wtorek, 6 stycznia 2026

Wewezuella nie umie [ ani za bardzo chce ] się bronić.

...przynajmniej na to póty co wygląda, ograniczając do napuszonych pogróżek i demonstracji. Zresztą nie może być inaczej, skoro jej wojsko to jakaś ponura groteska, z absurdalnie rozdętym dowództwem liczącym przeszło 2000 ''gejnerałów'' - ponad dwukrotnie więcej niż u najsilniejszej w świecie US Army! Zdecydowana większość z nich nie zawdzięcza awansów militarnym umiejętnościom a służalstwu obecnej władzy, czyniącym z nich de facto umundurowanych politruków, tudzież cwanych zdzierców i narkodilerów w jednym. Systemy obrony przeciwlotniczej i rakietowej Wenezueli, głównie rosyjskiej produkcji i takiej sobie jakości, wymagają jednak fachowej obsługi i utrzymania, na co reżim Maduro nigdy nie miał środków ni kompetencji, stąd Jankesi dość łatwo roznieśli je w pył. Co w niczym nie umniejsza sukcesu amerykańskich komandosów, jakim przyszło stoczyć realny bój z ochroniarzami wenezuelskiego tyrana, wielu z nich przy tym kładąc trupem, przyznał to nawet głównodowodzący ''bolivariańską'' armią. Zanim przejdę do rzeczy wypada mi uprzedzić, iż żaden ze mnie znawca latynoskiej ''gejopolityki'', skoro jednak namnożyło się ich nam ostatnio, więc i ja choć nie wiem to się wypowiem. Bawi mnie bowiem niezmiernie zesrańsko demoliberałów i lewaków z powodu porwania - co tu kryć - wenezuelskiego despoty przez jankeskie komando, szczególnie ów ból dupska wygląda śmiesznie w wydaniu jakichś popłuczyn po BLM. Tak się zaś składa, iż nierząd Maduro sprokurował policyjne szwadrony śmierci eksterminujące miejscowych gangusów, często jedynie za takowych arbitralnie przez nich uznanych, osobliwie głównie czarnych... Ofiarą jego represji padali też nie tylko przedstawiciele demoliberalnej ''opizdycji'', ale i komuchy, działacze związkowi i LGBT, stąd żadną miarą nie da się ''boliwariańskiej'' tyranii zwać uczciwie ''antyimperialistyczną''. Maduro w ostatnich latach zaprowadził drastyczny i neoliberalny z ducha reżim oszczędnościowy, rzecz jasna nie kosztem swej kasty rządzącej, ale głównie najuboższych mieszkańców kraju w jakich imieniu rzekomo występuje. Sprowadzając ich niemal na skraj głodu i prawdziwej nędzy, o jakie nie sposób przeto obwinić jedynie amerykańskich sankcji, co najmniej w równiej mierze odpowiedzialność ponosi tu korupcja i niedołęstwo wenezuelskiej władzy, ''socjalistycznej'' zwykle tylko w retoryce. Bowiem towrzysze ''boliwarianie'' prędko zapomnieli o swych rewolucyjnych ideałach dorwawszy się do synekur, obrósłszy tłuszczem żerując na krajowym przemyśle wydobywczym, zawłaszczonym na własny rachunek pod pozorem jego ''nacjonalizacji'', tudzież dzięki pokątnemu handlowi bronią i narkotykami, oraz wszechobecnemu łapówkarstwu. Pokrywając to wszystko napuszonymi ''antyglobalistycznymi'' frazesami, jakie nie wadziły im kolaborować z amerykańskim koncernem wydobywczym ''Chevron'', tudzież przemycać do USA kokainę z Kolumbii. Znamienny pod tym względem przypadek stanowi pomieniony już dowódca wenezuelskiej armii Vladimir Padrino - absolwent militarnej akademii stworzonej przez Amerykanów specjalnie do wyuczenia lojalnych im latynoskich wojskowych. Szkolił się tam min. w metodach ''wojny psychologicznej'', przeto deklarowana gromko wiernopoddańczość wobec Chaveza nie przeszkodziła mu w posiadaniu poprzez rodzinę licznych interesów i nieruchomości u wrażych ''gringos'', konkretnie w Teksasie i na Florydzie. Ot tacy to ''antyimperialiści'' z owych ''neobolivarian'', nawet argentyński komuch o ksywie BadEmpanada przyznaje, że trzeba być lewackim amerykańskim gówniarzem, obwiniającym ''imperializm'' własnego kraju o wszelkie zło świata, aby serio wierzyć w uczciwą ''wygraną'' Maduro podczas ostatnich wyborów na prezydenta kraju. Obiekcje co do tego żywił takoż stojący na czele Brazylii ultralewicowy Lula, czy ''peronistka'' Kirchnerowa, by wymienić tylko pierwszych z brzegu polityków Latynoameryki, jakich nie sposób posądzić o uległość wobec władz USA. Niepomni na to demoliberalni debile i lewacy Zachodu ujadają o jakoby obaleniu ''legalnego'' przywódcy Wenezueli, a nie zwykłego uzurpatora jakim jest w istocie, tudzież złamaniu ''międzynarodowego prawa''. Co w ich mniemaniu ma rzekomo dać glejt Chinom do inwazji na Tajwan, jakby ''czerwoną pajęczynę'' z Pekinu powstrzymywała przed tym li tylko kolejna gówniana rezolucja ONZ, którą skądinąd mogłaby bez trudu zawetować w Radzie Bezpieczeństwa, znalazłszy przy tym mnóstwo państw w tym ją wspierających.

Dorosłym wydawałoby się ludziom wypada tłumaczyć jak dzieciom, że reżimy oparte na czystej nagiej przemocy szanują jedynie okaz prawdziwej siły, nie zaś mielenie ozorem ''prawoczłowieczych'' frazesów bez żadnych dla tego konsekwencji. Ukraina przekonała się na własnym przykładzie boleśnie jak tylko można, ile warte są owe ''budapesztańskie memoranda'' i wszelkie ''międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa''. Nie one ją ocaliły przed rosyjską agresją zbrojną, lecz jej obywatele gotowi bić się o własny kraj z bronią w ręku i jeśli trzeba niszczyć bezwzględnie wroga, bez nijakiego patosu na jaki nie ma miejsca w realnej wojnie, a tak po prostu. Skądinąd zabawnym jest obserwować, jak zjeby pokroju Prilepina i same władze na Kremlu oburzają się nagle, że agresja zbrojna przeciw innemu państwu stanowi ''niedopuszczalne złamanie umów międzynarodowych''. Zarazem rosyjskim stronnikom wojny z Ukrainą aż dupska gorzeją od upokorzenia ich przez Amerykanów, którzy owym spierdolinom dobitnie okazali jak powinna wyglądać prawdziwa ''specoperacja wojskowa'':). Nie wiedząc co z tym począć rosyjska propaganda sama się pogrąża miotając między sprzecznymi wersjami zdarzeń, jednako fatalnymi dla putinowskiej tyranii. Bowiem jeśli jak teraz ''odkrywają'' jej szczekaczki wenezuelski reżim był nieudolny i skorumpowany, po co w takim razie było leźć w owo latynoskie bagno, a skoro Maduro jakoby dał się porwać Amerykanom, w takim razie Rosjanie wychodzą na durniów, jacy futrowali mnóstwem broni i pieniędzy cwaniaczka, który w końcu i tak sprzedać miał się wrogom, stąd jak nie umór dla kacapów to sraczka. Nie pieję przy tym peanów na cześć Trumpa, jakiego przypominam uznaję za gnijącego żywcem starego pedofila i politycznego kundla Zesraela, więc stać mnie na obiektywizm doń właśnie przez krytyczny dystans. Byłbym stąd pierwszym kto gotów potępić zbrojną napaść USA na Wenezuelę, o ile tylko oznaczałaby kolejną poronioną próbę montowania tam powolnego Waszyngtonowi reżimu neokolonialnego. Póty co jednak nic takowego nie ma miejsca, o czym świadczy spuszczenie przez Trumpa po brzytwie Machado, samozwańczej liderki wenezuelskiej ''opizdycji'', nie dość że zagorzałej syjonistki to jeszcze neoliberałki, a więc samo zło. Na szczęście amerykański prezydent oświadczył, zgodnie z prawdą zresztą, iż baba nie ma wystarczającego poparcia w kraju ni autorytetu, by przejąć schedę po Maduro, stąd władzom USA przyjdzie dogadać się z co bardziej kumatymi decydentami ''bolivariańskiej'' junty, pomnymi losu swego przywódcy. Słusznie, bo wenezuelska demoliberalna ''opizdycja'' dowiodła swej nieudolności, wyczerpawszy wszelkie legalistyczne, co i siłowe metody obalenia nierządu ''chavezistów''. Wyborcze jej zwycięstwo i większość parlamentarna zostały wykastrowane przez ichni Sąd Najwyższy we władaniu stronników reżimu, który serią [bez]prawnych aktów odebrał realne prerogatywy władzy ustawodawczej. Próba odwołania Maduro w referendum została przezeń bezczelnie unieważniona arbitralnym sposobem, zaś wywołane tym masowe protesty brutalnie stłumione niosąc kilkaset ofiar śmiertelnych bez większych konsekwencji dla wenezuelskiej satrapii. Wreszcie pucze wojskowe spełzły na niczym, dlaczegóż więc ktoś obcy miałby sprzątać za mieszkańców tego nieszczęsnego latynoamerykańskiego kraju ów burdel, jaki sami poniekąd sobie sprokurowali? Przypomnę: reżimy oparte na przemocy można obalić jedynie siłą, co w przypadku Wenezueli skończyłoby się nie tyle wojną domową, na szczęście mało prawdopodobną z racji impotencji tamtejszej ''opizdycji'', ile raczej militarną okupacją przez Amerykanów. Wprawdzie ''bolivariańska'' armia to chuj a nie wojsko, za to mogłaby już napsuć sporo krwi jako terrorystyczna ''guerilla'' i zarazem kartel narkotykowy [ dość typowa niestety dla Latynoameryki kombinacja ], więc na cholerę potrzebne to Jankesom? Tym bardziej, że przekonali się jakimi fatalnymi konsekwencjami owa rzecz grozi, do dziś żywiąc stąd traumę.

