...lewica zresztą też, ale o tem potem. Wypada bowiem zacząć od krajowego obejścia, gdyż bliższa koszula ciału. Miarą upadku PiS jest, iż dopiero na piąty, tak naprawdę zaś już dwunasty rok wojny w sąsiednim kraju zabiera się za ukraińskich dezerterów. W dodatku głupio, wyjątkowo zgadzam się z opinią Ksysia na ów temat, najbardziej jednak niepokoi brak wzmianki o Ukrainkach, również uchylających się od wojskowej obrony swego państwa. Znowu fatalnie daje znać o sobie starokawalerstwo Kaczyńskiego, bo żywi on zdecydowanie zbyt czołobitne podejście do kobiet jak na rzekomego pederastę. Pora by zaś wreszcie położyć kres polskiemu białorycerstwu wobec ''dam'', w rzeczywistości przeważnie wulgarnych baboli. Wszakże remedium na agresję feminazistek nie stanowi chamstwo alfonsa Tate'a, lecz konsekwentne egzekwowanie równouprawnienia płci. Kobiety wraz z nabywaniem praw należnych dotąd mężczyznom powinny również przejmować ciążące na nich obowiązki, takie jak właśnie służba wojskowa, a przynajmniej móc wdrażać się w rzemiosło wojenne doświadczając związanego z tym ryzyka kalectwa czy nawet śmierci. Zresztą sprawa i tak jest przesądzona, o czym świadczy wysoki odsetek Amerykanek wśród żołnierzy poległych na wojnie z Iranem, parytet jest tu nieomal zachowany - i słusznie. Pobór niewątpliwie przydałby się niejakiej Maszy Tunik, ukraińskiej porno gwiazdce występującej pod ''artystycznym'' pseudonimem Mary Bambola. Dekuje się bowiem w Warszawie, skąd ma czelność sabotować mobilizację wojskową jej kraju wtórując Oli Polakowej. Innej cwelebrytce z Ukrainy, tym razem pop-wyjcowi jaki z kokosznikiem na pustym łbie wdzięczył się do rosyjskiej publiki, gdy trwał już zbrojny najazd kacapów na Donbas. Zgroza bierze na myśl ile podobnych dziwek zd-radzieckich jest i w naszej nacji, także męskich... Niewiele wszakże da się zrobić z podobnym ścierwem, póty nie upomną się o nie same ukraińskie władze. Albowiem wbrew temu co pieprzy Bosak, problem z nimi leży w tym właśnie, że nie ustanowiły one wojennej dyktatury, jak należałoby już dawno uczynić. Wprawdzie Zełeński na tle uniopejsów to realny polityk, ale wciąż zbyt wiele w nim demoliberała, bo przecie zdobył władzę z niemal libertariańskim programem gospodarczym, bliźniaczym naszej Kałfederacji, jak na handełesa przystało chciał tylko robić interesy, ale mściwy pokurcz z Kremla mu nie dał. Rodzime prawactwo więc zamiast pajacować z krzyżami wołyńskimi jak Wszechpolacy, powinno żądać od władz Ukrainy, by nie tylko wzięły w cholerę dekujących się u nas swych dezerterów, ale też i dezerterki [ dezerterczynie? ]. Nawet jeśli nie podlegają one tam obowiązkowi służby wojskowej, w takim razie trzeba wywierać presję na kijowski rząd, aby je również nim objął. Nade wszystko samemu dając przykład zaprowadzeniem takowego u siebie, nie mówię o mobilizacji choćby do wsparcia medycznego, bo ma ono już miejsce, lecz pełnoprawnej żołnierce. Werbują kobiety do swych armii nie tylko izraelskie Żydy czy Kurdy, ale nawet czarni Etiopowie, jeśli więc idzie o żeńskie równouprawnienie militarne Polska jest dosłownie sto lat za Murzynami. Inaczej jak hańbą nie sposób tego nazwać w narodzie, który wydał Emilię Plater i wiele podobnych jej dzielnych patriotek. Wycie zaś dupokonserwatystów, jakoby babska wojaczka była ''modernistycznym wymysłem'' dowodzi jedynie, że nie mają oni zielonego pojęcia o tradycji, której jakoby tak bronią. Podobni w tym równie ignoranckim feminazistkom, ujadającym podczas ''czarnych protestów'' o rzekomych ''mrokach średniowiecza'', gdy w owej epoce kobiety miały prawo dochodzić swych racji w walce na śmierć i życie z mężczyznami podczas tzw. ''sądów bożych''. Z kolei w nowożytnych już czasach niemałą rolę w zawojowaniu Ameryki przez Hiszpanię odegrały baby-konkwistadory, takie jak Inés Suárez, pierwsza kobieta uczestnicząca w podboju terytorium obecnego Chile, znana ze swej bezwzględności wobec zwalczanych przez nią Indian, gdyż dosłownie nie brała jeńców. Godną jej następczynią przewyższającą jeszcze w bestialstwie okazała się Catalina de Erauso, transdżenderowa facetka, która po zrzuceniu habitu mniszki pod przybranym męskim imieniem i w takimże przebraniu odznaczyła się w zaciekłych bojach z zamieszkującymi owe ziemie Araukanami. Indiańskimi plemionami, jakie napsuły mnóstwo krwi Hiszpanom, gdyż przejmowały zmyślnie sposoby walki konkwistadorów, nauczywszy się posługiwać bronią palną wraz z jazdą konną. Nie wspominając już o Rosji, gdzie tyranię Piotra I kontynuowały niemal przez całe XVIII stulecie despotyczne i wojownicze megiery: caryce Anna, Elżbieta i Katarzyna, tyle może jeśli idzie o rzekomo ''humanizujący wpływ'' rządów kobiet. Należy przestać traktować je niczym duże dzieci, za których spierdolenie odpowiadać mają jakoby mężczyźni, co nagminnie czynią wykastrowani mentalnie dupokonserwatyści. Żadnej też alternatywy nie stanowią tu stulejarze spod znaku Fuentesa czy Tate'a, z ich pedalską mizoginią postulującą odebranie kobietom wszelkich praw, kiedy rzecz polega na czymś zgoła przeciwnym - konsekwentnym ich egzekwowaniu aż do samego końca, bywa dosłownie w żołnierskiej mogile... Wszakże taka winna być cena traktowanej serio emancypacji.
