaryzmu'' wcale nie będzie aż tak ''pacyfi[sty]czna'' jak to się jemu tylko wydawało. Nie jest również konsekwentny w swych wywodach, gdy w innym z esejów traktującym o ''filozoficznych aspektach globalizacji'' prognozuje nieuchronny kres ''państwa opiekuńczego''. Tymczasem diagnozowana przezeń ''rewitalizacja gospodarek regionalnych'' tyczy także rządów i narodów, tyle że w innym niż dotąd ich wydaniu. Z pozoru bieg wydarzeń przeczy wizji Sloterdijka, bo już tylko skończony dureń nie widzi jak wielki kapitał zdaje się porzuca definitywnie swą ''tęczawą'' skórę. Inwestycje w rasową i płciową ''różnorodność'' nie przyniosły mu oczekiwanych profitów, a nade wszystko skok technologiczny wymaga olbrzymich zasobów energii, jakich z solarów i wiatraków nie starczy. Wszakże nie oznacza to całkowitego powrotu do paliw kopalnych, udział energetyki odnawialnej w gospodarce rośnie wykładniczo nie tylko na Zachodzie, ale bodaj w jeszcze większym stopniu tyczy postkomuszych Chin czy nawet bogatych muzułmańskich emiratów, które trudno doprawdy posądzić o uleganie ''politpoprawnemu lewactwu'' i ''ekooszołomom''. Sam Musk również nie odejmie sobie zysków czerpanych ze sprzedaży ''elektryków'' Tesli, co jak co ale o własne interesy to on akurat umie zadbać, a że kosztem amerykańskiego państwa to już inny problem. Pewnikiem jest więc, że w ''techsolarnej ekonomii'' wzrost gospodarczy może być głównie wirtualny, stąd grzanie kryptowaluciarstwa i szał spekulacji shitcoinami czy ''sztuczno inteligencjo''. Na ołtarzu cyfrowego Molocha zostanie pewnie złożona niemała część ludzkości, może nie dosłownie acz spustoszony Donbas czy ruiny Gazy martwym dowodem realnej dystopii. Wprawdzie wzrosła przy tym skokowo emisja gazów cieplarnianych, ale za to o ileż ubyło ''śladu węglowego'' po niepotrzebnych już ludziach! Wszak kto powiedział, że niczego tam nie będzie, skoro wystawiono izraelskim żołdakom luksusowe spa w strefie przyfrontowej, może i faktycznie pobuduje się kasyna i lunaparki czy domy na kościach pomordowanych niczym w Mariupolu. Ba, jak dobrze pójdzie ocaleli z zagłady doznają łaski pozostania na miejscu w charakterze obsługi hotelowej. Semiccy ''podludzie'' usługiwać będą semickim ''nadludziom'' - a tyle histerii było z powodu rzekomej karuzeli przy płonącym warszawskim getcie... Chodziło przecież o ambitny projekt osadniczy i budowlany, a przy tym ''zeroemisyjny'', bo inaczej - ''Palestyńczycy na Madagaskar!''.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Maciej Kożuszek - hasbara, Wielgucki - durny goj.

...i tłusta łysa larwa, zaś ceniona przeze mnie dotąd para Marek Wróbel i Aleksandra Rybińska przybierają nadto spolegliwą postawę wobec Kucfederacji, a nawet AFD. Wspieranej otwarcie przez Muska, nachodźcę z RPA pasożytującego na amerykańskim budżecie, gigantyczne zeń sumy topiąc w zazwyczaj poronionych projektach. Za wyjątkiem bodaj Starlinka, bo już Tesla choćby to - mimo rynkowego przeszacowania - jedna tragedia jeśli idzie o awaryjność i wypadki ''inteligentnych inaczej'' samochodów. Musk odkrył na dniach przysłowiową Amerykę, że jednak pewne kategorie imigrantów okazuje się przydatne są dla ekonomii kraju, choć dopiero co sam nakręcał chujnię, iż wszyscy oni nic tylko jakoby żrą psy i koty. Mówiąc wprost: ''Murzyn dziki wypierdalaj do Afryki'', ale już ''ciapaty'' informatyk z Indii jest dlań mile widziany, byle godził się na pół-niewolnicze warunki pracy za nędzną zwykle stawkę. Inwestowanie zaś w krajowe uczelnie techniczne, by wyszkolić na miejscu wystarczającą ilość potrzebnych specjalistów to już wedle niego rzecz ''przegrywów''. Jasne, lepiej żerować na cudzych systemach edukacyjnych, a że stwarza to zagrożenie dla bezpieczeństwa USA nie martwi ''Janusza cyber-biznesu'' ani trochę, najważniejsze by jego interesy z chińskimi ''towrzyszami'' dalej się kręciły [ zgrozę więc budzi uzależnienie Pentagonu od usług owego zdrajcy ]. Zawsze przecież można se ponarzekać tradycyjnie na ''głupotę Amerykanów'', oczywiście bez wskazania jej realnych przyczyn, w ostateczności winą obciążając telewizyjne seriale lansujące patologiczne wzorce zdzirowatych królowych balu i cheerleaderek, oraz tępych osiłków-''Chadów'', zamiast ambitnych kujonów zdolnych do poświęceń dla osiągnięcia życiowego sukcesu. W takowym duchu jął prawić morały obywatelom USA inny nachodźca i trumpista dość świeżej daty Vivek Ramaswamy, o ironio zalety ciężkiej pracy zachwala w jego osobie bezczelny oszust, który zbił majątek okradając rzesze inwestorów, jakim wcisnął przysłowiowy ''olej z węża'' reklamowany przezeń jako rzekomy lek przeciw Alzheimerowi. Synalek pary zamożnych migrantów z Indii, absolwent najbardziej do dziś prestiżowych amerykańskich uczelni Harvard i Yale dzięki stypendium od fundacji Sorosa... czyli ''antyglobalista'' i ''populista'' całym ryjem. Na pewno też rynek pracy w Stanach ochroni przed zalewem taniej konkurencji z Azji wiceprezydent ''DJ'' Vance, dobry kumpel ze studiów Ramaswamy'ego i sam żonaty z Hinduską, stąd jego syn takoż nosi imię Vivek:))) - jednym słowem ''America first!'' co się zowie! Dowcip również leży w tym, iż bodaj jedyna sensowna inwestycja Muska jaką jest Starlink, doskonale obywa się bez orientalnych specjalistów, a to przez względy bezpieczeństwa narodowego USA. Ostatecznie jednak dwóch krętaczy i nachodźców z Indii oraz Afryki zyskało poparcie samego Trumpa, który oświadczył iż darzy sympatią proceder masowego sprowadzania obcej siły roboczej do kraju. Mimo że ledwie niecałą dekadę temu słusznie głosił, iż godzi to w amerykańskich pracowników, stąd obiecywał zakończenie owej praktyki wygodnej tylko wielkiemu kapitałowi dbającemu jedynie o własny interes, a nie narodowy. Potwierdzając tym samym moje gorzkie przewidywania, że jego następna kadencja w niczym już nie będzie przypominać pierwszej, gdyż bez reszty zaprzedał się globalistycznej oligarchii finansowej i ''tech-biznesowi'' z Doliny Krzemowej. Kładąc przez to kres krótkotrwałej epopei ''prawicowego populizmu'' jaką sam zapoczątkował, stając się de facto ''Killary'' Clinton 2.0. w męskim wydaniu.

Niczego istotnie pod tym względem nie zmieni nieuchronna zapewne niełaska Elona, jaki poczyna sobie już zanadto grubo sugerując niechby żartem niby to, iż jest realnym prezydentem USA, bo se wykupił rząd bezprecedensowo gigantyczną donacją wyborczą. Pozostanie wtedy Vence, który w przeciwieństwie do Muska posiada instynkt dworaka a jest przecież kreaturą pedzia Thiela, bodaj czy nie znaczniejszej figury ''cyber-korpo'' związanej ściśle z amerykańską bezpieką i wojskiem, albo inny bogaty cwel jaki zyska posłuch u imperatora sutymi darowiznami. Amerykańska ''afera wizowa'' stanowi objaw fundamentalnego problemu o jakim trąbię już od dobrych kilku lat: otóż patologią polskiej - i nie tylko jak się okazuje - sceny politycznej jest, iż hardkorowi liberałowie ekonomiczni uchodzą za prawicę i to skrajną! Daje to podstawy do ich nieudacznego mariażu z nacjonalistami, co nie może dobrze skończyć się dla tych ostatnich, o czym właśnie przekonują się zagorzali stronnicy programu ''America First!'' zdradzeni przez swego przywódcę, tym razem powolnego globalistycznej agendzie finansowej perfidnie ubranej w patriotyczne frazesy. Pogląd o drugiej kadencji Trumpa daje stąd hołubiony przez Muska argentyński prezydent Milei, którym głęboko gardzę, gdyż jako zadeklarowany ''anarchokapitalista'' gardzi on wszelkim rządem, mimo iż sam go sprawuje. Najchętniej więc opyliłby Brytolom falklandzki archipelag, gdyby nie sprzeciw zastępczyni - córki jednego z generałów byłej junty, która przegrała z Thatcherową bój o owe wyspy, czego wagi ultralibek nie pojmuje, gdyż w jego sprzedajnym łbie ''interes narodowy'' brzmi niczym herezja. Dlatego Kucfederacja stanowi na rodzimym gruncie istną ''potworność gówna i ognia'' przywołując ''klasyka'' [ nie mojego! ], pokraczną i niemożliwą na dłuższą metę koalicję liberałów gospodarczych i nacjonalistów. PiS zaś jeśli pójdzie ich śladem czeka go niechybnie smutny los stronnictwa Trumpa, rozdzieranego autentycznym konfliktem między tymi co wzięli sobie do serca hasło ''America first!'', a wielmożami kapitału mającymi je ledwie za wabik na leszczy. Innymi słowy biały Murzyn z jankeskiej ''głubinki'' zrobił swoje, więc można się już bez niego obejść, sam jest zresztą sobie winien poniekąd, skoro był na tyle głupi by uwierzyć, że banda zdeprawowanych nadmiarem pieniędzy cynicznych skurwysynów autentycznie stanie w obronie rodzimych ludzi pracy, narażając tym na szwank własny interes. Państwo zaś w USA właśnie abdykuje z mediacji pomiędzy nimi, wyrównywania szans za pomocą choćby nieśmiałych prób redystrybucjonizmu, w miejsce nieuchronnie powiększającej i tak ogromną już przepaść w dochodach społeczeństwa gospodarczej ''deregulacji''. Mimo uszu puścić można zwyczajowe pitolenie libertarian, iż to żaden ''wolny rynek'' - owszem, gdyż podobnie jak komunizm stanowi li tylko beznadziejną i niemożliwą do realizacji utopię, trzeba bowiem wyjątkowej dozy infantylnego kretynizmu, aby serio brać pod uwagę możliwość, że konsument będzie kiedykolwiek władny dyktować posiadaczom kapitału swe warunki. ''Konkurencja jest dla przegrywów'', jak trafnie spostrzegł Thiel, czynny przedsiębiorca i jeden z największych obecnie jakby nie było, nikt z takowych nie będzie więc zabiegał o klienta i płaszczył się przed nim, jak to sobie wyobrażał nieudacznik Mises i jego pomiot do dziś zasmradzający swymi wysrywami różne ''akapowe'' fora - nawet jeśli zdobędzie cudem realną władzę, co stało się udziałem nieszczęsnej Argentyny.