Pomyślmy tylko, jak inaczej wyglądałaby druga wojna z Irakiem, gdyby zamiast pchać się tam wojskowymi buciorami Amerykanie przedłożyliby generalicji i bezpiece Saddama propozycję nie do odrzucenia, aby wydając go w ich ręce zyskali tym samym gwarancje bezpieczeństwa dla siebie? Iluż to arabskim mieszkańcom kraju ocaliłby ów akt życie, nie mówiąc o żołnierzach USA a takoż i naszych polskich, którzy zginęli walcząc za krwawą chucpę neokoszerwatystów. Podobnie z talibami, jakim Waszyngton powinien był postawić ultimatum, że w razie dalszego chronienia ibn Ladina dostaną srogi wpierdol, ale nie bezpośrednią inwazją wojskową i okupacją kraju, co nieustannymi bombardowaniami, wsparciem zbrojnym i wywiadowczym dla afgańskiej partyzantki, wreszcie atakami amerykańskich komandosów na miejscu. Pewien jestem, że w końcu by się ugięli pod byle konsekwentną presją militarną, ekonomiczną i polityczną, ''humanizując'' przy tym nieco swój reżim, ale nie poprzez wciskanie im na siłę liberalnego ''prawoczłowieczyzmu'', co prędzej na gruncie samego islamu. Najęci przez agendy USA muzułmańscy teolodzy, najlepiej ci ''fundamentalistyczni'', mogliby wytłumaczyć talibom, iż szariat nie oznacza zaraz, że kobieta ma nosić siatkę na twarzy skoro wystarczy do tego ''hidżab''. Podobnie z zanadto hojnym szafowaniem przez nich karą śmierci, a nade wszystko jeśli tacy z nich ''prawowierni'' niechże położą kres powszechnej we własnym kraju pladze ''homopedofilii''. Boć przecie ruchanie w tyłek drugiego mężczyzny, tym bardziej zaś dziecka jest w islamie ''haram'', czyli bezwzględnie zakazane, dlatego trzeba było wyjątkowego stopnia umysłowego spierdolenia, by w obliczu masowości owej patologii szerzyć jeszcze cholerne LGBT!!! W co zaangażowana była okupacyjna amerykańska władza Afganistanu, niechże więc piekło pochłonie i szlag trafi na miejscu wszystkich uczestników tegoż procederu. Nawiasem ''bolivariański'' tyran i jego ''first lady'' są fanatycznymi wyznawcami Sai Baby - hinduskiego guru i pedofila, do tego stopnia, że gdy Maduro był jeszcze ministrem dyplomacji z jego inicjatywy Wenezuela jako jedyny kraj na świecie ogłosiła żałobę narodową po zgonie tegoż spirytualnego degenerata. Wracając zaś do aktualiów: kluczowa będzie teraz postawa niejakiego Diosdado Cabello, ''szarej eminencji'' reżimu sprawującemu przywództwo jego paramilitarnych bojówek, tzw. ''colectivos'' terroryzujących politycznych oponentów, a za pośrednictwem swego kuzyna również kontrolując bezpiekę. Bo nie ma co zważać na nową [wice]prezydentkę/prezydentynię/prezydentyszcze kraju, jakiej nazwiska nawet nie pomnę, gdyż robi ona jeno za przysłowiową ''paprotkę''. Baba gada co jej każą, acz znamienne że mimo jej spolegliwych wobec Waszyngtonu deklaracji, oficjalnemu namaszczeniu na następczynię Maduro towarzyszyli ambasadorzy Chin, Rosji i Iranu, co trudno inaczej interpretować, jak wyzwanie pod adresem USA [ z drugiej wszakże znaczy, iż owe despocje pogodziły się już z dyktowanymi przez Jankesów realiami na ziemi ]. Podobnie jest ze świeżym dekretem zacieśniającym militarną i bezpieczniacką kontrolę nad krajem, grożąc srogimi karami stronnikom amerykańskiej interwencji wojskowej, tak więc nic nie jest wciąż przesądzone i dopiero z czasem okaże się, czy presja administracji Trumpa na Wenezuelę odniesie żądany skutek. Oby, bo dzięki temu odgrywający faktycznie wiodącą rolę w całej operacji Rubio wyrasta z teflonowego neokoszerwatysty na polityka całkiem serio, zwiększając tym samym własną szansę na przyszłą nominację Republikanów kosztem Vance'a i być może ostania się pierwszym latynoskim prezydentem USA. Wypada stąd żywić nadzieję, iż jego ostatnie deklaracje co do możliwej okupacji Wenezueli przez Amerykanów to jeno środki nacisku na wciąż stających okoniem ''chavezistów'', a nie groźby serio bo wtedy pewnie mielibyśmy powtórkę z Iraku i Afganistanu, niechby w złagodzonej wersji. Tak czy owak jedno pewnym jest: żadną miarą obecnej interwencji wojskowej USA nie należy brać za nawrót ''hemisferyzmu'' i doktryny Monroego, coby to sam Biały Dom na ów temat nie deklarował. Bowiem ludzie w swej masie są niczym inżynier Mamoń, zazwyczaj lubią melodie które już znają, stąd trzeba im klarować do łbów w oswojonej przez nich formie zupełnie nową treść. Powtórzę więc na koniec com pisał w ostatnim tekście na drugim ''kontrblogu'', iż ''America First'' nie znaczy jej zamykania się we własnej strefie wpływów ni tym bardziej ''izolacjonizmu'', a zachowanie globalnego prymatu w nieznanym dotąd wydaniu. Co paradoksalnie domaga się wyrzeczenia przez USA dotychczasowej hegemonii, opartej o ''prawoczłowieczyzm'' i system wolnego handlu, który w jego realnej postaci był projektem polityczno-militarnym, sprawowanym głównie za pomocą wojennej floty czuwającej nad bezpieczeństwem przesyłu towarów, przeto nie mającym zgoła nic wspólnego z libertariańskimi bzdetami. Takoż w poczynionym we wzmiankowanym tekście dopisku nadmieniłem, iż nieprzebrane wręcz zasoby wenezuelskiej ropy, jakie Amerykanie mogą tym sposobem zyskać, prędzej niż ich koncernom wydobywczym przydadzą się US Navy...

...na wypadek konfrontacji zbrojnej z Chinami, czego życzyć sobie nie należy, ale to już zupełnie inna historia. Nade wszystko zaś, o jakim to ''gwałceniu suwerenności'' mowa, gdy idzie o państwo, które jak widać nie jest sposobne, ani nawet za bardzo chce się bronić? Z absurdalnie rozdętą armią zdatną jeno do terroryzowania własnych bezbronnych obywateli, jak na typowych przegrywów przystało, nie zaś konfrontacji zbrojnej z prawdziwym przeciwnikiem na polu boju, czego należałoby spodziewać się po wojsku? O realnej suwerenności danej nacji czy państwa decyduje możność obrony własnych interesów, zwłaszcza może przed silniejszym wrogiem. Nie zaś dęte ''rewolucyjne'' frazesy bez pokrycia, pomstowanie na ''imperialistów'' i ''globalistów'' jedynie na słowach, czy same ''umowy międzynarodowe'' warte tylko jako prawna rama dla rzeczywistego potencjału podmiotów politycznych. Dajta se więc spokój ludziska z ''prawoczłowieczym'' wzmożeniem, bo nie ''będzie jak było'' podoba się to komu czy nie, więc mentalni KOD-eraści mogą już wy...jść. Trump jaki jest każdy widzi, ale zaprowadzana przezeń swoista ''kałokracja'' robi za ideologiczną lewatywę dla systemu, któremu groziło instytucjonalne zatwardzenie. Dlatego nie pachnie to miło ni tym bardziej wygląda oględnie zowiąc, wszak było konieczne dla zrodzenia nowego globalnego ładu, politycznego ''chaosmosu'' o jakim traktuje mój ostatni tekst na drugim ''kontrblogu'', więc tam odsyłam kto chce po jego szczegółowe omówienie.

[ Iran zaś ma prawo się bronić, bo MOŻE - i tylko jego naród jest władny obalić reżim ajatollahów, nikt inny! ]. 

ps.