Poświęcam tyle miejsca ''kwestii kobiecej'', gdyż podejście do niej ogniskuje w sobie bezradność prawicy wobec wyzwań współczesności, nie tylko polskiej zresztą. Podobnie sprawy mają się z Ukraińcami, uderza wprost bezczelność z jaką przeobuli się co do nich nie tylko obecni wciąż lub byli PiSowcy, jak Morawiecki gromko potępiający teraz własną politykę sprzed ledwie paru laty, ale i taki zajadły ''chachłożerca'' co Grzegorz Braun. Z dekadę temu posuwając się do korwinowego zaprzaństwa deklaracjami, że nie ma nic przeciw wykupieniu przez Ukraińców z połowy Przemyśla i ćwierci krakowskiego Rynku! Memcen z kolei chwalił ich wówczas za chęć do pracy w przeciwieństwie do leniwych dlań Polaków, oczywiście za niskie wtedy stawki, wygodne dla takich ''januszexów'' co on. Bosakowi zaś kult Bandery nie przeszkadzał we współpracy z ukraińskimi nacjonalistami na bazie ''chrześcijańskich'' i ''konserwatywnych'' wartości. Wreszcie sam Karol Nawrocki jeszcze jako szef IPN słusznie twierdził, iż Ukraińcy mają prawo czcić swych ''herojów'', jakimi to nie w smak by oni nam byli, bo my Polacy nie będziemy dyktować niczym kacapy [ albo izraelskie Żydy ] innym nacjom ''prawidłową'' wedle tamtych historię. Przeto sprawiedliwą dlań karą za jej instrumentalne traktowanie jawi się fatalne przejęzyczenie o rzekomo polskich ''obrońcach'' Monte Cassino, w mowie wygłoszonej podczas niedawnej defilady wojsk RP. Przykro to rzec, ale ukraińscy migranci stali się dla naszej prawicy odpowiednikiem ''hołoty od pińcset'' i ''madek na socjalu'' zwolenników PO. Co stanowi objaw głębszej patologii, gdyż Polacy nikną w oczach jako naród, zamieniając w stado ogłupiałych z samotności zgorzknialców, którzy obwiniają za ów stan rzeczy innych, kimkolwiek by oni nie byli i skąd pochodzili. Niemniej gwoli uczciwości przyznać należy, iż rzetelnie traktowane dzieje każą zachować rezerwę wobec Ukraińców, bo jeśli ktoś ich już ''wydumał'' jako nację to sami Rosjanie wściekle zwalczający problemy, które sobie nieustannie tworzą. Przecież pierwszych ''ukrainofilów'' z poł. XIX stulecia, takich jak Mykoła Kostomarow czy Pantelejmon Kulisz, popularyzowali ówcześni rosyjscy ''słowianofile'' pokroju Michaiła Pogodina, na łamach redagowanych przez nich periodyków literackich, czy społeczno-politycznych. ''Kobziarz'' Szewczenki, tom wierszy po ukraińsku mający tam status dzieła kanonicznego, coś jak nasz ''Pan Tadeusz'' czy ''Dziady'', wyszedł w Petersburgu za przyzwoleniem carskiej cenzury, która miała zastrzeżenia jedynie do zawartych w nich drastycznych jak na tamtą epokę kwestii obyczajowych. Bo też i ów wieszcz Ukraińców był wykładowcą, podobnie co rzeczony już Kostomarow, uniwersytetu w Kijowie otwartego z wielką pompą tuż po upadku Powstania Listopadowego przez carat. W jego zamyśle służąc do rusyfikacji tejże ''matki grodów ruskich'', która jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku była faktycznie polskim miastem! Polacy stanowili wtedy jego elitę intelektualną i polityczną, acz z czasem niemałą jej cześć ogarnęły modne w owej epoce ruchy ''ludomańskie'', każąc przejść na ''ukraiństwo'' - i tak oto polski szlachcic Włodzimierz Antonowicz ostał się ukraińskim działaczem niepodległościowym Wołodymyrem Antonowyczem. Wszakże choć Ukraińcy jako nacja pojawili się dopiero gdzieś ok. połowy XIX stulecia, nie znaczy to że wcześniej nie byli ruskim wprawdzie, lecz odrębnym od Moskali etnosem, co oni sami jak widać uznawali innym tylko mianem ich określając. Konkretnie zaś Małorusami, takowym zwał się Anatolij Sawenko przewodzący największemu przed I wojną klubowi ruskich nacjonalistów w Kijowie, późniejszy jego faktyczny wielkorządca po zajęciu miasta przez ''białą armię'' Denikina. Do dziś zresztą tak nazywają siebie prorosyjscy Ukraińcy, choćby jeden z najbliższych współpracowników Girkina znany jako ''Maksym Kałasznikow'' [ pseudo godne jego spierdolenia ]. Tak więc my Polacy mamy wielkie szczęście, iż Wielko- i Małorusy zajmują się teraz sobą, a nie wspólnie nami jak to w przeszłości bywało. Rodacy wszak jakoś nie świętują z tegoż powodu, szczególnie rodzime prawaki przypominające obrażone na rzeczywistość durne cipy, dla których mężczyzna poniżej metr osiemdziesiąt jest podczłowiekiem. Powtórzę: nie sposób szanować lidera formacji, jaki krajowi pogrążonemu w wojnie zarzuca, iż jest rzekomo wojenną dyktaturą i to w sytuacji, gdy należałoby wprost domagać się odeń ustanowienia wreszcie ''kijowskiej junty''! Podejście Polski do Ukrainy to samozaoranie w czystej postaci, zwłaszcza naszej prawicy, jaka potrafi tylko gardłować o Wołyniu, który nawiasem jeszcze przed I wojną był bastionem ''czarnej sotni'' pełnym zajadle prorosyjskich Małorusów. Żadnym wytłumaczeniem jest tu ''zmiana opinii publicznej'', pół biedy bowiem, gdy politycy cynicznie grają emocjami tłumów, najgorsze kiedy sami poczynają im ulegać i to na użytek obcych potencji. Nie mam przez to na myśli jedynie Niemiec i Rosji, bo ''gównoaferę o [d]UPA'' od początku dla mnie czuć było jankeskim swądem, a tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że był to element amerykańskiej kampanii nacisku na władze w Kijowie. Oto bowiem dziwnym trafem zbiegła się z próbą sił na samej Ukrainie między jej ówczesnym ministrem obrony Fedorowem, oraz dowodzącym wtedy armią Syrskim.