Wprawdzie wielki kapitał zawsze szedł pod rękę z wielkim rządem, sęk w tym wszakże kto w owej relacji dominuje, dziś zaś wygląda pierwszy wyraźnie zyskuje przewagę w USA, przez co państwo staje się faktycznie ''komitetem zarządzającym wspólnymi interesami burżuazji'' wedle formuły samego Marksa. Co oczywiście sprzyja wszelkim rewolucyjnym wichrzycielom, a czego najwidoczniej nie pojmuje debil Musk i jemu podobne bogate spierdoliny, ufne w potęgę swych wpływów i majątku, bardzo iluzoryczną w istocie. Pozostaje im stąd życzyć by skończyli na jakowejś ''cyfrowej gilotynie'', którą sami poniekąd sobie prokurują sprzyjając swą pazernością tworzeniu nowych jakobinów. Żadnym wytłumaczeniem dla nich nie może być, iż kapitał sam z siebie, niezależnie od rządowych regulacji lub ich braku, ma tendencję do koncentrowania się w rękach stosunkowo nielicznej grupy jego posiadaczy. Wszakże czyni różnicę czy państwo stara się ustanowić choćby znośną dla ogółu ową przepaść majątkową jakimiś formami redystrybucji, czy też służy wzmocnieniu jeszcze tejże patologii grożącej chaosem społecznym i naruszając przez to fundamenty solidaryzmu narodowego. Dlatego powtarzam libkostwa i nacjonalizmu pogodzić nie sposób, Bosaka stąd chyba ciężko popierdoliło jeśli sądzi, że może być ''wolnorynkowym narodowcem'' - niechybnie więc skończy niczym sekciarze MAGA, którym szefostwo ich stronnictwa właśnie napłuło w twarz, albo wzorem obecnego Trumpa jako polityczna dziwka globalistów [ to prędzej ]. Bowiem u nacjonalisty wspólnota definiowana dlań etnicznie ew. kulturowo poprzedza jednostkę, natomiast dla liberała zupełnie na odwrót i przeto jest źródłem fundamentalnego w liberalizmie mitu ''umowy społecznej''. Gotowy jest on tym samym każdy rodzaj społeczności rozpatrywać jako fenomen ustanowiony sztucznie na mocy kontraktu, jaki dowolny człowiek może w każdej chwili wypowiedzieć bez większych konsekwencji dla siebie, gdy nacjonalizm widzi we wspólnocie narodowej efekt procesu dziejowego, stąd obdarzonego własną unikalną historią, tradycją kulturową i językiem, których nie sposób ot tak wyrzec się arbitralną decyzją byle indywiduum. Co najwyżej zostać typowym niestety zakompleksionym ''polaczkiem'', jaki wymyśla sobie lub przyjmuje urojoną tożsamość ''unijczyka'' czy inszego ''obywatela świata'', bo realnej nienawidzi cierpiąc na monstrualną wprost ''ojkofobię''. Nie dziwota stąd, że ślepa i egoistyczna pochwała masowego sprowadzania z Azji taniej siły roboczej, jaką przedsięwziął we własnym interesie Musk ściągnęła nań prawdziwą furię użytkowników jego własnego portalu, którzy poczęli go za to ostro łajać w imię hasła ''America first!'' a przecież dureń sam je dopiero co głosił! O ironio ich nieformalną rzeczniczką stała się izraelska prowokatorka Laura Loomer, pyskata Żydówa dosłownie starła w proch niebotyczną psychopatię Elona, dostało się również przy tym od niej sekundującej mu i głupiej jak but Marjorie Taylor Green. Bowiem od pewnego już czasu można obserwować w USA, krajach UE a nawet Rosji pokraczny alians syjonistycznej frakcji żydostwa ze skrajną prawicą, jaki mimo bywa trwającej wciąż między nimi wzajemnej odrazy łączy nienawiść do islamu i pospólna obawa przed chińską dominacją. Innym tegoż przykładem jest niejaki Mike Benz, podobnie co Loomer mętny typ szerzący jak ona prorosyjską a zarazem antyukraińską chujnię, biorąc rzecz jasna stronę ''Gudłajstanu'' i samego Satanjahu. Podlizuje się prawdziwym neonazistom wypisując na alt-right blogu, że jako Żyd znajduje wiele zadowolenia w lekturze ''Mein Kampf''... w sumie nie dziwota, gdyż hitlerowskie ludobójstwo faktycznie może przypominać mu fragmenty Tory traktujące o ''świętej wojnie z Amalekitami'' itp. 

Obrzydzenie takowymi kanaliami nie czyni mnie w pozornej tylko kontrze ślepym na podłość muzułmanów, prześladujących choćby krwawo chrześcijan w wielu krajach Azji i Afryki. Niemniej znać dobrze głównie komu służy podsycanie nienawiści do wyznawców islamu, co nie kryję budzi mój sprzeciw, bowiem z dwojga ZŁEGO wolę już ''tradycyjny polski antysemityzm'' nawet i w lewackim wydaniu, byle z właściwym tj. wrogim podejściem do Izraela co i Rosji, niż jakowychś prawackich ''judeokrzyżaków'', którym syjonizm popierdzielił się z ruchem krucjatowym! Dlatego nie pojmuję czemu służyć mają dość mętne sugestie Marka Wróbla i jego małżonki, zdaje się powielające absurdalną wersję Muska na temat niedawnego zamachu podczas bożonarodzeniowego jarmarku w Niemczech. Głosi on bowiem jakoby sprawca był muzułmańskim fanatykiem uprawiającym ''takijję'', czyli udawać miał jedynie islamożercę i prosyjonistę, by aż niemal dekadę szykować się do ataku na ''kafirów''. Prędzej już rzecz w tym, iż jak przystało na ''sajkoterapeutę'' cierpiał większe problemy z głową niż jego pacjenci, dość częsta przypadłość u praktykujących ową dziwną profesję, bez względu na ich światopogląd czy pochodzenie. Nie widzę też powodu by nie dawać wiary twierdzeniom, że saudyjski apostata o jakim tu mowa faktycznie obwiniał Niemcy o ''islamizację Europy'' i był autentycznym sympatykiem AFD, skoro to ichnia ''endekomuna'' skrojona na miarę b. NRD? Karykatura antyimigranckiej ''prawicy'', jakiej przewodzi lesba żyjąca z ''nachodźczynią'' ze Sri Lanki:))) - gdybyż przy tym okazała się Tamilką, znaczyłoby kuźwa znowu te Hindusy! Wypadałoby również zwrócić uwagę, że w Chinach doszło ostatnio do całej serii podobnych zamachów, gdzie rozbestwieni kierowcy rozjeżdżali tłumy ludzi. Bodaj w żadnym z nich motywem nie był islamski terroryzm, za to anomia społeczna i spierdolenie umysłowe sprawców owszem już tak. Przypominam także, iż krwawej masakry w Pradze pod koniec zeszłego roku nie dokonał jakiś nachodźca a rodowity czeski psychopata, wśród jego ofiar zaś była co najmniej dwójka obywateli Zjednoczonych Emiratów. Najbardziej jednak mierzi zignorowanie przez ''gówne'' media sympatii, jaką saudyjski zamachowiec żywił do ''Gudłajstanu'', tak jakby syjoniści nie poczynali swej działalności politycznej od skrytobójstw i podkładania bomb, wierni zresztą owej tradycji do dziś tyle że na znacznie większą skalę. Albowiem Izrael jest wrogiem Polski i cichym sojusznikiem Rosji, tymczasem zdaje się niepomny tegoż faktu pozostaje red. pro-PiSowskiej ''Republiki'' Maciej Kożuszek, skoro dość regularnie czyni publicznie uwagi biorące w obronę parapaństwo okupujące Palestynę. Wszakże nie ma co insynuować mu żydowskie pochodzenie, czy nawet bycie płatnym agentem hasbary, gdyż sądzę jest z nim znacznie gorzej - facet zapewne robi to za darmochę i z przekonania. Ponieważ nie można zaś odmówić mu sporej dozy inteligencji, humoru i talentu jest tym bardziej godny [po]tępienia, jako szczególnie groźny bo całkiem subtelny izraelski propagandzista. 