...co się natomiast tyczy samego Chaveza, właśnie jestem po lekturze pracy o nim i jego despocji, niestety rzecz nadto skażona demoliberalizmem, ale jednak można z niej coś wynieść. Przede wszystkim wyłania się z niej obraz Chaveza, skądinąd wbrew intencjom krytycznego doń autora, jako typowego prowokatora. Pożal się konspiracja wojskowa jaką zawiązał, była doskonale znana jego przełożonym, za co nie spotkały go właściwie żadne konsekwencje, a wręcz kolejne awanse do stopnia bliskiego współpracownika ministra obrony włącznie. W końcu posłano go do jednostki komandosów wprost prowokując tym zamach stanu, podczas którego Chavez zachował się właśnie jak prowok, de facto porzucając własnych ''towarzyszy walki'', co kilkudziesięciu z nich przypłaciło życiem. Przeto wielu uznało go po tym za zdrajcę, ale za to zyskał dzięki temu medialną sławę i popularność, jakie mógł później zdyskontować politycznie po ledwie rocznej odsiadce. Skądinąd podczas niej parał się nekromancją, wcielając w rolę ''medium'' dla duchów zmarłych, najsampierw swego pradziadka zwykłego koniokrada, jakiego arbitralnie całkiem uznał za ''rewolucjonistę'', po czym wojskowego despoty Wenezueli z poł. XIX wieku Ezequiela Zamory, wielbionego przez Chaveza. Okultystyczne ciągoty zaważyły także na kształcie poświęconego mu później mauzoleum, gdzie jego grobowiec złożono na postumencie o charakterystycznej formie i pompatycznej nazwie ''Kwiatu Czterech Żywiołów''. Trudno orzec na ile on sam rzecz traktował serio, bo już za młodu był znany ze swej megalomanii co i skłonności do błazeństwa, jakie zresztą bardzo mu się przydały po objęciu władzy, gdy podczas własnego tv show ''Alo Presidente!'' zabawiał publikę, bez żenady zwierzając się przed milionami widzów ze swej skłonności do sraczki, jaka trapiła go kiedy uprawiał ''rewolucyjną konspirację''... Antycypując tym poniekąd swój los, boć przecie zmarł na raka dupy. Przyznaję, że wobec narzucającej się tezy o Chavezie jako prowokatorze wenezuelskich służb wojskowych można poczynić obiekcję, iż rozpierdolił on własną armię po dorwaniu się do rządów. Bowiem kiedy objął władzę liczyła ona 200 generałów, a teraz z 10 razy tyle! - wprawdzie większość z nich mianował bodaj już Maduro, ale Chavez ową patologię zainicjował. Raz kierując się względami koniunkturalnymi, by obłaskawić wojskowych ze względu na całkiem realną groźbę zamachu stanu, dwa zaś przez motywy ideologiczne, bo upierdolił sobie, że armia ma robić za rodzaj ''ludowej milicji''. Może jednak ów stan rzeczy odpowiadał samym jego przełożonym, którzy w obliczu braku poważniejszych zagrożeń militarnych ze strony sąsiednich państw uznali, iż mogą dać sobie nieco ''luzu'' przekształcając w formę kartelu, a kontrola cywilna demoliberalnych rządów stała temu na przeszkodzie-? Uj wi, pewne za to jest, iż Chavez oszukał swych wyborców gromko potępiając bogatych, co nie wadziło mu rzecz jasna samemu zgromadzić olbrzymi majątek wart miliardy. Deponowany zazwyczaj w bankach i ''rajach podatkowych'' na ''zgniłym Zachodzie'', w czym oczywiście nie ustępowali mu wiele wspólnicy i ministrowie jego rządów, co przyznaje nawet ''organ prasowy'' hiszpańskiej lewicy ''El Pais''. Wprawdzie można pojąć mechanizmy jakie wyniosły Chaveza do władzy: dorastał we względnie zamożnym środowisku, jego rodzice jako nauczyciele należeli do niższych warstw klasy średniej, ale nawet sąsiadujący z nimi biedacy mieli już wówczas - idzie o lata 60-70te w Wenezueli - dostęp do bieżącej wody, gazu i prądu o jakich większość ówczesnych mieszkańców Latynoameryki mogła jeno pomarzyć. Niemniej ów dobrobyt był kruchy, bo zależny głównie od koniunktury na rynku paliw kopalnych, stąd gdy nastąpiło jej załamanie w dekadzie 80-ych doszło tam do gwałtownego zubożenia społeczeństwa, powiększonego jeszcze przez modne wtedy neoliberalne ''deformy'' ekonomiczne, jakie miast zaradzić problemom tylko je pogłębiły. Wytworzyło to wśród mas zwykłych Wenezuelczyków potrzebę człowieka ''silnej ręki'', który by wziął za karby złodziejskie elity władzy służące obcym interesom. Niemniej Chavez zawiódł na całej linii pod tym względem, acz sprzyjały mu okoliczności podobnie jak Putinowi, kiedy na przełomie wieków ponownie ropa i gaz znalazły się w cenie, dzięki czemu obaj mogli sfinansować wiele programów socjalnych dla własnej biedoty. Wszakże nie poprawiły one faktycznie jej kondycji, stanowiąc tylko przysłowiowy plaster na ropiejącą ranę, co wyszło na jaw, gdy znowu zgodnie ze znanym fatalnym mechanizmem powróciło gospodarcze załamanie. Wszystko zaś dlatego, iż mimo buńczucznych ''antyimperialistycznych'' deklaracji, Wenezuela pod rządami Chaveza pozostała - dokładnie jak putinowska Rosja - ''surowcowym przydatkiem'' do niby tak znienawidzonego Zachodu, a sprzedaż kopalin Chinom niczego istotnie pod tym względem nie zmieniała. Pomijam już, że sam Bolivar nie byłby zachwycony, iż jego dalekim epigonem mianował się rasowy mieszaniec, o typowym dla Latynoameryki południowoeuropejskim i afro-indiańskim pochodzeniu. Bo ''El Libertador'' bez ogródek współczesnego mu przywódcę ludowej rabacji w Meksyku gen. Vicente Guerrero nazywał obelżywie ''nikczemnym potworem z dzikiej Indianki i drapieżnego Afrykanina'', zrównując wręcz z haitańskim ''cesarzem'' Dessalinesem odpowiedzialnym za ''wielką rzeź białych'' na karaibskiej wyspie [ za osobliwym wyjątkiem Polaków ]. Taki to i ''bolivariański'' charakter miała rewolucja Chaveza, on sam zresztą wiedział doskonale, iż to jedynie mit polityczny i z pełnym cynizmem posługiwał się nim, by manipulować zwolennikami, niestety jak widać dość skutecznie. Na koniec wypada nadmienić, iż podobnie jak realny system ''wolnego handlu'', również liberalny ''prawoczłowieczyzm'' był polityczno-militarnym projektem Amerykanów, stąd zabawnym jest obserwować, jak inne upadłe mocarstwa wyrzekające na ''globalną hegemonię USA'', nagle biorą gromko w obronę ów stan rzeczy, który same gwałciły nieraz choćby napadając sąsiednie państwa.

wtorek, 11 listopada 2025

''Nigga Heil Hitler'' kontra ''Israel First''.

Zoltar Imamdani jak i Nikt FujenteSS mogą jawić się pajacami, wszakże jednako stanowią objaw problemu całkiem serio: kompletnego rozjechania się opinii elektoratów obu amerykańskich partii z ich przywództwami. Okazaniem więc środkowego palca własnym establiszmętom dla lewaków i części libków stało się głosowanie na ''islamomarksistę'', z kolei u prawicy jest nim rosnąca popularność zwłaszcza wśród młodych Republikanów wyszczekanego piwniczaka i ''nazigeja''. Wprawiając tym w popłoch i rosnącą histerię przywództwo swego ugrupowania, nie mogące sobie także poradzić z wyborczym sukcesem Mamdaniego, głupio wyzywając go od ''dżihadystów''. Szczególnie podle w tym kontekście brzmią porównania z zamachem 11 września, gdyż odpowiedzialni zań wahhabici ochoczo zamordowaliby również muzułmańskiego burmistrza Nowego Jorku, jako dla nich szyickiego ''heretyka'' gorszego nawet od ''kafirów'', bo wyznającego ''łże-islam''. Poza tym jak na stronnika szariatu pozwala zanadto swobodnie odziewać się własnej małżonce - ale no tak, zapomniałem przecie, że to jeno maskarada ''takiji'':). W ogóle skąd ta panika, jeśli dotąd rządy nad Nowym Jorkiem mógł sprawować i to niejednokrotnie Murzyn czy Żyd, czemuż więc by i nie pierwszy na owym stanowisku muzułmanin? Niby biały lewak byłby odeń lepszy, albo transdżenderowa ''parakobieta''? Co może być gorszego od uchodzącego właśnie burmistrza Erica Adamsa: typowego ''czarnucha'', który zamiast pracować w ratuszu jak przykazano, wolał hulać po nocnych klubach z dziwkami do białego rana - proszę bardzo, ale nie za publiczne pieniądze! Dziwne też, że wolno zrównywać w kampanii muzułmanina z dżihadystą, ale już nie Żyda z pazernym lichwiarzem i zdziercą, bo to straszny ''antyszemitizmus''. Polska prawica zamiast śladem Tarczyńskiego papugować tylko zdebilałych amerykańskich syjonistów, powinna lepiej przyjrzeć się chorym wizjom Zohranowego tatuśka. Zapiekłego wroga państw narodowych, który miał czelność nazwać ''złem'' sprawiedliwe przepędzenie Niemców z powojennej Polski i Czech, zrównując to wręcz z samym nazizmem! Typ nie pojmuje więc, że choć ostatni niewątpliwe bazował na wszechniemieckim szowinizmie, daleko jednak wykraczał poza niego w pangermański rasizm o wprost transhumanistycznym charakterze, na którym polegała głównie ideologia zbrodniczej SS. Zrozumienie tego uniemożliwia mu wszakże ''obcość kulturowa'', tak to bowiem jest kiedy Azjata wymądrza się na temat Europy o której dziejach nie ma żadnego pojęcia, szczególnie o ironio jej wschodniej części:). Sam Mamdani zaś stanowi ciekawy przykład nowego typu globalistycznego polityka, którego swoista fiksacja na punkcie dobrego stanu mieszkalnictwa wynika poniekąd z jego niezadomowienia w świecie - wedle jego słów w rodzinnej Afryce był Hindusem, w Indiach z kolei muzułmaninem a w Ameryce obu nimi, wszędy jednako obcy. Wyborczy sukces zawdzięcza głównie temu, iż zamiast wzorem liberalnych elit łajać lokalnych wyborców Trumpa jak śmieli poprzeć ''transfoba'' i rzekomego ''faszystę'', zapytał ich zwyczajnie o polityczne motywy. W odpowiedzi słyszał nieustannie, że poszło o rosnące gwałtownie koszty życia i zasadny wkurw na przywództwo amerykańskiej Dempartii, które bezczelnie chełpiło się ''świetną'' ekonomią, gdy oni ledwo mogli związać koniec z końcem. Przeto gremialnie oddali głos na typa, jakiego kojarzyli z dobrą koniunkturą gospodarczą i naobiecywał wszystkim rychłą poprawę bytu, rozczarowanie zaś nim spowodowało przerzucenie poparcia na ''imamosocjalucha''. Ludzie więc zagłosowali coraz bardziej pustoszejącą kieszenią, nie dbając o prawicową czy lewicową orientację polityczną swego kandydata, byle tylko nie sadził im już liberalnych farmazonów jakimi słusznie rzygają, bo te w praktyce równają się zabieganiu jedynie o interesy coraz bardziej wyobcowanych elit obu amerykańskich partii. W osobie żydowskich miliarderów Billa [p]Ackmana i Michaela Bloomberga [ skądinąd również poplecznika Czaskosky'ego ], którzy w desperacji futrowali milionami kampanię Zohranowego kontrkandydata, skorumpowanego do cna bydlaka Cuomo. Za którym stała nowojorska patodeweloperka, mafia czynszowników i lichwiarzy o w znacznej mierze ''koszernym'' pochodzeniu, acz nie tylko w ''pejsatych'' tu problem, a samym chorym systemie powodującym migrację najbardziej potrzebnych na miejscu pracowników, z powodu niemożliwych do utrzymania kosztów życia w tak wielkim mieście dla zwykłego jego mieszkańca. Czy nowy burmistrz zaradzi owym patologiom swymi lewicowymi metodami to osobny temat, zapewne nie ale należy przyjrzeć się trzeźwo przyczynom jego politycznego sukcesu, zamiast histeryzować niczym mentalna ciota o rzekomym przejęciu władzy w USA przez jaczejkę ''islamomarksistów'', tak zaś niestety bredzi znaczna część nie tylko amerykańskiej prawicy. W tym więc akurat Fuentes ma rację, że jedyne co może ona realnie przeciwstawić na teraz ofensywie lewactwa nie tylko za oceanem to ''narodowy socjalizm w jednym kraju'':))).