Zełeński z początku stanął w owym sporze po stronie swego generała, najzupełniej słusznie, gdyż nawet Fedorow musiał przyznać, że to zasługą Syrskiego są największe triumfy ukraińskiego oręża w obecnej wojnie z Rosją. Mowa o istnej rzezi kacapów pod Kijowem [ nie było stąd żadnego ''gestu dobrej woli'' o jakim łgał Putin ], spektakularnym popędzeniu ich spod Charkowa, wreszcie odzyskaniu po ciężkich bojach Chersonia. Natomiast fiasko kontrofensywy na południu kraju obciąża już Załużnego, acz przyszło mu jeno minimalizować straty chroniąc Ukrainę przed niemal pewną klęską, do jakiej wówczas popychali ją ''sojusznicy'', nade wszystko Ameryka Bidena i Niemcy. Syrski był tak groźnym wrogiem dla Rosji właśnie dlatego, że to żaden ''banderowiec'' a wychowanek radzieckiego odpowiednika West Point, elitarnej akademii wojskowej pod Moskwą. Nigdy bowiem dość przypominać, iż Rosjanie w swej monstrualnej wprost głupocie uczynili sobie z Ukraińców możliwie najgorszego im przeciwnika, gdyż tak bardzo do nich podobnego! Rodzice Syrskiego i jego brat żyją w Rosji, kogo zaś to dziwi przypomnę, że generał dowodzący wojskami USA, jakie wespół z Sowietami rozgromiły hitlerowskie Niemcy, zwał się Eisenhower i sam miał niemieckie pochodzenie, jak zresztą do dziś większość Amerykanów. Przeto oczywiste, że stojąc przed takowym wyborem ukraiński przywódca zdymisjonował wpierw Fedorowa, ale wówczas w jego obronie wyszło na ulice naszczute soszialami kartonowe grantożerstwo, ichni odpowiednik ''wykształceńców'' z dużych miast. Rosjanie nie skorzystali z jedynej bodaj okazji, aby w rozpętanej przez nich wojnie zrobić wreszcie coś użytecznego rozpirzając owo towarzystwo dronami i rakietami. Bo też było im to na rękę, acz nie oni robili tu za prowodyrów, gdyż Fedorow jest pupilem amerykańskich techoligarchów stojących również za Vancem. Co tłumaczy czemuż amerykański wiceprezydent, dumny z upierdalania wsparcia zbrojnego dla Ukrainy, nagle zdobył się na parę ciepłych słów pod adresem jej władz, ewidentnie w interesie swych mocodawców. Znamienne, że dopiero wraz z nominacją Fedorowa decyzją Muska, tak naprawdę zaś stojącego za nim Pentagonu i jankeskich specsłużb, rosyjskie wojska zostały pozbawione dostępu do Starlinka. Dotąd bowiem mogły one bić po ukraińskich tyłach irańskimi dronami z chińskimi komponentami, ale za to naprowadzanymi amerykańskim zwiadem satelitarnym. Nie tylko bowiem Chiny prowadzą w owej wojnie podwójną grę, dostarczając obu walczącym stronom uposażenie do produkcji dronów, wraz z innym strategicznym wsparciem. USA podobnie, przywoływałem choćby tutaj raport brytyjskiego RUSI z którego wynikało, że Rosjanie modernizują swe systemy radarowe dzięki amerykańskim komponentom. Owszem, przemycanych drogą przez Chiny, ale pochodzącym ze Stanów, mowa o specjalistycznej produkcji, jakiej nie sprowadzisz przez Alibabę czy Amazon, stąd Jankesy muszą wiedzieć gdzie ona trafia i czemu służy. Fedorow cieszy się też względami Alexa Karpa z militarno-szpiegowskiego ''Palantira'', skądinąd afrożydowskiego mieszańca rasowego, bo jak widać jego ojciec gudłaj mógł się przemóc do Murzynki. Na pewno więc poszło o podział gigantycznych pieniędzy na ukraińskie zbrojenia, ile komu się z nich dostanie i w co one pójdą. Bowiem zarzut Fedorowa pod adresem Syrskiego brzmiał, jakoby nie docenia on roli dronów na współczesnym polu boju. Sęk jedynie w tym, iż to dzięki jego protekcji słynny już ''Madziar'', gdyż Węgier z Zakarpacia, został dowódcą wojsk dronowych Ukrainy, pierwszej bodaj takowej formacji spośród armii świata. Tyle że jak słusznie w odpowiedzi przypomniał Syrski, by drony mogły efektywnie zwalczać przeciwnika konieczne jest im wsparcie bardziej tradycyjnych rodzajów broni, jak choćby ciężka artyleria niszcząca umocnienia w terenie, wystawiając przez to rusactwo na odstrzał. Czołg nadal ma sens na współczesnym polu boju, wszakże w łączności z dronem i zwiadem satelitarnym, bo bez tego faktycznie to jeno pancerna trumna i kupa drogiego złomu, jaka zgorzeje niechybnie ze szczętem. Zresztą z Fedorowa taki stronnik dronów, że uwalał mocno kontrakty na ich produkcję firmie ''Fire Point'', jakiej pomysłowe wytwory biją teraz po głębokich tyłach w Rosji aż miło. Ponoć dlatego, że ów producent ma być związany blisko interesami z otoczeniem Zełeńskiego, a przypomnę wszczęła przeciw temuż ''Fire Pointowi'' postępowanie ukraińska ''antykorupcyjna bezpieka'' NABU pod faktyczną kontrolą FBI. Podobnie jak i byłej ''szarej eminencji'' rzekomo ''kijowskiego reżimu'' Jermakowi, nakładając nań nawet tymczasowy areszt. Za to ''antykorupcyjny'' sąd na Ukrainie prowadzi sprawę zdymisjonowanej już ambasadorki w USA, nominatki Zełeńskiego. Nie trzeba tu więc bawić się w jakowąś ''konspirologię'' mozolnie ''łącząc kropki'', wystarczy jedynie zestawić niniejsze fakty, by znaleźć w nich narzucającą się wręcz prawidłowość opisywanych zdarzeń.