Wszakże nie sposób posądzić o podobne cechy Piotra Wielguckiego, znanego tudzież jako Matka Kurka vel Kurak, bo to głąb jakich mało a do tego polityczny szkodnik na szeroko pojętej rodzimej prawicy. Strasznie mnie wkurwił ostatnio nazywając ''banderowskim cyrkiem'' rosyjski mord w Buczy, acz żaden ze mnie ukrainofil i będzie równo rok temu jak pisałem dobitnie w tym miejscu co sądzę o ''krwawym Stepanie'' czy Szuchewyczu. Tuman nie pojmuje więc znaczenia owej zbrodni rozbestwionego kacapstwa na przedmieściach Kijowa, gdyż nie była to zwykła stołeczna dzielnica lecz ichni odpowiednik Wilanowa, zamieszkany podobnie przez tamtejszych ''obywateli świata'' wybudzonych dosłownie gwałtem ze snu o liberalnym ''końcu historii''. W tym rzecz a nie sentymentalnych histeriach, jakie owszem wokół tragedii narosły, wszak remedium nie stanowi konspirologia powielająca schematy propagandowe ''teatrzyku dla gojów'' kremlowskich gudłajów pokroju Sołowjowa-Szapiro. Czyni zaś to Kurak wypisując podobne bzdury, mniejsza już świadomie lub nie, zasługuje stąd by obrzucić go za to najgorszymi słowy co też i właśnie robię z nieskrywaną przyznaję satysfakcją. Należałoby mu w ramach kuracji zaordynować ostrą dawkę przymusowej lektury telegramowych kanałów rosyjskich Z-patridiotów, wypełnionych jednym wyciem z powodu dowódców-rzeźników posyłających swych żołnierzy na pewną śmierć w masowych i beznadziejnych zwykle szturmach, byle tylko zyskać za to awans i order. Samo kacapstwo dostarcza niezliczonych dowodów swych zbrodni popełnianych tak na Ukraińcach co i swoich, a tacy jak Kurak dalej będą pierdolić bez opamiętania, że to wszystko jakoby ''banderowski cyrk''! Ot choćby niedawno rosyjska prokuratura wojskowa aresztowała jednego z dowódców własnej armii, który podległych sobie żołnierzy przetrzymywał w klatkach dla psów, torturując ich i zamęczając do zgonu byle tylko wycisnąć z nich ostatni grosz. Kacapskimi ''Zetowcami'' wstrząsnęła też parę miesięcy temu głośna sprawa dwóch ''separów'' o arcyruskich pseudonimach ''Ernest'' i ''Goodwin'', walczących na Donbasie jeszcze od 2014 roku, jakich szef jednostki gdzie służyli posłał na ''mięsny szturm'' bez powrotu, bo wadzili mu kraść wojskowe mienie i sprawować ''kryszę'' nad handlem narkotykami w oddziale. Podobne wypadki w ukraińskiej armii zdarzają się o wiele rzadziej co przyznają sami Rosjanie, skala patologii jest nieporównywalna, bowiem obnaża obmierzłą naturę kremlowskiej tyranii zwykłej traktować poddanych sobie ludzi jak gówno. Dobrze byłoby stąd, gdyby ktoś nakazał Wielguckiemu zamknąć wreszcie gębę, albo niech przynajmniej zastopuje nieco jego ''antybanderowskie'' żydłaczenie. Co z tego bowiem, że facet legenduje się wypisując różne ''Berki'', skoro wspiera mocno proizraelskich do amoku Le Penową czy Trumpa? Przez niego poczynam wątpić czy aby dobrym wyborem będzie głosowanie na ''obywatelskiego'' kandydata PiS jakim jest Nawrocki, skoro ma takich żarliwych popleczników co Kurak. Dotąd było to dla mnie oczywistym, byle zapobiec objęciu prezydentury przez Czaskosky'ego i stojącą za nim stołeczną mafię kamieniczników, najpewniej zleceniodawców mordu Jolanty Brzeskiej, ale teraz sam już nie wiem... Pozostaje więc tylko ustalić czy Matka Kurka robi dobrze syjonistycznym prawakom za pieniądze, czy też daje im darmo niczym red. Kożuszek? Z tą oto kwestią ostawiam Stary Rok i witam Nowy.

ps.

Muzy zaś tym razem nie załączam, gdyż brak mi karnawałowego nastroju, mimo iż wygląda że spędzę Sylwestra w zacnej kompanii, czego i życzę wszystkim poza obojgiem ''antybohaterów'' niniejszego tekstu, bowiem powiadam mam ich za politycznych szkodników do wypędzenia z publicznej działalności, podobnie jak Muska i resztę trumpowych libtardów. Co też i postaram się czynić w miarę skromnych możności, nawet jeśli narazi to na słowne szykany ze strony własnego obozu ideologicznego, konkretnie prawicy z jaką wciąż jakoś tam się identyfikuję, acz nie kryję od widoku sporej części jej stronników poczyna zbierać mi się na wymioty... Dlatego wbrew zarzekaniu się, by nie kończyć rok tak gorzką uwagą dorzucam jednak kawałek nastrojowej muzyki na uspokojenie, gdyż mało on sylwestrowy jak to u Frippa:


sobota, 7 grudnia 2024

Krucjata prorosyjskich judeofaszystów.

''Tyrani to ludzie, którzy przeprowadzają doświadczenia, przez cały czas posuwają się naprzód, idą aż do końca, aż do momentu w którym wszystko się wali.''

Cioran ''Rozmowy''.

Rumunia na naszych oczach stała się obiektem agresji syjonofilskiej i autorytarnej ''osi zła'': trumpowa MAGA-Izrael-Rosja. Ufundowanej na pokracznym sojuszu syjonistycznego żydostwa i prorosyjskich neonazistów, których mimo wzajemnej odrazy łączy nienawiść do muzułmanów i obawa przed chińską dominacją. Wyłącznie tym wytłumaczyć można poparcie przez Kennedy'ego juniora i Suckera Carlsona, wespół z izraelskim ministrem ds. diaspory filokacapskiego kandydata na prezydenta Rumunii. Trump i jego otoczenie, ani też Netanjachuj nie są żadnymi ''moskiewskimi szpiegunami'', jedynie szukają na gwałt porozumienia z Kremlem ws. Iranu. Doskonale znać to po obecnej zwycięskiej ofensywie islamistów w Syrii, gdzie w interesie żydowskiego parapaństwa nie leży ich całkowity triumf i powstanie u granic kraju agresywnego neokalifatu, ale również pełne ocalenie reżimu Asada bez wsparcia którego Hezbollah pewnie już dawno czekałaby zagłada. Acz syryjski tyran nie kiwnął nawet palcem w palestyńskiej sprawie, przez co zwalczających go rebeliantów poparł Hamas, w przeciwieństwie do konkurencyjnego Fatahu lojalistycznego wobec Izraela. Bowiem mocodawcą arabskiej rabacji w strefie Gazy jest Katar i on też głównie stoi za antyasadowskim blitzkriegiem dżihadystów, nie zaś stanowczo przeceniana w owej roli Turcja. Ostawmy jednak ''Bliski Wzwód'' i powróćmy do rodzimej nam ''gejropy'' - Călin Georgescu, bo tak zwie się prowokator, jaki nastawał na stanowisko rumuńskiego prezydenta, to nie tylko prorosyjski faszysta, ale i zdeklarowany judeofil. Zapewnił stąd w rozmowie z Amichaiem Chikli, izraelskim politykiem odpowiedzialnym za kontakty z diasporą żydowską, że jeśli tylko obiorą go na przywódcę kraju zrobi wszystko co w jego mocy, by wzorem Trumpa przenieść ambasadę do Jerozolimy, a takoż naśladując Orbana zignoruje międzynarodowy nakaz aresztu Satanjahu. Uczynił to zapewne szczerze, bo dlaczegóż by nie skoro w wielu krajach zachodniej Europy od dawna mamy do czynienia z fenomenem prosyjonistycznych czarnosecińców. Znać to choćby po skrajnie prawicowych partiach Holandii, Austrii czy Francji, natomiast w Niemczech nie ma bardziej zarazem pro-trumpowej, filoizraelskiej i rusolubnej formacji politycznej jak AFD. Do tego Georgescu to nie tylko kremlowski ''nazisyjonista'', ale i mason z Klubu Rzymskiego, oraz były spec ONZ ds. ''zrównoważonego rozwoju'', odpowiedzialny za wdrażanie na lokalnym poziomie globalistycznej Agendy 21. Wyznający przy tym mocno New Age'owe ''duposławie'', jakże by inaczej, taki zeń ''mesjanista''. Idealnie stąd pasuje do profilu lucyferian, jak mianowany przez Trumpa na Sekretarza Skarbu USA Scott Bessent - pederasta i były partner finansowy Sorosa, który odegrał wiodącą rolę onegdaj w ataku tegoż spekulanta na brytyjską walutę. Zamężny jak przystało na ''homokonserwatystę'', podobnie co Peter Thiel jakiego polityczną kreaturą z kolei jest ''ultrareakcyjny'' Vence, nigdy dość o tym przypominać. Albowiem mamy do czynienia w ich postaci z szajką globalistów perfidnie udających przeciwników ''rządu światowego'', libertarian z bezpieki przyzwyczajonych tym samym do permanentnego działania w ''szarej strefie'', zadeklarowanych wrogów państw narodowych za wyjątkiem bodaj jedynego - Izraela. Trzeba więc było aż pospiesznego unieważnienia wyborów przywódcy Rumunii, aby zapobiec przejęciu rządów w kraju frontowym NATO przez cieszącego się ich wsparciem filorosyjskiego ''judeokrzyżaka''.

Znać po tym tajemnicę niepojętą ''biedarealistom'', iż wielka polityka jest zawsze irrealna, stąd kształtującym ją niestety zwykle tyranom konieczna bywa ekstremalna przemoc, by nagiąć rzeczywistość ku swej woli. W każdym razie przypadek Călina Georgescu pozostanie niezrozumiały póty nie wspomnimy, że reżim Ceausescu obaliła de facto KGB z pełnym błogosławieństwem ''wolnego świata'' Zachodu. Tylko tak stanie się jasne, jakim to ''cudem'' ów ''antysystemowy'' kandydat jako młody student mógł wyjeżdżać z kraju za późnej rumuńskiej komuny ''na stypendia'' w Wlk. Brytanii i USA, mimo iż sam nie był w partii ani nikt z jego rodziny. Później zaś robić całkiem błyskotliwą karierę w międzynarodowych organizacjach, nie on jeden zresztą, gdyż bodaj czy nie bardziej spektakularnym przykładem jest pod tym względem życiorys niejakiego Bartolomeu Săvoiu. Gejnerała-masona i potomka rumuńskiego weterana hitlerowskiej wojny z ZSRR o ''Lebensraum'', męczonego przez to za terroru stalinowskiej ''żydokomuny'', jaki zapanował w Bukareszcie po upadku III Rzeszy i kolaborujących z nią rodzimych faszystów od Codreanu. O dziwo, nie przeszkodziło to jego synowi w podjęciu studiów i uczestnictwie na oficerskich kursach akademii wojskowej rezerwy, a następnie pracy w państwowym przedsiębiorstwie działającym przy ministerstwie handlu zagranicznego. Rumuńskie władze komunistyczne nie broniły również Săvoiu emigrować na pocz. lat 70-ych do Francji, gdzie podejrzanie gładko znalazł zatrudnienie w wielu tamtejszych firmach, oraz filiach amerykańskich a takoż państwowej administracji, wszędzie jako ''spec od eksportu''. Tak więc jeśli z faceta nie był ichni ubek to ja nazywam się Putin, do tego aktywnie infiltrował gaullistowskie stronnictwo, zaś po dramatycznym upadku Ceausescu, ale bynajmniej samej rumuńskiej i filosowieckiej komuny, jaka stała za jego śmiercią wespół z radzieckim politbiurem, powrócił ów ''syn marnotrawny'' na ojczyzny swej łono. Przyjęty ochoczo włączył się w życie polityczne kraju, gdzie jął pełnić kierownicze funkcje w rozlicznych centroprawicowych formacjach, uhonorowany także stopniami wojskowymi do generała włącznie. Zarazem nie zaniedbał również kariery w masonerii, pnąc się po kolejnych szczeblach ''wtajemniczeń'' aż do uzyskania tytułu Wielkiego Mistrza rumuńskiej ''loży narodowej''. Co więcej, na swego ''ideowego następcę'' miał naznaczyć go sam Licio Gelli - faszysta i mason, ''czcigodny mistrz'' niesłynnej loży P2 skupiającej włoską generalicję i bezpiekę, oskarżanej o mordy polityczne i udział w aferze finansowej Banku Watykańskiego. Kontynuując jego ''dzieło'' Săvoiu pragnie zjednoczyć ''judeochrześcijańską'' masonerię przeciw ekspansji islamu, oraz jakoby wspierającej ją ''ateistycznej i libertyńskiej'' frakcji lożowej braci. Groteskowo przy tym wygląda, gdy ubrany w rytualny strój ''wielkiego mistrza'' pomstuje na tyranię ''New World Order'', mając przez to na myśli... nałożony dekretem Zełeńskiego zakaz działalności rosyjskiej agentury wpływu, jaką w istocie jest moskiewska cerkiew. Bowiem jak przystało na obrońcę ''syfilizacji judeołacińskiej'' wielbi Izrael, Ukrainą zaś gardzi w czym rumuńskiemu ubekowi przebranemu za masona nie wadzi, że jej przywódcą jest takoż Żyd.