Na pewno zaś nie powtarzanie do mdłości liberalnych frazesów ekonomicznych pospołu z neokoszerwatywnymi, jak czyni to wciąż Ben Shapiro i to na antenie CNN, gdzie pobiegł ujadać na Trumpa. Czuje bowiem w tyłku, że czas hegemonii takich jak on stronników ''Israel First'' zdaje się kończyć wśród Republikanów, a przynajmniej będą zmuszeni podzielić się nią ze zwolennikami formacji ''Nigga Heil Hitler'' spod znaku Fuentesa czy Suckera Carlsona. Szerzących jeno w nowym wydaniu ''hemisferyzm'' Charlesa Lindbergha, czyli wydawałoby się dawno już zapoznany koncept amerykańskiego imperializmu ograniczonego tylko do zachodniej półkuli. Nie jest więc to żaden importowany z Europy ''faszyzm'', nawet mimo jego ewidentnie pronazistowskich sympatii, tudzież związanego z nim białego rasizmu, ale rzecz jak najbardziej rodzima jaka w swoim czasie przysporzyła sporo kłopotów samemu Rooseveltowi. Fakt powrotu owych politycznych widm zza grobu wyraźnie świadczy, iż podobnie jak nieco ponad wiek temu Ameryka znalazła się w momencie fundamentalnego przesilenia, tudzież perspektywy rychłej wojny nie tyle już światowej co wprost globalnej. Rozróżnienie ze względu na możliwe szerokie użycie w niej nowych technologii militarnych, szczególnie cyfrowej podróby ''intelektu'' jaka tak naprawdę nie ma z nim wiele wspólnego, ale to wymaga osobnego potraktowania. W każdym razie ze stricte prawicowego stanowiska najważniejszym w zwycięstwie wyborczym Mamdaniego jawi się, iż dokonał go wbrew przywództwu własnej partii:). Sprawującemu je Chuckowi Schumerowi, jako zgrzybiałemu Żydzisku i zagorzałemu syjoniście ów szyicki muzułmanin stoi kością w gardle, przeto do dziś nie wydusił z siebie dlań poparcia! Raduje także obserwowanie stanów mentalnej ''histerezy'', jaką wzbudzają u pomienionego już Bena Szapiro deklaracje Zohrana o aktywnej roli rządu w rozwiązywaniu problemów społecznych czy ekonomicznych. Mycka u Icka nie kryje najwidoczniej żadnej ''kiepełe'', skoro libkowskie zatwardzenie umysłowe broni mu dostrzec, iż potępiany tak przezeń ''islamomarksista'' wypowiedział tym samym bodaj najmniej lewicową kwestię jaka tylko może być. Dlatego że W REALNYM SOCJALIZMIE RZĄD NIE MA NIC DO GADANIA, stąd PRL formalnie władał nie Gierek czy Jaruzelski a niejaki Henryk Jabłoński. ''Kto niby do chuja?!'' - pewnie zapyta czytelnik i będzie miał rację, bo to był dosłownie NIKT i przeto właśnie powierzono mu jedynie tytularne przywództwo ''komunistycznego państwa'', w istocie czysty oksymoron. Bowiem tak zwany ''Związek Radziecki'' od swego zarania robił tylko za ustrojowy parawan dla krycia realnych, mafijno-sekciarskich mechanizmów władzy sowieckiej kompartii. Tak jest do dziś w Chinach mimo w dużej mierze postkomunistycznego charakteru panującego tam reżimu, wszakże jego struktura nadal pozostaje leninowska. Dlatego nie możemy wiedzieć czy obecną największą od czasów Mao czystkę wśród chińskiej generalicji przeprowadził sam ''Najwyższy Przywódca'' zawiedziony własnymi nominatami, czy też świadczy ona o zaciekłej walce frakcji w pekińskim politbiurze jak wielu plotkuje z braku pewnych informacji spowodowanym fasadowym statusem CHRL. Również ''chiński cud gospodarczy'' nastąpił nie tyle dzięki, co raczej wbrew planom gospodarczym władz, ale bynajmniej na zasadach ''wolnorynkowych'' a panujących w ''szarej strefie'', gdzie nie decydował żaden ''überkonsument'' z rojeń Misesa tylko szemrani ''pszedsiembiorcy'' o powiązaniach z triadą i zarazem bezpieką oraz aparatem partyjnym, zamiast zabieganiem o klienta eliminujący konkurencję często dosłownie. Wszakże ów radosny czas januszerki byznesowej na pełnej w Chinach kończy się, nieuchronnie zaś zbliża ''Wielkie Odłączenie'' gospodarcze i to ze strony samego Pekinu. Europie stąd grozi, iż zostanie z gołą dupą na lodzie, pozbawiona jednocześnie amerykańskiego parasola zbrojnego, co i wymiany handlowej z Chinami, które pospołu gwarantowały jej dobrobyt i bezpieczeństwo. Pora by więc szykować wreszcie tu sobie jaki dupochron, a na pewno nie może robić zań dalsza centralizacja władzy Unii Antyeuropejskiej w istocie, bo jako poczęta z ducha neoliberalnego globalizmu trwa jedynie siłą inercji. Niemniej za wzór nie posłuży nam także rozpadająca się na naszych oczach amerykańska MAGA, tak w jej ''koszerwatywnym'' co i ''żydożerczym'' wydaniu jak wyżej dobitnie już okazano, gdyż potrzeba uświadomienia tego jest celem niniejszego tekstu. O Rosji nie ma co gadać, stąd politycznym sierotom po jej dętej ''chwale'' pokroju Bekiera czy Piskorskiego ostało się przytulać do Gerszona Klauna, nabierającego popularności wyłącznie przez durnotę tak Kałfederatów co i PiSdusi. Sam Mamdani by odnieść wyborcze zwycięstwo musiał porzucić pieprzenie o ''defund the police'' i zająć się rzeczywiście palącymi dla zwykłego człowieka kwestiami, jak niemożliwe do utrzymania koszty wyżycia, zamiast jałowych ''wojen kulturowych'' na których uwagę skupiali liberałowie. Pora więc by i prawica również w Polsce postąpiła podobnie, tyle że już na własną modłę, musi stąd pogonić z własnych szeregów ''rozwolnościowców'' gospodarczych stanowiących dla niej obciążenie. Nie wdając się przy tym w konflikty między Gudłajstanem a jego wrogami po żadnej ze stron, chyba iż zostanie do tego zmuszona np. ponowną próbą wymuszenia na nas ''mienia bezdziedzicznego'' przez Koszer Nostrę, albo co nie daj atakiem islamistów.