Pod takowym naciskiem Amerykanów ukraiński przywódca musiał więc ustąpić dymisjonując z kolei Syrskiego, ale co znamienne nie przywróciwszy Fedorowa na stanowisko ministra obrony narodowej. Wybrał stąd salomonowe wyjście zgodnie z mądrością jego żydowskich przodków, ale też z właściwą im chytrością najwidoczniej wykorzystał rozdźwięk w obozie syjonistów, narastający na tle oczywistego już fiaska wojny z Iranem, przynajmniej jej obecnego etapu. Bowiem frakcja Vance'a pożarła się tu z władzami Zesraela, przeto ich medialne kurwy pokroju Laury Doomer czy Tima Poola, nawołujące dotąd wprost do zagłady Ukrainy, nagle poczęły dziwnie wychwalać ją pod niebiosa. Tym należy tłumaczyć głośny kapiszon, jakim na szczęście okazał się ukraiński atak na irański statek przewożący Morzem Kaspijskim broń dla Rosjan. Bowiem przystąpienie do wojny z Iranem w interesie Izraela byłoby ze strony Ukrainy wprost katastrofalnym rozwiązaniem, sam też potępiałem prosyjonistyczne skrzywienie jej mediów na drugim kontrblogu, ale osobliwie głównie ze strony opozycyjnych względem Zełeńskiego. Nade wszystko z neobanderowskiego obozu Poroszenki, najwidoczniej powielającego sojusz zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej skrajnej prawicy z Izraelem. Kogo dziwi, iż Zełeński choć sam Żyd dystansuje się wobec tego nie ma przeto pojęcia, że idzie tu o nację handlową, której przedstawiciele owszem popierają się, ale dopóty tylko im się rzecz opłaca, inaczej porzucą wspólników bez skrupułów, co zresztą mają usankcjonowane w samym Talmudzie. Żydowskie w dużej mierze władze Ukrainy doskonale zdają sobie sprawę, iż jak dopiero co wyszło na jaw kiedy niedawno zmarła ciota Lindsey Graham cisnął na przekazanie jej baterii ''Patriot'', transakcję zablokował osobiście Satanjahu pod pretekstem, że jakoby tym sposobem mogą dostać się one... Iranowi! Żyd Żydowi Żydem, tak zawsze było, jest i będzie, nie zmienią więc tego powodowane jeno chwilową koniunkturą umizgi zesraelskich dziwek medialnych do Zełeńskiego. Pal je licho, najgorsze ścierwo to gojowscy syjoniści jak Vance, który miał wywierać nacisk na władze Ukrainy, by zaprzestały ataków na rosyjskie statki w Morzu Czarnym i Azowskim, gdyż cierpi na tym i Kazachstan oraz zachodnie koncerny mające tu udział. Wielka szkoda stąd, że polska prawica podąża jego śladem, bo jak raczył się był wyrazić otwarcie już grający nań Sucker Carlson: ''my Amerykanie idziemy na wojnę z Chinami, musimy więc mieć Rosję po swej stronie''. Kremlowcy nie chcą jednak pójść na układ, przeto Trupin zakpił zeń trując mu o Ruryku i Pieczyngach, co Carlson wysłuchiwał z tępą miną, gdyż liczył na farmazony o ''złotym miliardzie'' i globalistach, jakich dyktat obalić miał sojusz ''konserwatystów'' z Ameryki, zachodniej Europy i Rosji. Prawacka wersja ''Wielkiego Okcydentu'' i ''Globalnej Północy'' z rojeń starego Brzezia w jego ''strategicznej wizji''. Bowiem krajowym tumanom należy wbijać nieustannie do zakutych łbów, że Jankes zwyczajnie nie chce, aby Chinol pchał mu się swymi brudnymi żółtymi paluchami w strategiczny dlań rejon arktycznej Hyperborei. Przeto i oficjalna wizyta Vance'a w bazie amerykańskich wojsk na Grenlandii o wdzięcznej nazwie Thule, przemianowanej wprawdzie na Pifittik, czy jak to się zwie w eskimosko/innuickim narzeczu, ale wiadomo o co naprawdę idzie:). Skądinąd zajmującej kluczową pozycję dla ''projekcji siły'' USA w kosmosie, gdzie też rozgrywa się ich główna batalia z Chinami, wszak ów temat omawiałem w tekście na drugim kontrblogu traktującym o ''astropolityce realnej'', stąd nie będę się o nim już tutaj rozpisywał. Poświęcam zaś tyle miejsca wydarzeniom na Ukrainie, gdyż chwiejne podejście do niej polskiej prawicy wyraźnie okazuje, jak bardzo jest ona niesamodzielna i wtórna wobec amerykańskiej, nawet a zwłaszcza ta rzekomo ''prorosyjska''. Czego dowodzi aż nadto spierdolenie współpracownika Ziobry do Nadniestrza, choćby to z jego strony jedynie świadome wprowadzanie tuskowej prokurwatury w błąd, gdy Zbychu dekuje się w USA ciesząc ochroną ponoć samego Trumpa. Pogrążając tym ostatecznie broniący go niepotrzebnie PiS...