Pieje stąd peany na cześć syjonistycznej armii nazywając ją wręcz ''najsilniejszą w świecie'', wszakże nie potrafi przy tym wytłumaczyć jakim to cudem owe ''mocarne'' wojsko nie jest w stanie poradzić sobie od ponad roku z bandą terrorystów. Mimo wprost miażdżącej przewagi nad nimi, jeśli idzie o potencjał zbrojny wykorzystywany do masowego bombardowania absurdalnymi ilościami pocisków marnego spłachetka ziemi, nie szczędząc nawet szkół ni szpitali wraz z chroniącą się w nich cywilną ludnością. Zarazem powiela wszystkie najbardziej ordynarne formaty rosyjskiej propagandy, zwąc Ukrainę ''amerykańską kolonią'' i ''państwem teoretycznym'', wszak nie żywi podobnych obiekcji wobec żydowskiego reżimu okupacyjnego w Palestynie. Boleje nad miliardami dolarów pomocy wojskowej USA dla władz w Kijowie, nie ma jednak nic przeciwko by słać je Satanjachujowi na eksterminację przezeń arabskich ''gojów'', pod pretekstem zwalczania islamskiego terroryzmu. Uznaje przy tym Rosję za jakoby ''niezwyciężoną'' - cóż, muzułmańscy rebelianci w Syrii gromiąc właśnie marionetki Kremla, czy ukraińscy żołnierze dzielnie odpierający nieustanne szturmy kacapstwa na kurszczyźnie, jednako dowodzą jak fatalnie co do tego się myli. Nawet sam Hamas, abstrahując od jego muzułmańskiego fanatyzmu, wszakże dobitnie świadczy o sensowności przeciwstawiania się wrogowi z jakim konfrontacja teoretycznie nie ma najmniejszych szans powodzenia. Generalnie więc rzeczony Săvoiu to wyjątkowo nędzna, syjononazistowska i tajniacka kanalia, nie dziwi stąd obecność tegoż farmazona na niedawnym pogrzebie Mihai Caramana - generała rumuńskiej bezpieki [post]komunistycznej, a za młodu promonarchicznego faszysty. Stojąc na czele paryskiej rezydentury wywiadu zorganizował siatkę szpiegowską, jakiej udało się przeniknąć do Kwatery Głównej NATO i wykraść istotne tajemnice wojskowe Paktu [ ''wielki mistrz'' Bartolomeu mógł więc wchodzić w jej skład ]. Współpracował przy tym ściśle z KGB, bodaj jako jedyny agent rumuńskiej bezpieki nagrodzony przez Sowietów za wspomnianą akcję, co wzbudziło uzasadnione podejrzenia u Ceausescu i jego niełaskę, odstawienie Caramana na boczny tor. Powrócił stąd do aktywności politycznej dopiero po obaleniu ''Geniusza Karpat'', wskutek zamachu stanu dokonanego rękoma funkcjonariuszy Securitate i armii, a kierowanego z Moskwy i przy wsparciu propagandowym ''wolnych mediów'' Zachodu. Ustanowiony tym sposobem reżim Iona Iliescu, skądinąd kolejnego agenta KGB, powierzył Caramanowi kierowanie zagranicznym wywiadem kraju, dzięki czemu mógł on likwidować świadków swych kłopotliwych powiązań ze służbami poradzieckiej Rosji. Trzeba było aż ultimatum postawionego w '92 roku przez ówczesnego szefa NATO, by wymusić na postkomunistycznych władzach Rumunii dymisję ''towrzysza Mihai'', acz na pocieszenie obdarzyły go jeszcze stopniem generała bezpieki. Podsumowując: Călin Georgescu jawi się więc kreaturą miejscowego ''deep state'' o bolszewicko-faszystowskim rodowodzie, umocowanego wszakże dobrze w masońskiej i globalistycznej międzynarodówce wspierającej na równi Izrael co Rosję, z przywódczą rolą szemranych typów pokroju Caramana czy Săvoiu. Wyłącznie tym objaśnić można aprobatę kandydatury rumuńskiego ''antysystemowca'' jednako przez ochujałego od gnozy Dugina, izraelskich zbrodniarzy wojennych i zapatrzonego w nich ślepo RFK, jakiemu ćpana za młodu hera ostawiła w mózgu wirtualne robale, wreszcie byłego gwiazdora medialnego stacji Fox, obecnie zaś ordynarnego propagandzistę Trumpa, którego w rzeczywistości ma on za podleca.

- aby jednak uniknąć jednostronnego obrazu Rumunii, jako kraju li tylko pierdolniętych ''judeokrzyżowców'', na koniec umieszczam w kontrze antyizraelską satyrę tamtejszej vlogerki Nicole Jenes, bo rzecz wybornie demaskuje syjonistyczne łgarstwo:

Od dawna też powiadam, że żydostwo nie jest kwestią rasy ni religii, ale przypadłością umysłu jaką się leczy - wcale nie mówię, iż gazem! Chyba że rozweselającym, niczym tu:

- podobnie jak ewangelikalny protesrantyzm mieniący się bezczelnie ''chrześcijaństwem'', popierając zarazem mordowanie współwyznawców przez Żydów nie tylko w Palestynie, ale i Libanie. Wznosząc modły za gudłajskich żołdaków profanujących tamtejsze kościoły, barbarzyńców obracających w ruiny starożytne mnisze eremy, obrońcy ''syfilizacji judeołacińskiej'' psia ich mać! Zmóc owe głębokie schorzenie ludzkości może jedynie ostra lekcja pokory, jaką rumuńska komediantka daje syjonistom wprost brawurowo. Nawet jeśli sama tępi żydoruskie krzyżactwo bynajmniej z humanitarnych pobudek, gdyż mocno promuje ją Al Jazeera - medialna tuba propagandowa Kataru, wspierającego antyizraelską dywersję zbrojną Palestyńczyków, jak i syryjskich islamistów spuszczających wpierdol wojskom Asada [ patrz wstęp ]. Albowiem wpływ na transnacjonalną sieć organizacji Bractwa Muzułmańskiego pozwala emiratowi znad Zatoki Perskiej zrekompensować własną słabość jako państwa, ujść przed fatalnym zakleszczeniem między Saudami a Iranem. Zwracam uwagę, że mowa o kraju z bodaj największą bazą wojsk USA poza samym NATO... acz wstrzymałbym się z pochopnymi wnioskami. Trump wyraził się na ów temat jednoznacznie i przyznaję całkiem trafnie, pytanie tylko co na to mianowana przezeń szefową amerykańskiego wywiadu Tulsi Gabbard, która lizała tyłek Asadowi popierając zarazem rosyjską interwencję zbrojną w jego obronie? Niepokoi również, czy aby Waszyngton nie dobił targu z Kremlem na eliminację irańskich wpływów w Syrii kosztem Ukrainy, wówczas bowiem stronnictwo MAGA dowiedzie jedynie, iż za hasło winno mieć prędzej ''Israel first!'' i to ceną żywotnych interesów Ameryki. Tym bardziej, że kacapskie wojska niby to wspierające reżim Asada na południu kraju, za porozumieniem z USA faktycznie broniły żydowskie parapaństwo przed atakiem Teheranu od strony wzgórz Golan. Ostatnie doniesienia zaś głoszą, iż jakoby Rosjanie dobrowolnie odstąpili swe obiekty militarne na pograniczu z Izraelem oddziałom syjonistycznej armii, jakie wkroczyły tam właśnie by ustanowić na owych terenach ''strefę buforową'', eufemizm dla okupacji. W każdym razie za to pewnym jest kto antyasadowskim dżihadystom zrobił tak profesjonalnie wizerunkowy rebranding - spece z katarskiego emiratu:).

sobota, 19 października 2024

Hubert Kozieł ''Mroczne sekrety II wojny światowej'' [ recenzja ].

Na polskim rynku książki historycznej zdominowanej niestety przez zychowszczyznę, na równi z neobolszewickimi ''ludomanami'', brakło dotąd sensownej kontry do owych patologii. Wprawdzie można za takową poczytywać prace Krzysztofa Raka, ale jest on zbyt skrępowany akademicką metodyką, by mógł przedstawić popularną alternatywę dla parahistorycznej grafomanii wszelkich ''biedarealistów''. Dopiero autor omawianej książki sprawił się z tym jak sądzę, bo też i jako doświadczony dziennikarz biegle włada językiem, oraz dobrze zna materię opisywanych przezeń wydarzeń. Rzeczony tom zawiera wątki znane już w większości z jego bloga ''foxmulder'', acz tu staranniej opracowane siłą rzeczy, stąd cieszy że znalazły wreszcie bardziej trwałą, bo drukowaną postać. Nie będę szczegółowo rozpisywał się o tematach poruszanych przez Huberta Kozieła, pozostawiam zapoznanie się z nimi czytelnikom, postaram za to możliwie lakonicznie ująć to co najbardziej wydało mi się interesującym podczas lektury ''Mrocznych sekretów...''