Zaklinam przeto rzeczywiście polską prawicę by nie podążała drogą ''mr. jenota'' Tarczyńskiego, inaczej skończy niczym popierany przezeń Tommy Robinson. Licha polityczna kurewka, jaką upokorzyli mocodawcy podczas niedawnej wizyty w Zesraelu, każąc wysłuchiwać pomstowań na brytyjskich żołnierzy pomordowanych przez syjonistycznych terrorystów. Słowem nawet się nie odezwał w ich obronie, taki zeń ''patriota'' niby to chroniący kraj przed muzułmańskimi hordami, ale za to łaszący do nóg swym żydowskim panom. Na organizowane przezeń ''antyimigranckie'' demonstracje ściągają przemytnicy Wietnamczyków na Wyspy, pedofile, dilerzy i tym podobni podludzie stanowiący smutny dowód upadku białej rasy. On sam zaś jest zakłamanym gównem żyjącym na co dzień w Hiszpanii i to z irlandzkim paszportem, bycząc się tam za pieniądze Muska pospołu z izraelskimi sponsorami owego cwaniaczka, dzięki czemu może pchać se do nochala koki ile wlezie, nie dziwota stąd, że imponuje on ''jenotowi''. Dlatego kanalia znana pod pseudonimem ''Tommy Robinson'', bo nawet tak się nie nazywa, robi jeno za skurwiałą szmatę oblepioną koszerną spermą, przeto żadną miarą nie powinna stanowić wzoru dla realnie polskich narodowców. Dotyczy to w ogóle całej MAGA nad którą rząd dusz przejęli ''techautorytarianie'' z chowu Obamy i Bidena, kładąc tym samym kres fenomenowi prawicowego populizmu. Ceną za to stał się pogrom Republikanów podczas ostatnich wyborów na amerykańskiej prowincji, bowiem pal licho Nowy Jork jaki i tak był dla mieszkańców ''biblijnego pasa'' wewnątrz kraju uosobieniem współczesnej Sodomy, pełnej szumowin napływających doń z reszty świata. Prawica za oceanem powinna raczej martwić się przegraną w lokalnych okręgach Wirginii, nie tylko pokroju Loudoun County pełniącego rolę spalni waszyngtońskiej elity urzędniczej i siedziby gigantycznych centrów danych, ale i znacznie odeń biedniejszych nadal z przewagą populacji o europejskim pochodzeniu. Pozbawianych i bez tego marnej dość opieki zdrowotnej drastycznymi cięciami budżetowymi forsowanymi teraz przez Trumpa, co czyni zeń prawdziwego grabarza Ameryki białych ludzi jak to już przewidywałem. Wirginia jest również domem dla dowództwa CIA, nie dziwi stąd przejęcie kontroli nad owym stanem przez funkcjonariuszkę tejże ''szczególnej instytucji'', czemu zapewne sprzyjała arogancja z jaką prezydent USA traktował obecny kryzys rządowy uniemożliwiający zapłatę urzędnikom pensji. Do rokoszu ''deep state'' jeszcze daleko, ale jak tak dalej pójdzie władzę nad krajem obejmie może nie zaraz Ocasio Cortez a tym bardziej Mamdani, który na szczęście nie ma do tego prawa, za to Gavin Newsom - typowy korpoliberał łączący forsowanie skrobanek i pedalstwa z daleko idącą spolegliwością wobec interesów wielkiego kapitału. Nie byłaby to aż tak fatalna opcja przy Kamallah Harris a gwarantuję, że jeśli ponownie wystawi swą kandydaturę w prawyborach co właściwie pewne, Beniek Szapiro pospieszy w te pędy z poparciem. Skoro jest zeń już liberał gospodarczy nic mu szkodzi zostać i obyczajowym, tym bardziej iż niemal cała jego krytyka Fuentesa brzmi jakby żywcem wydarta z gardzieli Killary - że rasista, mizogin i takie tam obyczajowe pierdu pierdu na których zafiksowała się Dempartia. Byle tylko nie poruszać najistotniejszych dla zwykłych Amerykanów kwestii ekonomicznych, bo to godziłoby w interesy jej miliardowych darczyńców o często żydowskim pochodzeniu. Kamallah jest z tego chowu, męża ma z ''rasy wybrańców'' a przy tym serdecznie przyjaźni się z córeczką Dicka Cheneya, ''koszerwatywnego'' zbrodniarza wojennego jakiego niedawno diabli porwali do piekła ku ubolewaniu samej Harris. Czekać więc tylko kiedy Benio podąży za Bari Weiss - żydowską lesbą mianowaną dopiero co komisarzem politycznym przy CBS, dbającą o należycie proizraelski przekaz medialny owej stacji. Bowiem prawica to czy lewica w ostateczności nie ma większego znaczenia, liczy się tylko interes własny jedynego w świecie całem ''narodu wybranego'', cokolwiek to do kurwy nędzy znaczy. Na szczęście nie do końca, o czym świadczy aż trzecia część nowojorskiego żydostwa, jakie poparło w wyborach na swego burmistrza szyickiego muslima, dobre więc i to acz dziw, że syjoniści nie uczynili jeszcze zeń ''irańskiego agenta'':). W każdym razie wedle wszelkich oznak MAGA nie przeżyje Trumpa a właściwie zgonuje już za jego żywota, on sam zaś sprawiał wrażenie niemal ogłuszonego zwycięstwem Imamdaniego w swym rodzinnym mieście, na którym niewątpliwie odcisnął niezatarte piętno. Za późno obudzili się [ woke! ] stronnicy Israel First objawiając ''świętą wojnę'' fuentesistom, spanikowani ich rosnącymi wpływami w prawicowych instytucjach jak strategiczna Heritage Foundation, stąd pokazowe przeczołganie jej szefa za nieśmiałą i tak próbę obrony ''wolności słowa''. Idiota sądził, że Koszer Nostra może być dlań sojusznikiem w owej sprawie, gdy jej zależy tylko na zaprowadzeniu własnej wersji ''cancel culture'' piętnującej tym razem wrogów Izraela, przeto upokarzające pokajanie się nic tumanowi już nie dało. Co tu zresztą gadać: skoro nawet Brett Cooper, była współpracownica Beńka robiąca za współczesny archetyp sympatycznej przyjaciółki, czy raczej ''dobrej wróżki'' przez jej spirytualistyczne ciągoty, traci cierpliwość do tak obleśnego syjonistycznego knura co Randy Fine, grzecznie posyłając go do Gudłajstanu jeśli tak cierpi od ''antysemityzmu'' w Ameryce, znaczy nastąpił istny wstrząs tektoniczny wśród opinii publicznej za oceanem! Przeto nam w Polsce trzeba czynić po swojemu, zamiast ślepo naśladować obce wzorce skądkolwiek by one nie pochodziły. Inaczej skończymy niczym argentyńskie prawactwo z libertariańskim nieudacznikiem Mileiem na czele, którego nierząd poszedłby w cholerę, gdyby nie miliardy amerykańskiego socjalu od administracji Trumpa. MAGA trzyma się tylko słabością przywództwa opizdycji, jakie w osobie Cucka Szmuela prezentuje żenujące polityczne dupodajstwo, więc to stanowczo za mało aby znaczyć godny naśladowania przykład.

ps.

Kałfederacja jest formacją absurdalną, jako złożenie skrajnych liberałów gospodarczych z przecwelonymi wolnorynkowo postnarodowcami, którzy jednako sprzeciwiają się masowej migracji. Bo to jakby alfons gwałtownie oponował przeciw kurewstwu, gdyż ''nachodźcy'' służą interesom wielkiego kapitału obniżając koszty pracy i uniemożliwiając jakikolwiek solidarny opór robotników przeciw temu. Postawienie tak kwestii na prawicy niweczy posądzenie o ''socjalizm'', acz z lewicowej perspektywy konsekwentny sprzeciw wobec kapitalizmu wymagałby z kolei takiego samego jeśli idzie o masową migrację, co tu spowodowałoby rzecz jasna obwołanie ''faszystą''. W przypadku zaś kiedy obie anatemy przestają działać w wystarczającym stopniu, wyciąga się osinowy kołek ideologiczny ''narodowego socjalizmu'', jaki ostatecznie załatwia sprawę. Tak się akurat składa, że moi dziadkowie tak po ojcu jak i matce byli robotnikami przymusowymi Niemiec hitlerowskich, jeden zmarł nawet w obozie pracy o upiornej w owym kontekście nazwie ''Diana'', stąd trudno posądzić mnie o jakiekolwiek sympatie do führera i jego germańskiej ''panojropy''. Niemniej dopóty nie pozbędziemy się pomienionych wyżej ''mentalnych firewalli'', pozostaniemy żałośnie bezradni tak jeśli idzie o sprzeciw wobec masowej migracji na prawicy, co i opór przeciw interesom wielkiego kapitału na lewicy. Oddając pola obmierzłym libtardom pokroju Beńka Szapiro, jaki bezczelnie poucza młodych Amerykanów by ruszyli tyłki jeśli na miejscu nie mogą znaleźć pracy, sam bezwzględnie orędując za ''blut und boden'' w żydowskim wydaniu! Dlatego tyle poświęcam omówieniu kwestii Izraela, bo stanowi probierz wyobcowania elit obu głównych partii USA wobec problemów z jakimi borykają się ich przeciętni wyborcy. Przeto z jednej co i drugiej strony narasta wobec nich bunt, mogą nie podobać nam się formy jakie on przybiera, lecz sam jest w pełni zasadny. Przykro to rzec, ale Trump jest gnijącym żywcem starym pedofilem i politycznym kundlem Izraela, szantażowanym zebranymi nań epsteinowymi ''kompromatami''. Wprawdzie dobrze, iż w końcu przejrzał co do Rosji, niestety zbyt długo pozwalał się zwodzić Trupinowi, by i to poczytywać mu za sukces. Dlatego nie ma co wiązać z nim i jego stronnictwem rachub na przyszłość, pora działać nam samodzielnie. O ironio za wzór może posłużyć tu Zesrael, który czując pismo swym wielkim semickim nochalem szykuje już sobie dupochron, sam odwracając się od coraz bardziej nieprzyjaznego Zachodu zacieśnia więzy ze światem islamu. Współpracując choćby ze Zjednoczonymi Emiratami w zwalczaniu wpływów Iranu podczas wojny w Sudanie północnym, gdzie właśnie trwa prawdziwe ludobójstwo online. Podobnych przykładów można znaleźć więcej, wystarczy wspomnieć sojusz Gudłajstanu z Kurdami lub Azerbejdżanem, stąd prędzej bliskowschodnie żydostwo dojdzie do zgody z większością muzułmanów, niż będzie przed nimi ''bronić'' Europy jak twierdzą idioci pokroju Tarczyńskiego czy Robinsona. Tak więc zarówno prawackie gadki o rzekomym ''przedmurzu Zachodu'', czy też lewackie o jego niby to ''projekcie kolonialnym'' można już sobie na równi darować.