Rozpad owej formacji nie dziwi więc ani trochę, skoro dopiero com pisał, że jej stan przypomina zdewastowane operacjami plastycznymi oblicze poseł Krupki, towarzyszącej stąd wiernie prezesowi Kaczyńskiemu w drodze na samo dno. Na jego konflikcie z Morawieckim korzysta zaś ''ten trzeci'', czyli prezydent Nawrocki. Bynajmniej Tusk, jaki owszem jawi się głównym beneficjentem, ale jeno w krótkiej dość perspektywie, bo na dłuższą metę rzecz wygląda dlań już zgoła inaczej. Raz, że choć nie tak posunięty w leciech co Kaczyński, niemniej też wieko od trumny poczyna wystawać mu z tyłka. Tym bardziej, iż ''prezydentura Europy'' mocno go zniszczyła, co widać po jego mocno steranym obliczu było pite w Brukseli i to srodze, inaczej zresztą nie mogło w towarzystwie Junckera. Dwa, że podobnie jak Kaczyński zostawia po sobie wypaloną ziemię tj. brak sukcesorów, bo na pewno nie będzie nim pożal się Borysław, tym bardziej Kopaczowa czy insza ''paprotka'', a Schetyna to już przeszłość. Wreszcie po trzecie i najważniejsze, cios dla prusackiego stronnictwa w Polszcze nadejdzie z nieoczekiwanej strony, ano samego Reichu. O ile tylko władzę nad nim obejmie w końcu AFD, wówczas taki Jacuś Dehnel będzie zmuszony przeobuć się zostając nazi-gejem, albo przyjdzie mu skonfrontować się z niemiłym dlań faktem, że przejebał życie hołdując fałszywym idolom demoliberalizmu, za jakich ostoję robił Berlin. Dopiero przy takowym obrocie spraw trupem PO może pożywić się triumwirat Sławo, Przemo i Krzychu, gdyż Kałfederacji urosło jedynie dzięki rozczarowanemu elektoratowi Trzeciej Nogi, a konkretnie Hujowni. Póty co zaś perspektyw na to żadnych, przeto śmieszy Wipler deklarujący buńczucznie, że jego formacja ma szansę pójść na układy z Platformą - niech se idzie, kuce skończą wówczas jako kolejna jej przystawka partyjna, a co jak co, ale Tusk umie je pożerać! Na gniciu PiS prędzej już skorzystać mogą gównobrauny, ostatecznie z połowa ich wyborców i 2/3 obecnej reprezentacji parlamentarnej to byli stronnicy i działacze partii Kaczyńskiego. Skądinąd warto by mu zadumać się, czemu tylu z nich odnalazło się w towarzystwie autentycznych onucowców, jak Ronald Lachociąg czy Piździerski, a i samego Brauna przecież wylansowały kluby ''Gazety Polskiej'' Ssakiewicza. Niemniej kto miał tam przejść z PiS to już polazł, nie sądzę więc aby doszło tu jeszcze do jakichś znaczących przepływów elektoratu, dla całej reszty zaś jaka nie chce pójść na dno wraz z prezesem Morawiecki faktycznie jawi się jedyną szansą. W życiu nie poprę bankstera, przejebał sobie u mnie zgodą na unijną deformę polskiego sądownictwa, której zawdzięczamy patologię sobiepaństwa Żurków. Wszakże kto trzyma się nadal szyldu krajowej prawicy, a z takich czy innych względów nie widzi siebie w gronie Kałfederatów czy brauniarzy, innej opcji co globalista właściwie dlań nie ma, o ile chce ratować się ucieczką z tonącej krypy, jaką stał PiS. Wszystko to zaś jest objawem generalnej dekompozycji systemu parlamentarnego w Polsce, również na lewicy gdzie mamy do czynienia z konfliktem między Czarzastym a Zanbergiem, tego zaś z Matysiakową, nawet platfusiarstwo trzyma się ledwo tylko na samym Tusku, któremu jako się rzekło nie wiadomo ile jeszcze zostało politycznego żywota. Potencjalnie stwarza to szansę dla realnego wzmocnienia władzy prezydenta RP, jako naczelnika sił zbrojnych i przywódcy państwowego o randze republikańskiego dyktatora. Nie ma więc mowy tu o przejmowaniu rządów przez armię czy tym bardziej specsłużby, lecz pierwotny sens owej funkcji ustanowionej dla ochrony porządku wolnościowego, bynajmniej zaś jego dławienia. Pytanie jednak czy prezydent Nawrocki jest w stanie to udźwignąć, bo po tym co on i jego przydupasy odstawiły niedawno z Ukrainą mam co do tego poważne wątpliwości. Zapewne przyszedł im prikaz z Waszyngtonu, a skoro pan żąda to i sługa musi, najwidoczniej jednak zgrzeszyli przy tym nadgorliwością, tak niestety typową w Polsce. Stawka na Vance'a jeszcze ich zgubi!