Otóż w pierwszej kolejności jest nim świetny opis politycznego obłędu Niemiec, oraz patologicznej relacji łączącej je z Rosją. Przypomina to więź masochistycznej dziwki z sadystycznym alfonsem, przy czym oba kraje co jakiś czas zamieniają się rolami, wszak istota chorego związku pozostaje taż sama. Nawet instynkt samozachowawczy dyktuje stąd trzymanie się jak najdalej od tej patusiarni i niewchodzenie z nią w żadne bliższe relacje, poza koniecznymi wynikającymi niestety z sąsiedztwa. Dlatego omawiana książka będzie dobrą odtrutką na jady ''niedorealizmu'', wszystkie te durne opowieści jakim to niby ''poważnym państwem'' są Niemcy, tudzież ''wielkim mocarstwem'' Rosja, sączone do łbów zakompleksionych post-Polaków. Leczy ona również z syndromu Polski jako rzekomej ''dziejowej ofiary'', wykazując polityczną mądrość i rozwagę władczych elit przedwojennej Rzeczpospolitej. Wypowiedzenie tego zakrawa dziś wręcz na herezję, stąd pozostaje wszelkich krytyków ''sanacji'' odesłać do lektury pracy Huberta Kozieła. Dodać tylko wypada, iż w obliczu nieuchronnej klęski jedynym realnym wyjściem było przekształcenie regionalnego konfliktu w wojnę światową, co zresztą stało się wiadomym kiedy armia Hitlera zajęła stricte czeskie ziemie w marcu '39 roku. Okazując tym samym, że nie jest zeń jedynie rewizjonista dotychczasowego światowego ładu, jakim dotąd jawił się mocarstwom Zachodu, ale dąży serio do jego obalenia zgodnie z programem wyłożonym w ''Mein Kampf''. ''Sanatorzy'' więc trafnie rozpoznali zamiary wodza III Rzeszy, nawet jeśli ceną za to był rozbiór i okupacja kraju przez oba totalitarne reżimy, czego do dziś uporczywie nie uznają fantaści historyczni bezczelnie określający swe urojenia ''realizmem'' politycznym. Należałoby stąd im przypomnieć, jak znaczna część żołnierzy węgierskiej a zwłaszcza rumuńskiej armii poległa za nazistowski miraż ''Lebensraumu'', tudzież bestialstwa ''krasnoarmiejców'' mszczących się na tamtejszych hitlerowskich kolaborantach. Wreszcie okrucieństwo komunistycznego terroru, znacznie ostrzejszego niż w ówczesnej Polsce, jaki zapanował w powojennych Węgrzech i szczególnie Rumunii, gdzie trwał jeszcze dekadę po śmierci Stalina!

Na osobną uwagę zasługuje nakreślony przez Kozieła opis ''polskiego piekła'', jakże aktualny niestety, któremu nie zaradziła nawet pożoga wojenna. Rzecz idzie o polityczne rozrachunki wśród powrześniowej migracji, jak i w okupowanym kraju, acz nie jesteśmy znów takim wyjątkiem pod tym względem biorąc obecne konflikty elit w Rosji, co i na Ukrainie o USA czy Chinach już nie wspominając. Paradoksalnie niesie to pocieszenie we współczesnym kontekście, leczy bowiem z kompleksów wobec przodków, gdyż okazujemy się podobnie im - hmmm - ''nieszczególnymi'' by tak rzec. Dla mnie osobiście autor ma plus za merytoryczną orkę Churchilla, po jej lekturze nikt serio nie będzie rozpatrywał nikczemnych uwag typa o Polsce jako rzekomej ''hienie'', na które z lubością powoływał się Ziemkiewicz. Kozieł miażdży przytaczanymi faktami mit ''bitwy o Anglię'' sfabrykowany przez brytyjskiego przywódcę, co w niczym nie umniejsza dokonań polskich pilotów z legendarnego dywizjonu 303, a jedynie stawia je w realnych proporcjach. Dostaje się także Mitterrandowi, francuskiemu faszyście sprytnie przedzierzgniętemu w socjalistę, oraz samej Francji - co do jej postawy u początków II wojny światowej najlepiej zacytować celną uwagę autora omawianej książki: ''Po bliższym przyjrzeniu się francuskim kadrom dowódczym z 1940 roku, natychmiast powinna przejść nam [ Polakom ] chęć do wytykania błędów naszemu dowództwu w roku 1939'' - otóż to! Nie sposób więc zarzucać Koziełowi ślepoty wobec Zachodu, owszem niejednokrotnie punktuje jego kunktatorstwo i brak woli politycznej, które dodajmy jeszcze długo przed wojną pchnęły Piłsudskiego ku doraźnym sojuszom ze Stalinem, a później Hitlerem. Wszakże nie miał on złudzeń co do ich trwałości, musiał jednak zawierać je, skoro mocarstwa ówczesnego Okcydentu nie były skłonne wraz z nim rozprawić się z Niemcami, o bolszewickiej Rosji już nie wspominając.

Na owym tle dostrzegam pewną niekonsekwencję wywodów autora, który stawia kontrowersyjną tezę o rzeczywistych przyczynach misji Rydza-Śmigłego w okupowanej Polsce. Bowiem wówczas niemożliwym było wchodzenie w jakiekolwiek układy z Niemcami, po masowych egzekucjach cywilnej ludności, elit politycznych czy pacjentów szpitali psychiatrycznych mordowanych w ramach ''akcji T-4'', kiedy istniał już Auschwitz jako obóz zagłady Polaków a nie Żydów. Zresztą sam Hitler serio tego nie rozpatrywał, a też i przed wojną jego oferta ''sojuszu'' oznaczała faktyczne podporządkowanie, cena za to byłaby jako się rzekło wprost straszna, więc nijak nie ocalono by w ten sposób tak drogiej niedorealistom ''substancji biologicznej'' narodu. Nieco anegdotycznie prezentują się także rozważania o niejasnych okolicznościach towarzyszących samobójstwu [?] wodza III Rzeszy, acz pojmuję iż nie mogło ich braknąć w książce poświęconej ''mrocznym sekretom'' II wojny światowej. Pomijam by nie przeciągać wiele innych tematów omawianych na jej kartach, choćby zaangażowania rzekomego ''papieża Hitlera'' i podległej mu watykańskiej dyplomacji w antynazistowską konspirację, po szczegóły odsyłając czytelnika do recenzowanego tomu. Odnotować więc tylko wypada, iż rzecz została wydana przyzwoicie jak na serię popularyzującą historię, tekst oprawiono wkładkami z barwnymi reprodukcjami dobrej jakości, oraz czarno-białymi zdjęciami opisywanych postaci, acz tu już bywa ''różniście'' jeśli idzie o ich stan. Wszakże ów drobny mankament nie obniża wartości całej książki, stąd powtórzę należy pozytywnie ocenić, że wreszcie przybyło kontry dla parahistorycznych akrobacji Zychowicza czy Ziemkiewicza, o durnym Jasiu Sowie nie wspominając. Skoro zaś o tym mowa - wydawnictwo ''Replika'' opublikowało także opracowanie autorstwa innego dziennikarza Marka A. Koprowskiego. Poświęcone obronie Armii Krajowej na Wołyniu, wbrew kalumniom zychowszczyzny, sądzę więc i po nie również trzeba będzie przy okazji sięgnąć.

niedziela, 22 września 2024

Kot-echon.

Pochlebiam sobie, że dałem spokój z Trumpem akurat zanim począł kreować się na jakowegoś ''cat-echona''. Facet spektakularnie odstrzelił se fiuta sprowadzając kwestię masowej migracji do bredni o zjadaniu jakoby kotów i psów przez wyznawców voodoo. Dając w tym posłuch zapewne Laurze Dumber Loomer - izraelskiej prowokatorce szerzącej także prorosyjską chujnię, popleczniczce negacjonisty Holocaustu Nicka Fuentesa. Pojmuję, że kampania wyborcza ma swoje prawa, ale to było już tak durne, że nie zdzierżyli nawet najbardziej fanatyczni wyznawcy MAGA, pokroju ''Moscow Marjorie'' [ tej od ''żydowskich laserów kosmicznych''! ]. Nie wiem czemu Trump sobie to robi, zatracił niemal cały ''flow'' prawicowego populisty sprzed niespełna dekady, który zapewnił mu wówczas triumf nad establiszmętową Clinton. Być może uznał, że po wykopaniu Bidena przez Demokratów przepadły szanse na wygraną, postanowił stąd powielić ich metody nieczystej gry, zaś amerykańcy naziole i KKK mają być jego ''Antifą'' i BLM? Cóż, w takim razie zapomniał, iż jak głosi starożytna maksyma wszystkich meneli ''nie wchodzi się dwa razy do tego samego ścieku''. Sądzę jednak, że sprawa jest znacznie prostsza: zwyczajnie dziką satysfakcję sprawia mu wkurwianie lewactwa, nieważne nawet jak głupie, byle tylko dostawało dzikiej piany na ustach z powodu łamania przezeń politpoprawnych tabu. Sucker Carlson przyznaje to niemal wprost, nie zdając sobie przy tym chyba sprawy, jak bardzo jest to durne i żenujące. Bowiem w praktyce okazuje całą pustkę programową obozu Trumpa i brak u niego realnej alternatywy wobec kampanii Harris/Walz. Rzecz nie w ''rasizmie'' a ordynarnym łgarstwie, jakiego dopuścił się były [ oby już na zawsze ] prezydent USA. Niech będzie, że Haitańczycy o których poszło, jacy masowo poczęli napływać do Springfield w Ohio akurat jeszcze za kadencji Trumpa, faktycznie żrą domowe zwierzęta wcześniej poświęcając je podczas ceremonii voodoo - no i co kurwa z tego?! Przecież rzeczone miasto to niestety typowy ''shithole'' z amerykańskiego ''pasa rdzy'', pogrążony w strukturalnej zapaści cywilizacyjnej wskutek dezindustrializacji USA trwającej od DEKAD. Trump więc bezczelnie łże bredząc, jakoby było to ''bjutiful plejs'' zanim nadciągnęły tam hordy karaibskich Murzynów, oni bowiem stanowią jedynie skutek problemów takich miejsc co wzmiankowane Springfield, a nie ich przyczynę. Główną winę zaś ponoszą tu neoliberalne skurwiele pokroju Myltona Friedmana, które pomogły stworzyć absolutnie zwyrodniałą postać kapitalizmu, służącą nie produkcji realnych dóbr, lecz tzw. ''optymalizacji''. W praktyce oznaczającej zwykle masowe zwolnienia pracowników i zamykanie całych fabryk, byle wyniki firm prezentowały się fantastycznie w Excelu i garstka giełdowych pasożydów mogła zarabiać gigantyczne sumy na kreowaniu baniek spekulacyjnych. Bowiem im bardziej ekonomia staje się wirtualna, tym mniej zaspokaja rzeczywiste potrzeby szerokiego ogółu ludzi, za wyjątkiem dość wąskiej grupy coraz bardziej wyalienowanych najbogatszych socjopatów.