ps. 2

Nikt FujenteSS jest zbyt chimeryczny jak na ciotę przystało, aby sam odegrać jakąś istotną rolę w polityce. Bowiem nie w tym jego zadanie, lecz ma on robić za perwersyjnego błazna gotowego wypowiadać na głos rzeczy stanowiące wciąż tabu dla większości Amerykanów. Głupotą stąd typową dla liberałów i lewaków są próby wytłumaczenia fenomenu jego popularności sprowadzając ją li tylko do populacji białych młodych niedojebańców za oceanem. Tymczasem słucha go też wielu Latynosów, Murzynów a nawet Żydów i kobiet, jakich trudno posądzić o nienawiść do siebie i uległość wobec obelg, które pod ich adresem rzuca Fuentes. Zwyczajnie wszyscy oni jednako mają już serdecznie dość syjonistycznej tyranii nad Ameryką, stąd trzeba było im stworzyć jakiś ''wentyl bezpieczeństwa'' czy też systemową ''linię ujścia''. Podobną funkcję pełni obiór Imamdaniego, który dla wyborczego zwycięstwa musiał zapłacić frycowe tj. przystać na kontrolę proizraelskiej Żydówy nad nowojorską policją. Tak się zaś składa współpracuje ona ściśle ze służbami specjalnymi Gudłajstanu, posiadając nawet oficjalną placówkę w tamtejszym mieście Kefar Sawa o strategicznym znaczeniu. Zohran więc to podobnie jak Ocasio Cortez ''kontrolowana opozycja'', jaka zapewne wkrótce zawiedzie oczekiwania co bardziej krewkich lewaków, bez złudzeń. Niemniej fakt, że dotychczasowy system musi uciekać się do podobnych rozwiązań świadczy o realnym przełomie, nie ma powrotu do ''będzie jak było''.

sobota, 30 sierpnia 2025

''Druga Jałta'' - a weźta z tym wypierdalajta.

Dawnom tu nie komentował bieżącej polityki, bo też i robi ona za brudną dezinformacyjną pianę, kryjącą mechanizm realnej mobilizacji wojennej. Przeto ominęły mnie histerie o tym jak to nami kupczą i nie szanują ''we świecie całem'', o ironio szerzone głównie przez bełkoczących, iż to ''nie nasza wojna'' toczy się na Ukrainie. W czym więc problem, winni przecież być zadowoleni, a nie tak wyć głąby jedne!? Tym bardziej, że przywództwo Polski ominął przynajmniej udział w upokarzającym rytuale dogadzania ego starego pedofila i politycznego kundla Izraela, jakim niestety jawi się Trump w świetle jego nieudolnych prób zniweczenia afery Epsteina. Obaj pod pretekstem prowadzenia ''agencji modelek'' byli alfonsami burdeli z mocno nieletnimi dziwkami, obsługując władcze angloamerykańskie elity i zbierając nań ''kompromaty'' dla tajniactwa. Epstein i jeszcze bardziej odeń zwyrodniała Maxwellowa ewidentnie służyli za przynętę izraelskiego wywiadu, pytanie więc dla kogo pracował Trump? Nie sądzę, by to były rosyjskie służby, prędzej krajowe tj. amerykańskie, co tłumaczyłoby szerzoną przezeń do dziś dezinformacyjną chujnię, w jakiej oddajmy mu wykazuje nieprzeciętny talent. Owszem, główną rolę gra tu charakter urodzonego chucpiarza, a też pewnie i galopująca wprost demencja, niemniej odpowiednie przeszkolenie również mogło odegrać niebagatelną rolę. Zarazem gwoli uczciwości trzeba przyznać, że mianowany przez Trumpa amerykańskim pełnomocnikiem na Bliski Wschód Tom Barrack, skądinąd arabski chrześcijanin, twardo obstaje przy zachowaniu rządów ''dżihadystów w garniturach'' i jedności Syrii. Brużdżąc tym samym planom jej rozbioru czynionym przez Izrael, stąd przy całym prosyjonistycznym lizusostwie obecnej prezydenckiej administracji USA, nadal są widoki by Trump zrobił z dupy Roya Cohna Netanjachujowi, podobnie ostawiając go na pastwę losu, jak swego niegdysiejszego żydowskiego protektora. Najwyższa pora, bo rozbestwione syjonofilstwo poczyna sobie nadto już bezczelnie, jak ów izraelski PDFil molestujący amerykańskie nastolatki podczas służbowego wyjazdu za ocean, któremu pozwoliła umknąć z kraju żydowska prokurwator Nevady... Skądinąd jeśli spec od cyberbezpieki o jakim tu mowa, i to z otoczenia Satanjahu dał się zwieść standardowej policyjnej prowokacji łowiącej w sieci miłośników ''międzypokoleniowej intymności'', znaczy kiepsko mają się rzeczy pod tym względem w bliskowschodnim Gudłajstanie. W sumie o tyle dobrze, że jeszcze parę takowych numerów, a do najbardziej zagorzałych stronników Zesraela dotrze, iż syjonizm równa się obronie pedofilii - tudzież mordom rytualnym mającym jakoby przybliżyć Apokalipsę, czy ''licencji na zabijanie'' nawet i chrześcijan, jaką cieszyć ma się ''naród wybrany'' wedle szabesgoja Mike'a Huckabee. Przeto sam ''Bibi'' porzucił wszelkie skrupuły i nie kryje już swego oddania idei ''żydowskiej przestrzeni życiowej'', za jaką robi wizja ''Wielkiego Izraela'' aż po Eufrat i Nil. Praktyczną jej realizacją w tym co zostało ze strefy Gazy zajmuje się niejaki Jehuda Vach, koszerny rzeźnik z wojskowej szkoły Bnei David, przysposabiającej takich jak on żydowskich kolonialistów do roli ''judeo-sonderkommando''. Zasłynęła owa akademia militarna wykładowcami, jak rabin Giora Redel twierdzący, iż jakoby ''Hitler miał rację, ale stał po złej stronie'' tj. zabijał nie tych Semitów co trzeba, Żydów zamiast Arabów i ogółem muzułmanów. Wtórował mu pełniący funkcję jej rektora inny rabin Eliezer Kasztiel, gardłując iż Żydzi są rzekomo ''rasą panującą'', jakiej goje winni służyć za niewolników, w pierwszej kolejności ci z mniej szczęsnych, bo nie obdarzonych ''wybraństwem'' przez Jahwe semickich plemion. Teraz zaś wychowanek obu wciela plany swych ''duchowych mistrzów'' z iście krwawą bezwzględnością, oraz błogosławieństwem Satanjahu a też i Trumpa, co by tam kto o tym nie gadał. Wygląda stąd, jakby rzeczywiście miał on powiązania z Kremlem, ale poprzez nader specyficzne żydostwo...

Nam w Polsce trzeba wziąć sobie to do serca, bo Izrael jest naszym wrogiem a jego nieskrywanym sojusznikiem Rosja, o czym dopiero co przekonał się Iran. Przyznał to na dniach jeden z najbliższych doradców ajatollaha Ali Chujmeneji, w udzielonym przezeń wywiadzie jawnie oskarżając Rosjan o współpracę z Mosadem podczas niedawnej izraelskiej agresji zbrojnej! Stawia to w istocie jedynie przysłowiową kropkę nad i, bowiem już w Syrii za Asada owa kolaboracja gudłajsko-kacapska szła pełną parą, o czym niejednokrotnie w tym miejscu i na drugim ''kontrblogu'' wspominałem. Nie dziwota stąd, że szczwany Chinol nie ufa zdradzieckiej kurwie z Kremla, wykorzystując ją bezlitośnie niczym albański alfons ruską sukę, ciągnąc odeń ropę i gaz po kosztach za to nie biorąc węgla [ przez co Kuzbas zdycha ], wykańczając dziką konkurencją Kamazy i Łady, wreszcie testując jej kosztem nowe rodzaje broni na polu boju. Bowiem paradoks dziejowy obecnej Rosji zasadza się w tym, że jest ona bardziej potrzebna Amerykanom, ale sama bardziej zależy od Chin. Zwyczajne dlatego, iż Jankes nie chce by Chińcyki pchały swe brudne żółte paluchy w strategicznie ważny dlań rejon polarnej Hyperborei, przeto w jego interesie jest istnienie jakowejś bariery za jaką robi Kacapstan. Dlatego wbrew wyjcom od ''drugiej Jałty'' w rzekomo ''historycznym spotkaniu'' Fiutina z Trumpenką, które skończyło się dosłownie NICZYM, nie tyle chodziło o Ukrainę i w ogóle Europę wschodnią czy zachodnią, jeśli już to północną, ile Arktykę i dostęp do niej Chin jaki dzierży Rosja. Stąd i na miejsce negocjacji obrano Alaskę, gdyż u jej wybrzeży od kilku lat kacapy i kitajce wspólnie urządzają prowokacyjne manewry zbrojne. W podobnym duchu Putin mianował szefem ''Rady Morskiej'' odpowiedzialnej min. za rosyjską Daleką Północ swego starszego towrzysza z KGB Patruszewa, by ten nadał owej instytucji zdecydowanie wojskowo-bezpieczniacki charakter. Rosjanom z trudem i opóźnieniami wywołanymi przez sankcje, jednak udało się ostatnio demonstracyjnie zwodować dwa okręty podwodne, acz musieli przy tym zrezygnować z budowy atomowych lodołamaczy, zaś ich polarne wojska wykrwawiają się na Ukrainie. Być może jednak Kreml uznał, iż specyfika ewentualnej wojny na biegunowym froncie nie wymaga zaangażowania licznej armii, przeto sił na to mu jeszcze starczy, kto wie. Zarazem Rosjanie nie chcą już całkiem popaść w zależność od Chin, stąd choć podczas ostatniej wizyty Xi Jinpinga w Moskwie urządzono dlań tak wystawną fetę, iż wyglądało jakby to on odbierał defiladę ''pabiedy'', niemniej uważna lektura podpisanych wtedy umów wyraźnie świadczy, że nie wpuścili Chińczyków w swą Arktykę wiedząc, że dla Amerykanów byłby to ''casus belli''. Oby więc miał rację Wojczal i jemu podobni co prognozują zawarcie ugody przez Waszyngton i Pekin w stylu ''drugiego Kissingera'', a wtedy - dopowiem od siebie - Rosja stanie się chińsko-amerykańskim kondominium pod ukrożydowskim zarządem powierniczym:) [ parafrazując ''klasyka'' ]. Niemniej przykro mi, ale sam nie podzielam owego optymizmu, bliżej mi do takich jak Taylor Fravel: amerykański znawca strategii militarnej komuszych Chin, który słusznie mym zdaniem wskazuje na fakt, iż towrzysze z Pekinu wszczynali dotąd wojny kierując się poczuciem własnego zagrożenia, słabości a nie siły. Dlatego poszli do walki z Amerykanami w Korei panicznie obawiając się perspektywy ich wojsk na granicach swego kraju, czemu postanowili za wszelką cenę zapobiec. Mimo iż Chiny były wtedy spustoszone dekadami wojen domowych i japońskiej okupacji, a wciąż na miejscu walczyły niedobitki armii Kuomintangu, posłali masy niewyekwipowanych odpowiednio żołnierzy do boju w trudnych górskich warunkach, przez co marli oni potem chmarami zimą wskutek odmrożeń. Podobnie w konflikcie z Indiami chińskie politbiuro obawiało się, że wykorzystają one słabość jaką same sobie zafundowało ludobójczą polityką ''Wielkiego Skoku'', forsownej industrializacji i kolektywizacji oraz wywołanej przez nie klęski głodu, który pochłonął kilkadziesiąt milionów ofiar. Wreszcie pograniczne starcia zbrojne z ZSRR i sojuszniczym wtedy dlań Wietnamem były podyktowane grozą otoczenia przez ''bratnią'' sowiecką kompartię, co ostatecznie pchnęło Chiny do ugody z amerykańskim ''papierowym tygrysem'', a do czego Mao skłonili dowódcy podległej mu armii. Wszystko to nie przesądza jeszcze o możliwości wojny z USA obecnie, ale...