Wygląda przeto, iż to Amerykanie szczują nas Polaków z Ukraińcami przeciw sobie, a Rosja na tym jedynie korzysta. Trudno bowiem inaczej, jak dywersją na jej rzecz określić postulat ww. Fedorowa, by przeprowadzić wybory w ogarniętej wojną Ukrainie. Agitując pod ostrzałem nie tylko na froncie, ale i głębokich tyłach akurat, gdy nasilają się nań ataki dronami i rakietami przez Rosjan. Wprowadzając tym podziały i waśń, kiedy potrzebne jest zaprowadzenie dyscypliny jednoczącej naród, dyktowane surowymi wymogami wojny... Farmazony takowe prawi zaś człek ewidentnie na pasku Amerykanów a nie Rosjan, którzy tu jedynie dokładają swoje, pozostaje stąd już tylko zapytać: idiota to czy prowokator? Niechybnie CIA lub coś w podobie zza oceanu znowu próbuje zrobić swym sojusznikom ''prodemokratyczny'' zamach stanu, jak onegdaj czyniło to w Wietnamie Południowym, czy Turcji ledwie dekadę temu. Jankesy prowadząc wybory prezydenckie podczas II wojny nie musiały mierzyć się z lecącymi im na łeb bombami Japończyków albo Niemców, stąd w swej arogancji sądzą najwidoczniej, że innym demokracjom też się tak poszczęściło. Nigdy przeto dość powtarzania, iż ład wolnościowy w realiach konfrontacji zbrojnej ocalić może jedynie dyktatura w jej pierwotnej tj. republikańskiej formie, rzecz jasna dostosowana do obecnej epoki. Żadna tam ''demokracja'', która zazwyczaj wyradza się w ochlokrację, czyli rządy motłochu władanego przez demagogów manipulujących emocjami mas. Co zwłaszcza dziś jest łatwe jak bodaj nigdy, a to dzięki mediom antyspołecznościowym wpływającym niszczycielsko na sferę publiczną, jak zresztą sobie to zadumał pedolibek Thiel. Dowodem owe kartonowe protesty na Ukrainie, czy gejparady tamże z którymi jednako policja nic nie robi, mimo że bezczelnie łamią obostrzenia wojenne, bo rzekoma ''kijowska junta'' tak bardzo obawia się sankcji uniopejsów, gdyby poczęła wreszcie egzekwować prawo własnego kraju, co dawno już należałoby czynić. Podobnie rzecz ma się z położeniem wreszcie kresu jawnej ruskiej agenturze, za jaką służy moskiewskie duposławie, bo wtedy z kolei protesranckie zjeby MAGA, jak prorosyjska w cholerę Anna Paulina Luna, czy syjonofilski do urzygu Brian Mast, zawyliby o rzekomym ''prześladowaniu chrześcijan'' przez ''reżim Zełeńskiego''. Idę o zakład, że wówczas zawtórowaliby im tacy łże-katolicy co Vance a u nas Braun potwierdzając tym samym, iż małpowanie Jankesów, jak czyni to polska chyba jedynie z nazwy prawica, zakrawa wprost na zdradę narodową. Przy tym głupotę polityczną z jej strony, gdyż nie tylko amerykańska, lecz ogólnie zachodniacka prawica cierpi na głęboki rozstrój wewnętrzny. Skutkiem czego są co najmniej cztery różne rozdzierające ją frakcje: najbardziej obmierzła jest proizraelska i zarazem prorosyjska, reprezentowana przez takich, co wielokrotnie tu wyszydzany zjeb Tommy Robinson. Następnie jest prawica prorosyjska i antyizraelska, której rzecznikami stali się Murzyna Owensowa czy rzeczony już Carlson. Z pozoru tylko przeciwstawia się jej proizraelska i antyrosyjska, do jakiej dopiero co dołączyła Laura Loomer, potwór z ''Mar-a-Lago face'' zamiast twarzy. Wreszcie jest najbliższa mi prawica antyizraelska i antyrosyjska zarazem, niestety z przykrością muszę przyznać, iż trzy poprzednie zdają się brać nad nią górę. Przeto gotów byłem, by okazać im środkowy palec, nawet do głosowania na cholernych lewaków, ale na szczęście oni sami uniemożliwiają mi to swym niemożebnym wprost spierdoleniem. Również małpując głupoty swych okcydentalnych towrzyszy i ''queerowych siostrzyc'', jedynie na własną modłę. Prym tam bowiem wiodą takie chuje co Hasan Piker, bez żenady wysławiający ludobójcę Mao, bagatelizując jego masowe zbrodnie jako rzekome ''ekscesy''. Lewactwo wszakże żeruje na kryzysie współczesnego kapitalizmu, prawica stąd musi dysponować jakąś sensowną doń systemową alternatywą, nie zaś klepać wciąż liberalne frazesy ekonomiczne niczym Beniek Szapiro. Brzmiący dosłownie jak Komorowski z jego poronionymi radami typu: ''rusz dupę leniu, znajdź se pracę i jaką babę, a nie narzekaj tylko, boć przecie wszystko jakoby zależy od ciebie!'' itp. rozwolnościowe dyrdymały. Wyjściem zaś z pozornego dylematu ''liberalizm czy socjalizm'' nie jest żadna ''walka ras'' czy tam płci, jak chcą spedalone Fuentesy, a rodzaj fordyzmu 2.0. Z tym wszak zastrzeżeniem, iż nie ma powrotu do czasów New Dealu i ustawodawstwa antymonopolowego w USA, gdyż społeczeństwo i ekonomia są już zupełnie inne niż ponad wiek temu. Niemniej epoka obu Rooseveltów winna służyć za wzorzec kapitalizmu państwowego, którego następne wydanie i tak jest mym zdaniem przesądzone, a to przez kolosalną wprost mobilizację, jakiej wymaga ustanowienie nowego rodzaju hegemonii amerykańskiej. Planetarnej już, bowiem ogarniającej też wokółziemski kosmos, wobec czego służebną jawi się nawet gospodarcza i wojskowa rywalizacja z Chinami.