Nie wspomni o tym ni słowem zgrywający ''populistę'' Vance, gdyż sam jest kreaturą libertariańskich ''autorytarian'', jakimi są Peter Thiel i Elon Musk. Zaciekli wrogowie ''regulacji rządowych'', którzy zbili majątek na ścisłej współpracy z amerykańską władzą. W przypadku Muska ''zapomniał wół jak cielęciem był'', kiedy robił za pieszczocha obamowej administracji, wspomagającej ogromnymi sumami jego ''zielone'' inwestycje. Bodaj jeszcze ciekawiej rzecz ma się u Thiela - konserwatywnego pedała nienawidzącego lewactwa, choć sam żyje w paramałżeńskim ''homozwiązku'' z dwojgiem dzieci urodzonych mu przez ''surogatkę'' [ oczywiście nazywanie tak kobiety nie jest jej uprzedmiotawianiem, sprowadzając do roli chodzącej macicy, gdzieżby tam ]. Na szczęście idzie o córki, więc są bezpieczne... no i nie mogą narzekać na brak ojca, jak potomkowie Muska, bo mają ich całą parę:). Acz nie wiem, czy dobrym wychowawcą dziewcząt będzie typ uznający prawa wyborcze kobiet za jedną z głównych przeszkód, dla których tacy ''wolnościowcy'' jak on nie mogą dziś uzyskać politycznej władzy! Dlatego postanowił ją zniszczyć za pomocą nowych technologii, z inwestycji w które słynie, niwecząc doszczętnie niemal jej autorytet w społeczeństwie, czym otwarcie się chełpi. Zarazem sam pragnie władzy tylko dla siebie i podobnych mu ''wybitnych jednostek'', gdyż tak w istocie pojmuje wyznawany przezeń libertariański indywidualizm. Faktycznie skrajny egotyzm zatrącający o psychopatię, połączony z typową dla pedała fiksacją na punkcie muskulatury, stąd Thiel zżerany jest żądzą nieśmiertelności i zachowania wiecznie młodego wyglądu. Łoży więc znaczne sumy w transhumanistyczną krionikę, jaka ma go przerobić na mumię czekającą ożywienia w ''lepszych czasach'', dosłownie ''konserwatyzm'' co się zowie:). Facet mógłby robić za dr. No w wersji ''homo'', gdyby nie był jedynie emanacją ''deep state'' utkaną z samych sprzeczności. Paradoksalnie w tym leży tajemnica jego sukcesu, gdyż będąc pierwszym znaczącym inwestorem Facebooka, zarazem kładł niemałe pieniądze we wrogą temuż firmę, bo wykradającą dane użytkowników portalu Cukera. Postępuje zresztą podobnie do dziś, tyle że już na znacznie większą, międzynarodową wprost skalę i wykorzystując w tym celu polityczne narzędzia, których jakoby tak nie znosi. Dowodem wojna na Ukrainie, gdzie jego firma Palantir - powołana dzięki funduszom CIA - aktywnie działa głównie w militarnym, acz i administracyjnym zastosowaniu ''sztucznej inteligencji''. Zarazem jego pachoł Vence torpeduje wsparcie zbrojne USA dla Kijowa, zaś przekształcona przez nich wspólnie w ''prawicowy YT'' platforma Rumble stała się przystanią dla najgorszej prorosyjskiej hołoty. Wytłumaczyć ową sprzeczność można jedynie tym, iż powodzenie ukraińskiej kontrofensywy latem zeszłego roku zbyt szybko jak na potrzeby takich jak Thiel zakończyłoby proces udoskonalania nowych technologii na polu boju [ a że kosztem życia tysięcy żołnierzy, co to obchodzi podobnych socjopatów z ''kompleksem Boga'' ].

Gdyby zaś Rosja stanowiła realną przeciwwagę wobec Zachodu, nie brałaby udziału w owym zbrodniczym procederze, jednostronnie wycofując wojska z Ukrainy. Putinowi nie groziłby za to bunt ''opinii publicznej'', ta bowiem w jego kraju nie istnieje i gówno znaczy. Kremlowskie media przećwiczywszy skuteczne wmawianie najgorszych bredni o ''bojowych komarach NATO'', bez trudu przedstawiłyby rzecz jako ''sukces'' masom kacapskich ''rabów''. Dowodzona celowo przez bałwanów i złodziei armia nie obali reżimu, zaś posiadające jako jedyne w kraju sprawczość tajne służby specjalnie rozbito na mnogość ponad miarę rozrośniętych agencji, by wzajemnie się szachowały każda niezdolna do zdominowania pozostałych. Wszystko to co prawda odbywa się kosztem ich skuteczności, ale zapewnia dzięki temu kremlowskiej władzy stabilność, więc nie zagroziłaby jej w istotnym stopniu rezygnacja z zaboru i tak zrujnowanych przeważnie okupowanych ziem Ukrainy. Jednakże ów szczęsny scenariusz zdarzeń nie ziści się, bowiem tym co łączy rosyjską satrapię z ''autorytarianami'' Zachodu jest skłonność ku narzucaniu poddanym ich woli masom ''cyberniewoli''. Dowodem sama Moskwa, która pod rządami ''liberalnego'' mera Sobianina poczęła nabierać cech realnej dystopii, z wszechobecnymi niemalże kamerami i systemem do śledzenia ruchów ludności, karanej za przemieszczanie się w trakcie srogich ''lockdownów'' podczas coronawirozy. Nie mówiąc już o stołecznej procedurze ''elektronicznego głosowania'', umożliwiającej fałszerstwa wyborcze w stopniu dotąd niebywałym nawet w Rosji. Wreszcie niedawno centralny bank kraju pochwalił się ''cyfrowym rubelkiem'', walutą o ''dedykowanym'' charakterze tj. uniemożliwiającą płacenie nią za przejazdy, tudzież hotele kiedy na pełnej wróci ''pandemia'' [ co zapewne nastąpi w przyszłym roku, jak tylko przygasną walki na froncie rosyjsko-ukraińskiej wojny ]. W tym kontekście warto przyjrzeć się, jakim ''cudem'' obłożona sankcjami Rosja zdolna jest nadal produkować masowo złożoną technologicznie broń rakietową, a ma to miejsce głównie dzięki platformie sprzętowej Siemensa. Tak się zaś składa, iż Thiel jest z pochodzenia Niemcem, płynnie posługuje się mową kraju przodków i dość regularnie go odwiedza, więc... Nie twierdzę tym samym, iż mamy do czynienia z machinacjami jakowegoś ''rządu światowego'', natomiast cichą zmową władz największych mocarstw owszem już tak, acz wcale nie musi ona posiadać sformalizowanego charakteru. Wystarczy, że dla wszystkich od Chin po USA zbrojna agresja Rosji na Ukrainę jest korzystna, pozwalając na wypróbowanie nowych technologii w skrajnych warunkach, tak bojowych co i zarządzaniu kryzysem energetycznym grożącym zapaścią cywilizacyjną itp. Nie mam pojęcia czy rzecz była ukartowana z góry, czy też co bardziej prawdopodobne nadarzyła się jako szczęśliwa okazja i prawdziwy ''dar niebios'' dla takich firm, jak Palantir ale i Google, na równi z chińskimi czy irańskimi producentami dronów. W każdym razie biorąc powyższe niech nikt mi nie pierdoli, że Trump stanowi jakowąś alternatywę dla globalistów, bo zabiję go kurwa śmiechem. Facet jest już tylko ordynarnym lobbystą Izraela, wprawdzie od początku nim był, ale wcześniej miał przynajmniej ową żyłkę populisty, z której ku memu żalowi nie ostało się bodaj już nic. Odebrało mu ją zbytnie uleganie sekcie libertariańskich ''autorytarian'': Thiela i Muska...