...należy ją traktować poważnie, a nie brać własnych oczekiwań za rzeczywistość, powszechny i jakże tragiczny w skutkach błąd. Śmieszą mnie przeto różni ''eksperci'' wykluczający perspektywę zbrojnej konfrontacji między Pekinem a Waszyngtonem, powołując się na fakt braku gotowości chińskich wojsk do walki, a to przez szkolenia ideologiczne jakich przymusowi podlegają, zabierających im niemal połowę czasu niezbędnego na bojowy trening. Głosić coś takiego może jeno skończony bałwan nie pojmujący istoty armii Chin, która tak naprawdę jest gigantyczną bojówką partyjną, tylko zamiast pał i kastetów posługującą się bronią pancerną. Doskonale znać było to po stłumieniu przez nią protestów na placu Tian'anmen, gdy rozjechała przeciwników reżimu czołgami, mimo iż spokojnie można było dokonać tego siłami ichniego ZOMO, paramilitarnych formacji policyjnych na miejscu, ale taka była wola chińskiego politbiura. Obierając podobne kryterium za niezdolne do boju należałoby również uznać Armię Czerwoną czy SS, które przejęło od komuchów instytucję politruka adaptując ją do własnej ideologii. W każdym razie wiele wskazuje na idące pełną parą przygotowania nie tyle nawet do III wojny światowej, co raczej I globalnej a to przez możliwość zastosowania w niej na bezprecedensową skalę nowych technologii wojskowych [ acz nie wyklucza to wcale sporej dozy archaiki, walki na Ukrainie okazały przecież, że drony i osły sobie nie przeczą:) ]. Świadczy o tym choćby skokowy wzrost w ostatnich latach zelektryfikowania motoryzacji i udziału ''energii odnawialnych'' w gospodarce Chin, błyskawicznie doganiając nadal dominujący w niej węgiel. Oczywiście gensekami z Pekinu nie powoduje troska o ''dobro planety'', lecz względy strategiczne: obawa przed morską blokadą kraju odcinającą główny dostęp do ropy i gazu. Acz równie dobrze może to być sztuczne nakręcanie koniunktury, w desperackiej próbie ocalenia chińskiej ekonomii przed upadkiem spowodowanym zapaścią bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości, której pokłosiem stały się upiorne miasta-widma, oraz miliony ludzi pozbawionych widoków na własne mieszkanie i życiową stabilizację. Wszakże problem leży w tym, iż podobne względy powodują za oceanem odejście od ''zielonej energetyki'' nazbyt uzależniającej USA od potencjalnego wroga, tudzież porzucenie motywowanych ideologicznie obostrzeń na paliwa kopalne, niezbędnych okrętom wojennym i bojowym myśliwcom. Pisze o tym w raporcie sporządzonym dla Heritage Foundation, jednego z głównych zapleczy intelektualnych obecnej administracji Trumpa, wychowanek akademii US Navy z doświadczeniem służby na atomowych okrętach podwodnych Brent Sadler, z żołnierską dosadnością twierdząc, że idzie o wymogi możliwej wojny powietrzno-morskiej z Chinami. Wreszcie amerykańską ekonomię napędzają obecnie nie tyle wydatki konsumpcyjne, jak dotąd zwykle bywało, co wzrost nakładów na budowę gigantycznych baz danych pod tzw. ''sztuczny intelekt'' - technologię w istocie militarną, gdzie trwa już swoisty ''wyścig zbrojeń'' na tym polu z Chińczykami. Znowu: wszystko również może okazać się dętym szwindlem, niosącym wprost katastrofalne skutki dla innych branż gospodarki USA i dosłownie pustoszącym całe połacie kraju. Z dwojga złego lepszy zaś już wywołany tym kryzys, niż światowa pożoga wojenna, odnoszę wszak wrażenie jakbym desperacko usiłował obalić narzucającą się mi wprost tezę o wojskowej mobilizacji Stanów Zjednoczonych co i Chin. Przykładów można znaleźć więcej, także czysto politycznych by wspomnieć choćby zeszłoroczny wyrok Sądu Najwyższego USA, przyznający amerykańskiemu prezydentowi nie tylko właściwie nieograniczony immunitet, ale nade wszystko prawdziwie imperialne prerogatywy w sprawowaniu władzy wykonawczej, godne dyktatury czy konsulatu w starorzymskiej republice [ a podyktowanych wtedy wymogami militarnymi właśnie ]. Z czego Trump rzecz jasna nie omieszkał skorzystać, poddając miękkiej - póty co - okupacji wojskowej kolejne amerykańskie metropolie ze stolicą kraju włącznie, acz należy przypomnieć, że w przeszłości Eisenhower czy Kennedy również nasyłali armię na niepokorne władze poszczególnych stanów. Tyle że czynili to głównie by złamać ich opór przed desegregacją rasową Murzynów, w imię przyznania im praw obywatelskich, stąd wówczas ów ''faszyzm'' bardzo progresywistom odpowiadał, nie wyli jak teraz o ''groźbie totalitaryzmu'', gdy są w odwrocie. Niemniej skala powziętych działań jest bezprecedensowa w najnowszych dziejach USA, nawet uwzględniając towarzyszącą wszystkiemu sporą dozę chucpy, medialnej ''pokazuchy'' jak to u Trumpa zwykle bywa i niesprowadzalnej do li tylko rozgrywki z polityczną opozycją.