Tymczasem lewaki pomijają zupełnie fakt, że wzorcowy jakoby dla niektórych z nich rooseveltowski New Deal został ustanowiony w ramach mobilizacji wojennej. Szykującej USA do konfliktu na skalę już świata, wymagając stąd nadzwyczajnego zaangażowania przemysłu, oraz rzesz pracowników i żołnierzy. Mimo to amerykańskie demsocjaluchy chciałyby mieć socjal bez militaryzacji, tak jak z kolei prawactwo w osobie samego Trumpa zbrojenia kosztem rządowych usług społecznych. Nie ma zaś jednego bez drugiego, gdyż państwo opiekuńcze to wojenne zarazem, już teraz służba w armii USA stanowi dla mas Amerykanów obojga płci jedyny sposób na uzyskanie godziwej opieki medycznej czy edukacji, jednym słowem gwarancji socjalnych zapewnianych przez etatyzm. Rzecz jasna można argumentować, iż obecna mobilizacja wojenna nie musi obejmować aż tak szerokich rzesz, stąd i nie ma potrzeby uprawiania w tym stopniu jak onegdaj rzekomo ''socjalistycznego rozdawnictwa''. Wszakże porzucenie neoliberalnego gówna i tak jawi się koniecznym, gdyż Okcydent zaorał się przez globalistyczny outsourcing produkcji. Dzięki czemu zdolny jest wydawać tylko znakomitych designerów, owych ''wykształciuchów'' gotowych projektować złożone produkty, ale już od ich wytwarzania są ''żółtki'' albo ''ciapate''. Potwierdza to Palmer Luckey z ''Andrulila'', najmniej zwichrowany spośród amerykańskich techoligarchów, przyznając iż sam był częścią problemu, kiedy jeszcze szefując ''Oculusowi'' przesiadywał w chińskim Shenzhen. Bowiem jedynie tam mógł liczyć na bezpośrednie przełożenie swych pomysłów w gotowy produkt, wcale przy tym nie idzie o ''tanią siłę roboczą'' nad jaką ślinią się wszystkie libtardy i januszexy, gdyż jej nieprzebrane wydawałoby się zasoby kończą się i w Chinach. Większość procesów zwłaszcza złożonej produkcji została w nich już zautomatyzowana, natomiast dysponują one rzeszami inżynierów i techników zdolnych nastawić odpowiednio ową maszynerię, tudzież ją naprawić jeśli coś się w niej spierdoli. Luckey dowodzi więc, że faktyczna innowacja ma miejsce jedynie dzięki realnej wytwórczości, stąd Okcydent musi przywrócić wartość ludzkiej pracy, bo januszyzm byznesowy jest właściwy półniewolniczym ekonomiom o niskiej stopie zysku, kto chce więcej trzeba mu stąd wyzbyć się rozwolnościowego gospodarczo łajna. Acz pojmuję czemuż taki Beniek Szapiro gardłuje w tym duchu, gdyż pod władaniem Żyda gojom wzbronione będzie poświęcić choć jeden dzień w tygodniu na szabatowy odpoczynek, boć muszą przecie harować na rzecz ''narodu wybranego'', tak głosi ''stary zakon''! Oczywiście jak wszystko na tym padole i kapitalizm państwowy niesie z sobą pewne zagrożenia, gdy jak w Chinach przewagę zyskuje władza kapitał żyje na jej łasce, tutaj kompartii praktykującej swą wersję bolszewickiego NEP-u. Lewactwu warto by też zainteresować się, jak naprawdę wygląda ochrona praw pracowniczych w owym ''socjalistycznym raju'', który tak wychwala Piker i jego przydupasy, odpowiedź bowiem brzmi: fatalnie. Z kolei jeśli kapitaliści są górą, państwo staje się li tylko ''komitetem zarządzającym wspólnymi interesami burżuazji'' wedle formuły samego Marksa, niczym w Ameryce pod nierządem kliki Trumpa. Co prowadzi do ''socjalistycznego rozdawnictwa'' dla bogaczy, dzielących zgodnie między sobą rynek i obdarowywanych hojnie rządowymi kontraktami, ''dziką konkurencję'' za to rezerwując biedniackim przegrywom z dołu społecznej drabiny. Przeto konieczny jest tu niechby chwiejny balans w relacji władzy i kapitału, inaczej wciąż będziemy miotać się między ''akapem'' a ''faszokomunizmem'' i tak w kółko Mileiu. Zmiana obecnego paradygmatu kapitalizmu jest również niezbędna zwłaszcza dla prawicy, gdyż inaczej nie może ona zaradzić realnie inwazji nachodźców, jaka pustoszy teraz szczególnie Europę. Bowiem to nie lewactwo jest jej prowodyrem, pełniąc tu co najwyżej rolę ''pożytecznych idiotów'' wielkiego kapitału, który w jego globalistycznej postaci odpowiada za ów nieszczęsny stan rzeczy. Dlatego liberałowie i syjoniści jak Beniek Szapiro powinni wypierdalać z prawicy, przez takich co oni nie może sama właściwie zdiagnozować przyczyny zwalczanej przez nią plagi. Nie jest to bynajmniej przypadek tylko ultraliberalnej Kałfederacji i podobnych im w tym brauniarzy, jednako gromiących skutki afirmując przyczyny, ale i choćby ''niemieckiej antymigracyjnej prawicy'' z AFD, jakiej przewodzi banksterska lesba żyjąca na co dzień w Szwajcarii z ''ciapatą'' ze Sri lanki... Trudno stąd dziwić się, że sadzi ona farmazony jakoby Hitler miał być komuchem, gdyż ''etatystą'' - w takim razie kim do kurwy nędzy są anarchokomuniści?! Z kolei na Wyspach nabiera popularności równie ''antymigracyjna'' partia Farage'a, w dużej mierze za pieniądze arabskich Emiratów, wespół z jeszcze bardziej radykalnym ''Restore Britain'' pod przywództwem niejakiego Ruperta Lowe'a. Następnego bankstera, jakżeby inaczej, ale tym razem z londyńskiego City, wspieranego przez Muska ziejącego nienawiścią do związków zawodowych, bo wadzą mu one w masowym sprowadzaniu taniej siły roboczej głównie z subkontynentu indyjskiego. Czy potrzeba jeszcze więcej przykładów na dowód, że ludzie stanowiący część problemu z zasady nie mogą być jego rozwiązaniem?