Acz przyznać należy, iż fundator Palantira inwestował w kampanię Trumpa, kiedy jeszcze mało kto dawał mu szansę, występując z poparciem dlań jako pierwszy bodaj jawny homoseksualista na wyborczej konwencji Republikanów. Wszakże o ironio jego wpływ był wówczas mniejszy śmiem twierdzić, niż gdy teraz odżegnuje się od wsparcia byłego prezydenta USA, do czego publicznie nawołuje jego pachoł Vence. Znać to właśnie po wygłupach o pożeraniu jakoby przez haitańskich voodoo'ystów kociąt, z czego słynął Thiel i jego kompani w założonym przezeń akademickim periodyku ''The Review'', podczas studiów na kalifornijskim Stanfordzie. Lubowali się w prowokowaniu dominujących tam lewaków, choć sami często nie stanowili wzorca konserwatywnych cnót obyczajowych i to bardzo oględnie zowiąc. Thiel wspomina w jednej ze swych prac miażdżących politpoprawny mit ''różnicy'' i ''wielokulturowości'', jak to jego ''skrajnie prawicowy'' kumpel ze studiów a później współpracownik w biznesie Keith Rabois, przy tym pederasta jak i on sam, wydzierał się na jakiegoś lewicowego aktywistę: ''Pedale, umrzesz na AIDS! Dostaniesz na co zasługujesz!'':). Na łamach redagowanego przez nich ''konserwatywnego'' pisma zaś potępiali ''trawionych żądzą zboczeńców'', kopulujących nieustannie po toaletach w akademiku opisując to z wyraźnym znawstwem tematu. Bowiem owa ''prawicowość'' Thiela i jemu podobnych jest tylko skandalizującą pozą ''homofobicznych gejów'', śmiertelnie znudzonych jałowym dyskursem lewicowo-liberalnego establiszmętu. Faktycznie, tam gdzie ''progresywizm'' staje się ortodoksją, jedyną realną transgresją jawi się paradoksalnie ostry konserwatyzm, by nie rzecz wprost reakcjonizm na pełnej. Rzecz w tym jednakże, iż to wszystko jest tu jedynie udawane, no chyba że na serio uznamy za hołubione przez Vance'a dzietne pary również ''homomałżeństwa'' podobne związkowi jego protektora... W tak osobliwie rozumianym ''konserwatyzmie'' pedał z urodzonymi mu przez ''surogatkę'' córkami stoi o niebo wyżej, niż godna pogardy samotna baba ze stadem kotów zamiast rodziny, na które tylko czyhają haitańscy Murzyni by je zeżreć! Thiel doznaje również podobnych ''heterykom'' upokorzeń w swym paramałżeństwie, kiedy własna ''mężyna'' urządziła mu awanturę niczym rasowa żona za to, iż na wydane przezeń przyjęcie przylazł jego kochanek. Niedługo po tym miał on zabić się, gdy sterroryzowany przez ''partneryszcze'' biznesmen odciął go od kasy, choć wcześniej urządzali wystawne orgie w luksusowym domu należącym uprzednio do dziwacznego seks-kultu NXIVM. Życie czasem pisze tak kiczowate scenariusze, że aż nieprawdopodobne - a jednak! Wspominam o tych historiach rodem z ''gej pudla'' wyłącznie po to, by ukazać obmierzłą hipokryzję takich rzekomych ''prawicowców'' co Vance, a poniekąd i sam Trump umizgujących się jednako do prawdziwego degenerata, jakim niewątpliwie jest Thiel. Mnie wszakże bardziej intrygują jego związki z amerykańskim ''głębokim państwem'', gdyż okazuje się zarówno Palantir co i Facebook bazować mają na rządowych programach szpiegowskich powziętych jeszcze na początku obecnego stulecia, tuż po zamachach 11 września. Ponoć już wtedy w owym celu poczęto rozwijać ''sztuczną inteligencję'', a choć oficjalnie projekty zamknięto ze względu na protesty amerykańskiej opinii publicznej, w rzeczywistości tylko je sprywatyzowano przekazując w ręce Thiela i Cukera. Bardzo sprytnie, bo durne libki histeryzujące z powodu nieśmiałej choć próby inwigilacji przez rząd, dziwnie spolegliwie przyjmują kiedy dokładnie to samo czynią prywatni przedsiębiorcy. Podobnie rzecz ma się z monopolami, a jak słusznie akurat spostrzegł Thiel ''konkurencja jest dla przegrywów'', stąd żaden porządny kapitalista nigdy nie będzie podchodził serio do wypocin nieudacznych ''misesologów''. Tak czy owak Trump mając równie odrażających protektorów nie zasługuje, by prawica także w Polsce traktowała go wciąż niczym jakowegoś ''mesjasza''. Owszem, należy i tu lobbować w swym interesie, o czym dobrze wiedzą Ukraińcy starający się oddziaływać na o ileż mniej im przychylne niż Demokraci stronnictwo MAGA, szczególnie przez swych ''homofobicznych'' pastorów typu Rusłana Kucharczuka. Niemniej radziłbym przestać jak dotąd wiązać ślepo wszystkie nadzieje z Trumpem, za to myśleć o urządzeniu się w przypadku zwycięstwa Harris, a wbrew pozorom nie stanowi ono aż tak beznadziejnej dla polskiej socprawicy perspektywy, com opisał niedawno na drugim ''antyblogu''.

ps.

Zaskoczyła mnie wpierw indolencja tej części jankeskiego ''deep state'', która wspiera Trumpa, że dopuściła aby jego protegowanym na gubernatora Karoliny Północnej został niewydarzeniec wypisujący na porno stronach dla Murzynów, iż jest ''czarnym nazistą'' i wali konia pod transów:). Rychło wszak przypomniałem sobie, że reprezentują je takie persony co Thiel czy Musk i przestało już to dziwić...

niedziela, 21 lipca 2024

Szabesgoje MAGA.

Żydy na Kremlu zapewne otwierały szampana świętując obiór przez Trumpa na swego wiceprezydenta ''DJ'' Vance'a. Bowiem reprezentuje on tych stronników byłego, a być może też i przyszłego przywódcy USA, których hasło winno brzmieć nie ''America'' co raczej ''Israel first!''. Niestety głównie kosztem Ukrainy, gdyż jego ''realizm'' polityczny, podobnie jak u Warzechy błyskawicznie ulatnia się, o ile rzecz poczyna tyczyć żydowskiego państwa okupującego Palestynę. Budzi to mesjanistyczne demony zalegające ''syjonofilom'' we łbach, a przy okazji obnaża też ich hipokryzję i podwójne standardy. DJ Vance zarzuca bowiem Ukrainie, że jest skorumpowanym krajem - owszem, nikt temu nie przeczy, ale wielbiony przezeń Izrael to niby nie? Trudno zresztą, by żydowskie państwo nie było ufundowane na geszefcie, stąd włada nim znany polityczny aferzysta Bibi Netanjachuj i jego ''koszer nostra'' judeoczarnosecińców. Podobnie rzecz się ma z podnoszoną przez Vance'a jakoby ''nierozstrzygalnością'' i ''ślepym zaułkiem'' w jaki miała zabrnąć wojna na Ukrainie. Obiekcje te zanikają wszakże u niego w przypadku Izraela, który nawet jeśli dokona czystki etnicznej w strefie Gazy i tak nie rozwiąże żadnego ze swych zasadniczych problemów, gdyż sam jest ich źródłem! Braknie Hamasu to będzie Hezbollah, albo Iran czy insze judeożercze bojówki islamistów, więc niby jak zapewnić w takich warunkach trwały pokój na Bliskim Wschodzie - obracając go w perzynę? Nazywając rzecz po imieniu: żydowskie państwo to jeden wielki kolec w arabskiej dupie [ i ogólnie muzułmańskiej ], stąd zawsze będzie ją uwierał póty go się zeń nie usunie, oby humanitarnym sposobem. ''Porozumienia abrahamowe'', jakie daje za przykład Vance tylko zmotywowały przywództwo Hamasu, by aktem zbiorowego mordu dowieść Izraelowi, oraz sąsiadującym z nim krajom islamskim, że ''nic o nas bez nas''. Dla owych terrorystów zaś nie miało znaczenia, iż dostaną za to srogi odwet, gdyż podsyci on jedynie wewnątrzsemicką nienawiść między Żydami i Arabami, która jest im na rękę. Tymczasem o ile wedle Vence'a Stany Zjednoczone nie są w stanie jakoby zabezpieczyć militarnych potrzeb walczącej Ukrainy, już Izraelowi na jego ''wojnę'' z Hamasem winny dawać broni ile tylko wlezie, bez limitu. Dzięki kabale zapewne ''niewydolny'' dotąd przemysł zbrojeniowy USA okazuje się może produkować wystarczającą ilość amunicji itp., bowiem w optyce fanatycznych trumpistów wszystko ulega cudownemu rozmnożeniu, kiedy tylko rzecz przestaje tyczyć Europy Wschodniej, a poczyna ''Ziemi Obiecanej''. Pomijam już, co to za dziwna ''strategia negocjacyjna'' z Rosją polegająca na demonstrowaniu własnej słabości, rzekomym braku środków by na niej cokolwiek wymusić. Rad bym stąd wiedzieć, jakim to sposobem szabesgoje MAGA chcą przemóc Chiny, jeśli porzucą Kijów na pastwę Moskwy, a to będzie oznaczał ''pokój'' na warunkach Puterasty, kto im po tym da wiarę w Azji na czele z Tajwanem? Państwa Dalekiego Wschodu uważnie przypatrują się wojnie na Ukrainie, traktując ją jako test wsparcia udzielanego przez Zachód pod przewodnictwem USA, póty co zaś wygląda ono tak sobie i to oględnie zowiąc. Dlatego premier Japonii podczas wizyty dyplomatycznej zaklinał w Kongresie takich szabesgojów co Vance, aby opamiętali się i zaprzestali blokowania wsparcia dla Kijowa - acz nie mają oni nic przeciwko marnowaniu miliardów z amerykańskiego budżetu łożąc na geszefciarskie państewko w Palestynie!

Ślepa syjonofilia twardogłowych stronników Trumpa uniemożliwia im przezwyciężenie Chin również dlatego, że będzie ono wymagało blokady strategicznie ważnej, kluczowej właściwie cieśniny Malakka. Prawdziwej ''bramy na świat'' dla chińskiego handlu, nad którą kontrolę obok Singapuru sprawują, tak się akurat składa, głównie dwa muzułmańskie państwa regionu, Malezja wraz z Indonezją. Ostatnia posiada najliczniejszą na świecie populację wyznawców islamu, gorąco wspierającą wraz ze swym politycznym przywództwem sprawę palestyńską. Dla zamanifestowania tego w stolicy kraju Dżakarcie odbywały się gigantyczne wiece, z udziałem jeśli nie milionowych, to na pewno idących w setki tysięcy rzesz tamtejszych muzułmanów, do których przyłączali się nawet miejscowi katolicy i buddyści. Podobne miały miejsce w innych rejonach Indonezji, tak samo było w sąsiedniej Malezji, ciekawym stąd jak w takich warunkach DJ Vance i jemu pokrewni trumpowi szabesgoje wyobrażają sobie triumf nad Pekinem ze swym proizraelskim pierdolcem? Tym bardziej, iż w całym regionie działa potężna chińska diaspora odgrywająca rolę ''Żydów Dalekiego Wschodu'', dominująca nadal w sektorze finansów i handlu. Acz nie można jej utożsamiać do końca z poparciem dla postkomunistycznego reżimu w Pekinie, niemniej będzie miał on dzięki temu narzędzie wpływu, choć jak widać z powyższego bez większego wysiłku osiągnie zamierzony efekt antyamerykańskiej dywersji. O ile same władze USA w tym nie pomogą swym proizraelskim zaślepieniem, jeśli rządy nad krajem obejmą ''syjonofile'' podobni Vance'owi. Skądinąd owe wiece poparcia dla Palestyny na Dalekim Wschodzie doskonale okazują nędzę ''biedarealizmu'', bo niby jakim to ''geopolitycznym interesem'' Indonezji można je objaśnić? Bliźniaczy fanatyzm religijny, tylko wobec Izraela, żywią amerykańscy szabesgoje, nie mają stąd prawa zarzucać swym przeciwnikom ''zaślepienia ideologicznego'', gdyż sami nim grzeszą o jedynie innym wektorze. Trudno bowiem o jakikolwiek racjonalny powód, by USA angażowały się militarnie jak dotychczas po stronie żydowskiego państwa, a już na pewno nie kosztem Ukrainy! Nie dziwota stąd, że obserwując burdel panujący za oceanem, władze w Kijowie poczęły czynić pojednawcze gesty pod adresem Pekinu, by ten objął rolę mediatora z Rosją, skoro wsparcie Zachodu jest tak chwiejne. Nie oznacza to oczywiście zaraz przyjęcia przez Zełeńskiego ''jarłyku'' od głównego rywala Ameryki, a jedynie próbę jak sądzę prowadzenia bardziej zrównoważonej niż dotąd polityki zagranicznej. Zresztą Kijów tradycyjnie ciąży ku mocarstwom Południa - przecie pierwszym wyborem strategicznym Chmielnickiego nie była wcale carska Rosja, lecz krymska orda i osmańska Turcja! Ostatniej bowiem podlegał grecki Fanar, prawosławny patriarchat w opanowanym przez muzułmanów Konstantynopolu, z jakim cywilizacyjnie związane było na dobre i złe ówczesne Zadnieprze. Ukraińscy nacjonaliści, z których wielu niestety przybrało pozę jakoby obrońców ''przedmurza Okcydentu'', nie chcą pamiętać najwidoczniej, iż czczona przez nich Ruś Halicka stanowiła integralną część ''Pax Mongolica'', nawet jeśli pozostającą w znacznie luźniejszej relacji lennej z chanami co Moskale. Dziś więc do rangi symbolu urasta, że jeden z pierwszych kontenerowców, jakie wpłynęły do portu w Odessie po zdjęciu rosyjskiej blokady pogromem Floty Czarnomorskiej, przybył tam bezpośrednio z Chin...