Przeszkadza w tym prawicy trawiący ją do dziś ''wolnorynkizm'', tak jak lewicy z kolei jej ''antyrasizm''. Wyjściem zaś nie jest nawrót ''narodowego socjalizmu'', lecz powtórzmy rodzaj fordyzmu 2.0. w postaci odpowiedniej dla obecnych realiów, innych zupełnie niż przeszło wiek temu epoki Roosevelta. Wydawałoby się stąd, że przynajmniej umiarkowana lewica ''socdemkowa'' mogłaby skorzystać na opisanym tu rozstroju współczesnej prawicy. Nic z tych rzeczy, bowiem chce ona mieć ciastko i je zjeść zarazem, niby to wracając do robotniczych korzeni, ale zachowując transdżenderową egzemę ideologiczną i feminazizm, co nie może się udać na dłuższą metę. Dowiodła tego afera obyczajowa z Grahamem Platnerem, białym facetem ze stanu Maine, wąsaczem jak należy po służbie wojskowej, który jawił się szansą amerykańskich Dupokratów na wyjście z czyśćca ''wokeismu''. Nawet histerie koszer prawicy z powodu jego naziolskich tatuaży wychodziły mu na korzyść, nastawiając przychylnie doń wielu miejscowych stronników MAGA, zaskoczonych pozytywnie wystawieniem przez lewactwo ''swojego chłopa'', a nie kolejnego zmiennopłciowca albo czarnej chamki pokroju Dżasmin Crackers z Teksasu. Wszakże pogrążyły go dęte oskarżenia byłej kochanicy, jaka ''poczuła się zgwałcona'' przezeń dopiero po latach, jednak mimo iż sprawa była naciągana jak majty na tyłku Murzyny, popierające go dotąd lewackie influensiarstwo pokroju Pikera czy Vausha natychmiast rzuciło typa pod walec. Wypada stąd przyznać rację Richardowi Spencerowi, który co prawda hołduje ''a[ryo]pollińskim'' fantazmatom, niemniej tu trzeźwo zauważył, iż traktowany serio lewicowy populizm wyklucza ''me too'', podobnie zresztą co i BLM. O czym teraz przekonują się na własnej skórze biali lewacy, jakim to gównem jest czarny rasizm, sprzężony często z liberalnym syjonizmem jak choćby u pomienionej już Jasmine Crockett, tak złośliwie przeze mnie przezwanej. Nie mój cyrk i nie moje małpy [ nomen omen ], ale okazuje to jedynie, że prawica mimo swego obecnego rozprzężenia nie ma sensownej politycznej alternatywy. Wszakże pewnie zostanie rozgromiona podczas najbliższych wyborów w USA, czemu doprawdy trudno się dziwić biorąc fiasko poronionej od samego początku wojny z Iranem i jej koszta, tak finansowe co i polityczne, tudzież rażące błędy Trumpa podczas kampanii w kraju. Nie sposób inaczej, jak za fatalną omyłkę uznać namaszczenie przezeń równie odrażającej kreatury co Ken Paxton, słusznie znienawidzonego nawet przez znaczną część Republikanów z Teksasu skąd kandyduje. Przez co mogą oni utracić ów swój ''żelazny bastion'' dotąd na rzecz Jamesa Talarico, białego chłoptysia żywiącego niezdrową skłonność do zmiennopłciowców. Wszakże miejscowy wyborca kieruje się głównie pustoszejącą kieszenią, a to przez chaotyczną politykę celną Trumpa, nade wszystko zaś wspomniane już koszta wojny z Iranem, nie tak duże wprawdzie jak się zapowiadały, niemniej i tak znaczne dla przeciętnego konsumenta. Zresztą jeśli mimo to Paxton wygra nie będzie powodu do radości, bo to skorumpowany bydlak, jaki pewnie za sowitą łapówkę maksymalnie skrócił wyrok pedofila, ale ponieważ jest lojalistą Trumpa i szabesgojem wiernie służącym Zesraelowi, więc to wystarczy jak na standardy prawicy MAGA. Nie moje wszakże, ja z tej chujni wysiadam, żaden ze mnie świętoszek, lecz nawet jak na realistycznie obniżone wymagania, które żywię tego już nadto. Powielanie owego syfu zza oceanu w krajowych realiach zakrawa na polityczną demencję, a tak właśnie niestety czyni rzekomo ''antymigracyjna'' europejska prawica. Nie zwalczy ona nachodźczej plagi odpowiadającymi za nią liberalnymi farmazonami, obwiniając tylko lewactwo szukające tym pono ''zastępczego proletariatu'', bo to co najmniej dyskusyjne. Owszem, istnieje coś w rodzaju ''islamokomuny'', sojuszu radykalnej lewicy z muzułmaństwem, jednakże ma on czysto sytuacyjny charakter zawiązany na bazie wrogości do Izraela i syjonizmu jako takiego. Więcej tu jednak dzieli i to fundamentalnie, by wymienić choćby podejście do kobiet, zboczeńców, uboju rytualnego zwierząt, nade wszystko zaś religii i jej statusu w życiu społecznym i politycznej działalności. Sporne kwestie nie do pominięcia na dłuższą metę, stąd albo lewacy w końcu zmuzułmanieją, albo muzułmanie zlewaczeją, innej opcji nie ma. Poza tym bynajmniej nie wszystkim na lewicy podoba się nachodźcza inwazja i jej dewastujące skutki - pomnę jak Kałfederaci podniecali się na swych oficjalnych profilach, że premier Danii obcięła socjal migrantom. Nie wspomnieli wszakże, iż jest socjalistką co rzecz jasna nie omieszkałem przypomnieć kucom w komentarzach, bo przepala im to ostatnie szare komórki we łbach: jakże to, socjaliści przeciw ''socjalistycznemu rozdawnictwu''? Musem pewnie jakie naziole, a przeca za Hitlera były niskie podatki, stąd właściwie był zeń libertarianin, ha! Mówiąc zaś serio, lewicowe władze Danii prowadzą jedną z najtwardszych polityk migracyjnych w całej UE, tymczasem powtórzmy to prawicowe rządy w interesie wielkiego kapitału sprowadzały tanią siłę roboczą bywa z drugiego krańca świata, bo dlaczegóż by nie skoro hołdują dotąd ''wolnemu rynkowi'' bez granic ni państw? Wszystko com tu opisał jest objawem uchodzenia realnej władzy ze sfery oficjalnej polityki, zstępującej wgłąb szarej strefy na obrzeżach instytucji państwa, zwłaszcza armii i specsłużb, z burzliwym rozwojem naukowo-technologicznym jakiemu przewodzą dziwaczne figury pokroju Alexa Karpa czy samego Muska. W takim razie stawka na Vance'a, jaki przecież jest eksponentem owego procesu, mogłaby jednak mieć sens, gdyby nie cały mętny bagaż ideologiczny jaki się z tym wiąże. Niemniej skoro w jego postaci mamy do czynienia z politycznym kameleonem, wypada żywić nadzieję, iż porzuci on w końcu obrany przezeń fatalny kurs na Izrael i Rosję. Póty co pierwsze oznaki rozdźwięku z Satanjahu, tudzież wyrazy uznania dla walczącej Ukrainy nie są na tyle przekonujące, by mówić tu o jakimś przełomie w postępowaniu Vance'a. Obaczymy czy to aby nie z nim spotka się Fedorow podczas swej wizyty w USA do jakiej właśnie się zbiera, lub przynajmniej którymś techoligarchą w otoczeniu amerykańskiego wiceprezydenta. Należy się temu uważnie przypatrywać, bo zapewne wpłynie także na politykę postępującego jego śladem prezydenta Nawrockiego, uosabiającego podobne przemiany i w Polsce, o rzecz jasna skromniejszej skali...