Nie może być inaczej w obliczu coraz bardziej chaotycznej postpolityki uprawianej przez USA. Zwłaszcza  razi nieudolność Bidena i jego ekipy w radzeniu sobie ze zbrojną agresją Rosji, tudzież dwuznaczna co najmniej postawa obozu Trumpa wobec reżimu Puterasty. Z jakim łączą ich ''syjonolubne'' zapatrywania, bowiem Kreml mimo oficjalnego wsparcia dla ''powstańców'' ze strefy Gazy, oraz kumania się z Iranem aresztował niedawno promuzułmańską działaczkę Nadieżdę Keworkową, zatrzymaną onegdaj przez Izrael za udział w pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. ''Judeorosy'' poczęły także prace nad zakazem noszenia hidżabu przez muzułmanki w miejscach publicznych, wysługując w tym celu rosyjskimi komunistami, jacy wystąpili z inicjatywą jeszcze w kwietniu. Następnie przejęła ją od nich partia ''Nowi ludzie'' - coś pomiędzy odpowiednikiem naszej Kucfederacji a Trzecią Nogą, generalnie libki podporządkowane Kremlowi. Podeszli do tego sprytniej niż komuchy, spychając odpowiedzialność za egzekwowanie zakazu z rządu na władze regionów kraju i miast, oraz rady uczelniane i szkolne. Póty co projekt jest procedowany dopiero, ale sam fakt postawienia sprawy znamienny, jako reakcja na gwałtownie postępującą ''[afro]eurazjatyzację'' Rosji zalewanej rzeszami migrantów już nie tylko jak dotąd z muzułmańskiej Azji Centralnej, ale nawet Afganistanu i czarnej Afryki. Czemu stoi na drodze pokraczny sojusz rosyjskiego żydostwa i neoczarnosecińców, jednako obawiających się islamu i chińskiej dominacji. Acz ów proces wiele Polsce nie przyniesie dopóki Moskowię dusić będzie mafijna ośmiornica z Petersburga, politycznie i finansowo powiązana z europejskim Okcydentem, a nade wszystko Niemcami. Na korzyść nam trzeba by przeniesienia tamtejszych ośrodków władzy za Ural i na Powołże, gdyż ''póty Rosja w Europie nie masz Rzeczpospolitej''. Tymczasem zachodnioeuropejskie elity nie skrywają już zbytnio swej gorącej chęci zrzucenia ''jankeskiego jarzma''. Dlatego zapewne wskrzesiły z martwych posowiecki przemysł zbrojeniowy, co prowadzi do szokującego dla okcydentalistów wniosku, iż Rosja w zmowie z krajami ''starej UE'' pragnie wyrugować Amerykanów z Europy, gdyż panicznie obawiają się one pogrążenia przez konfrontację z Chinami w jaką usiłuje zaprząc je Waszyngton. Kacapia może produkować masowo rakiety, jak ta co uderzyła w kijowską onkologię dziecięcą, wyłącznie dzięki zachodnioeuropejskim koncernom, a nie z Azji czy Ameryki. Trudno wierzyć, by rząd Scholza nie miał pojęcia o zaangażowaniu Siemensa w ów zbrodniczy proceder, rzecz tyczy militarnych technologii posiadających strategiczne znaczenie [ równie dobrze można dawać wiarę niemieckim bredniom, jakoby Nord Stream był ''prywatną inicjatywą'' ]. Mimo to ukraińskie władze uporczywie ignorują powyższe fakty, skupiając się na zawartych w rosyjskich rakietach procesorach głównie amerykańskiej produkcji, zapewne by wywierać presję na Waszyngton. 

Nie mam pojęcia czemu władcze elity USA dają sobą pogrywać ''unijczykom'', miotając pomiędzy żałosnym postobamowo-bidenowskim ''reseciarstwem'', a jawnym filokremlowskim pierdolcem trumpowej MAGA. Bartosiakowe gadki o ich ''odchodzeniu na Pacyfik'' można se darować, gdyż właśnie ze względu na Chiny Stany Zjednoczone nie mogą odpuścić Europy, szczególnie północnej. Bowiem idzie o to, by ''czerwona orda'' z Pekinu nie rozpychała się w strategicznie ważnej dla USA arktycznej Hiperborei, za pośrednictwem ubezwłasnowolnionej przez nią Rosji. Co by tłumaczyło, acz nie usprawiedliwia, zjednoczony front prokacapskich zjebów wśród amerykańskiego establiszmętu, od ''syjonolubnego'' prawaka Jordana Petersona po ''izraelofobicznego'' lewaka Finkelsteina, obaj są przecież jego ''antysystemowymi'' członkami - jak w swoim czasie ''guru kontrkultury'' Timothy Leary. Nawet jeśli tak jest, niestety odbywa się kosztem Polski, oraz innych krajów regionu, choć ciekawie w owym kontekście wygląda wojna na Ukrainie. Z jakiej nie da się patrząc trzeźwo zrobić ''bastionu Zachodu'', czy inszej ''wysuniętej na wschód kasztelanii'' o jakiej roi ''niedoktorant'' Bartosiak, z podanych wyżej powodów. W ogóle USA nieustannie cisnąc na militaryzację ''starej UE'' nie dostrzegają jakby, że zwiększyłoby to jej ''autonomię strategiczną'' względem Waszyngtonu, kładąc podwaliny pod ''Eurosję'' [ pomijam czy Berlin i Paryż w ogóle są do tego zdolne, gdyż wygląda na szczęście, że bynajmniej i stąd pewnie uzbroiły Moskali, by odgrywali za nich ''czarnego luda'' ]. Zarazem staje się przez to zrozumiała awersja Trumpa do NATO, bo po jaką cholerę Amerykanom tacy ''sojusznicy'', co wzbraniają się pójść wraz z nimi na konfrontację z Chinami? Acz chyba jedynie owa niechęć Niemiec czy Francji do ''decouplingu'' ratuje przed powstaniem syjonofilskiej ''osi zła'': [anty]amerykańska MAGA-Netanjachuj-Puterasta. Przypominam bowiem, że Izrael i Rosję łączy wspólnota interesów, oba kraje przecież korzystają z renty dziejowej po Hitlerze, jednako zbijając na niej swój kapitał polityczny. Pierwszy na tzw. ''Holocaust Industry'', drugi zaś wprost opętańczym kulcie ''pabiedy''. Dlatego Netanjachuj tak właził w tyłek Puteraście min. uczestnicząc wraz z nim w specjalnym przedpremierowym pokazie na Kremlu kłamliwego filmidła, obwiniającego polskich chłopów o jakoby mordy na żydowskich uciekinierach z obozu koncentracyjnego w Sobiborze [ o, nie zapomnę wam tego skurwysyny! ]. Co w owej sytuacji pociesza, iż jak celnie zauważył Fox wiceprezydent nie ma zwykle większego wpływu na politykę w USA, za wyjątkiem nadzwyczajnych sytuacji typu śmierci F. D. Roosevelta podczas wojny, czy zamachu na Kennedy'ego. Oby więc obranie kandydatury DJ Vance'a na to stanowisko było ze strony Trumpa pacyfikacją użytecznych mu skądinąd oszołomów, bez żadnych istotnych koncesji na ich rzecz. Inaczej w przypadku wyborczego zwycięstwa szabesgoje MAGA będą musieli zdecydować się co jest dla nich ważniejsze: mocna chęć dokopania Chinom, wszak bez udziału ''Eu-Rosji'', czy też ich ślepe uwielbienie dla Izraela, bowiem pogodzić tego ze sobą - nie sposób!

ps.

Z doopy, ale trudno przejść wobec owego faktu obojętnie: otóż na Ukrainie zginęła w zamachu komsomolska banderystka Iryna Farion. Na jej przykładzie jasno widać, że nie opłaca się być ''ruską kurwą'', gdyż babsko zajmowało się prowokacjami służącymi Moskwie, która najwidoczniej uznała, iż bardziej jej się przyda martwy agent niż żywy. Śmierć owej starej ''chwojdy'' może bowiem podsycić konflikty w środowisku ukraińskich nacjonałów, zwłaszcza jeśli idzie o żołnierzy ''Azowa'' do jakich Farion dopieprzała się za mówienie po rosyjsku. Sama jednak namawiała do nauki tego języka zagranicznych studentów, kiedy za późnego ZSRR robiła za komuszą aktywistkę. Nie ma więc po kim płakać, acz bynajmniej oznacza to pochwałę politycznego mordu, gdyż Farion powinna była siedzieć w więzieniu dla własnego dobra, a nade wszystko samej Ukrainy. Bezpiecznie tam chroniona przed ''seryjnymi samobójcami'', bez możliwości zatruwania swym jadem przestrzeni publicznej kraju podżeganiem rodaków do wzajemnej nienawiści w interesie Kremla, jaki najpewniej kazał ją zlikwidować... Nie chciałbym jednakże, aby z lektury mego tekstu powstało fałszywe wrażenie o jakoby rychłym ''upadku USA''. Bynajmniej, mają się one całkiem dobrze wbrew pozorom, co można obaczyć w całej krasie na wideoblogu pewnej hożej dziewuchy z amerykańskiego Midwestu. Zwraca tam uwagę bardzo ciekawy zabieg operatorski, pozwalający skupić się na tym co najważniejsze - mam rzecz jasna na myśli sam GOŁY przekaz refleksji owej pani. Posiadającej również profil na OnlyFans, jak przystało na przedstawicielkę ''tradycyjnej'' farmerskiej Ameryki, czego z oczywistych względów nie zalinkuję w tym miejscu, ale dla chętnego znalezienie go nie będzie przedstawiało najmniejszego problemu.