Zresztą i ona nosi militarny aspekt, bo przecież w razie starcia z Chinami Kalifornia nabrałaby absolutnie fundamentalnego znaczenia, jako de facto stan frontowy i zapewne miejsce dyslokacji głównych sił wojskowych. Co tłumaczyłoby ostatnie przepychanki Białego Domu z gubernatorem Newsomem, obecność żołnierzy i gwardzistów na ulicach Los Angeles pod pretekstem tłumienia dość niemrawych jak na to miasto zamieszek, brutalne naloty służb antymigracyjnych oraz demonstracyjne przemarsze mundurowych, jakby testowali możność narzucenia mieszkańcom zbiorowej psychozy strachu. Acz ponownie, wobec powyższego można wysunąć kontrargument, że Republikanie chcą jedynie zneutralizować potencjalnego rywala w przyszłych wyborach prezydenckich dla Vance'a, szykowanego już na następcę Trumpa w obliczu jego pogarszającego się stanu zdrowia, każącego wątpić czy w ogóle doczeka on końca drugiej kadencji, a cóż dopiero mówić o jakowejś ''trzeciej''. Świadectwem ostatnie deklaracje amerykańskiego przywódcy o sprowadzeniu do kraju aż ponad pół miliona chińskich studentów, które zbulwersowały tylko zagorzałych stronników MAGA, przecząc kompletnie fundamentalnym hasłom programowym tegoż stronnictwa. Przy ogromnej dozie życzliwości można upatrywać w tym przejawu słynnej ''strategii negocjacyjnej'' Trumpa, inaczej wypadałoby bowiem uznać, że stary dziad pieprzy już od rzeczy. Obym się mylił w tej sprawie, gdyż nie uśmiecha mi się perspektywa wojny i to jeszcze na taką skalę, acz należy dodać dla spokojności, iż nawet inwazja wojsk Pekinu na Tajwan nie musi oznaczać zaraz bezpośredniej konfrontacji USA z Chinami. Bynajmniej nie idzie o żadne ''porzucanie sojuszników'' przez Waszyngton, lecz obraną przezeń tzw. ''strategię odmowy'' polegającą na udzielaniu im amerykańskiego wsparcia w razie ataku z baz na tyłach, w rodzaju wysp Guam, archipelagu Marianów czy wreszcie Australii, gdzie daleko mniej podlegałyby ciosom chińskich rakiet, niż stacjonując w Korei Płd. lub Japonii. Pozwalałoby to na utrzymanie militarnych rezerw niezbędnych w razie dłuższego konfliktu, szczególnie mierząc się z wyzwaniami dla logistyki wojskowej narzucanymi przez ogrom Pacyfiku. Problem z ową taktyką polega na jej wybitnie defensywnym charakterze, tudzież założeniu o racjonalności przeciwnika, który porzuci zbrojną agresję w obliczu niemożności dalszego jej prowadzenia. Niestety jak dowiodła wojna na Ukrainie, napastnik będzie nadal bił głową o mur nawet jeśli wykrwawi go to w znacznie większym stopniu niż jego potencjalną ofiarę, prędzej już rozbije sobie tępy łeb niż zrezygnuje z ponawiania beznadziejnych prób pokonania urojonego wroga. Inaczej być nie może, gdyż w Rosji nic się nie zmieni dopóty wśród jej elit władzy, a też sporej rzeszy samych Rosjan, będzie panowała zgoda co do tego, że jedynym sposobem na to, aby ich kraj coś znaczył w świecie jest ŚWIADOME uprawianie mocarstwowej fikcji i konieczny do tego despotyzm. Tyran bowiem tym różni się od zwykłego mitomana lub wariata co ma zwidy, albo byle psychopaty mogącego terroryzować co najwyżej własne otoczenie, że stoi za nim zorganizowany aparat przemocy pozwalający mu naginać rzeczywistość do swej woli i przeto narzucać ją rzeszom ludzi, dosłownie wymuszając na nich posłuszeństwo choćby najbardziej absurdalnym nakazom, jakie czyni mocą swej arbitralnej władzy. Innymi słowy Rosjanie zawsze kompensowali sobie brak materialnych podstaw własnej potęgi systemową bezwzględnością i sadyzmem, co rzecz jasna nie stanowi żadnego ich usprawiedliwienia, bo rozumieć nie znaczy akceptować. Kwestią otwartą natomiast pozostaje czy chińskie przywództwo na tyle różni się pod tym względem od kremlowskiego, że nie pójdzie na całość w możliwej [ chyba jednak ] konfrontacji z USA, nawet jeśli toczonej przez pośredników typu Korea Płd., Tajwan czy dajmy na to Indie-? Zresztą wcale nie jest powiedziane, że Pacyfik ani tym bardziej Arktyka staną się zaraz polem owego boju, prędzej Meksyk pod pretekstem zwalczania tamtejszych karteli narkotykowych, bo produkujących fentanyl na bazie komponentów z Chin. Trump usankcjonował w tym celu operacje amerykańskich wojsk specjalnych odpowiednim dekretem, nie kryje się też z przemianowaniem swego Departamentu Obrony na ''ministerium wojny'', więc sprawa wydaje nabierać realnych kształtów, acz jak w wypadku tegoż prezydenta nie wiadomo ile z tego jest na serio, czy podobnie jak w oszukańczych ''negocjacjach'' z Iranem aby tylko ordynarnie zwodzi.

Co jednak najbardziej niepokoi w perspektywie omawianego tu wojennego scenariusza wydarzeń, to formowanie się na jego tle już od jakiegoś czasu pokracznej koalicji syjonistycznej frakcji żydostwa z okcydentalną skrajną prawicą, bywa że nawet autentycznymi naziolami, których mimo wzajemnej odrazy łączy nienawiść do islamu i właśnie obawa przed chińską dominacją. O ironio do owego sojuszu dołączają także stronnicy ''hindutwy'', ostatecznie jakby nie było ''Aryjczycy'' a ich świętym symbolem jest przecie swasta:). Żarty jednak na bok, acz trudno zachować powagę w obliczu groteskowych zarzutów o ''antysemityzm'', czynionych przez amerykańskiego ambasadora w Paryżu francuskim władzom jedynie z tego tytułu, iż dążą one do uznania palestyńskiej państwowości. Bezdyskusyjnie Macron jest globalistą i polityczną kreaturą Rotszyldów, a w jego otoczeniu wprost roi się od mętnych i bywa wręcz zboczonych degeneratów. Niemniej owe wyrzuty śmie prawić mu ojciec ''koszernego'' zięcia Trumpa i podobnie jak cała rodzina Kusznerów hojny donator Lubawiczerów - żydowskiej sekty rodem z Rosji, której wyznawcą jest główny rabin Putina Berel Lazar: ten sam co błogosławił izraelskich rezunów ze strefy Gazy i rytualnie celebrował wzniesienie ''Kaukaskiej Jerozolimy'' w Dagestanie, mającej pomieścić jednako synagogę, cerkiew i meczet. Czyżby więc był to dowód na wspominaną już tu nieraz groźbę syjonofilskiej i autorytarnej ''osi zła'': trumpowa MAGA-Izrael-Rosja? Ewidentnie jej eksponentem jest Vance, który cuchnie mi amerykańskim Putinem, podobnie jak tamten zakłamany do cna, a przy tym kryjąc mroczną skłonność ku złu w nijakiej postaci byle dupka. Niemal wszystko w tym człowieku jest skłamane, począwszy od imienia i nazwiska jakie zmieniał kilkakrotnie niby to z powodów rodzinnych, bodaj tylko zżerający go od środka zapiekły resentyment ma realny charakter, reszta jest perfidnie i na zimno czynioną dezinformacją. Za grosz nie zasługuje na zaufanie, niemniej jeśli zostanie w końcu amerykańskim prezydentem trzeba będzie się z tym mierzyć, na pewno nie jak głupi troll i pospolity zdrajca Tusk, ale też i bez ohydnego płaszczenia się, jak czyni to Matka Durka wobec Trumpa. Śliniąc się obleśnie, iż ten jakoby ''wychował'' Zełeńskiego, bo ów założył na ''odpierdol się'' marynarkę podczas wizyty w Białasowym Domu [ ale jeśli to miało robić za ''garnitur'' to ze mnie jest sułtan Brunei ]. Co się zaś tyczy samej Ukrainy, nasze polskie relacje z nią niewątpliwie wymagają przeformułowania, wszak jeśli ktoś bierze to za maniakalne ujadanie o rzekomej ''UPAdlinie'' z pianą na ustach, winien natychmiast zanurzyć swój rozpalony ryj w zimnej wodzie i trzymać go tam aż do szczęsnego finału. Podobnie nie zamierzam trwonić czasu na kolejne wygłupy Gerszona Klauna, bom aż dwa obszerne teksty na obu kontrblogach poświęcił wykazaniu, że świadomie czy nie gra on rolę izraelskiego prowokatora [ acz nie przeczy to, że i rosyjskiego biorąc wspomniany kacapsko-gudłajski sojusz ]. Mnie akurat bulwersuje jedynie, że negacjonizm niemieckich zbrodni wojennych wypomina Braunowi durak Wielgucki, sam uprawiając go wobec rosyjskich na Ukrainie, stąd trzeba medialnie tępić owego karalucha żerującego na ''antychachłackich'' nastrojach. Wreszcie - i niech to posłuży za podsumowanie niniejszych wywodów - wszystko com tu opisał ma za tło i przyczynę nieuchronny upadek wszelkiej mocarstwowości. Rosja, Stany Zjednoczone, Chiny, nie wspominając już o wiodących krajach UE z Niemcami na czele, wszystkie one jednako implodują, acz każde na swój sposób. Głównie z powodu kurczenia się materialnej bazy swej potęgi i naczelnego zasobu, jaki stanowi ludność - wprawdzie USA ratował dotąd masowy napływ migrantów, ale polityka Trumpa położyła mu kres. Nie widać, by nawet utrata władzy przez prawicę w Waszyngtonie mogła coś zmienić pod tym względem w amerykańskiej strategii, biorąc ochoczy akces techoligarchii z chowu Obamy i Bidena do obozu MAGA, bynajmniej podyktowany jedynie względami koniunkturalnymi. Dość wspomnieć, iż to jeszcze za rządów ''afroprezydenta'' zwalczający nielegalną migrację ICE jął zawierać kontrakty z militarno-szpiegowskim ''Palantirem'' na systemy gromadzenia danych, korzystając przy tym obficie z baz ''Amazona'' Bezosa. W ogóle tzw. ''prawicowy populizm'' posłużył jeno amerykańskim elitom władzy do radykalnego przeformułowania własnej polityki, podobnie jak w swoim czasie lewacka ''kontrkultura'', zaś Red MAGA stała się na naszych oczach Dark MAGA, przybierając mroczniejsze barwy ochronne właściwe epoce ołowiu i żelaza, jaka sądzę nadciąga [ acz dałbym wiele za to, by nie mieć tu racji ]. Paradoksalnie owa sytuacja zapaści wszelkich mocarstw sprzyja ich agresji wojennej, bo dyktuje ją poczucie własnego zagrożenia - niechby urojonego jak w przypadku Rosji - jest objawem słabości a nie siły. Kamil Galijew, Tatar jaki zasłynął tłumaczeniem na TT/X ludziom Zachodu specyfiki rosyjsko-ukraińskiego konfliktu, niedawno stwierdził na pewnym ''sinoznawczym'' forum, że może nawet i uznałby w Chinach ''wschodzące mocarstwo'', gdyby nie jeden drobny szczegół: one wymierają i to w tempie szybszym niż ''upadły Okcydent''. Dotąd zaś imperialnej ekspansji towarzyszyła zazwyczaj eksplozja demograficzna, gwałtowny rozrost miast i kolonizatorski zapał, czego relikty możemy jeszcze obserwować w okupowanej przez Żydów Palestynie, ich groteskowych zmaganiach o byle spłachetek zwykle jałowej ziemi. Tymczasem wedle Galijewa przyjdzie nam mierzyć się z kurczącym ilościowo, a nade wszystko starzejącym mocno światem, jakiego nie poratują mnożące się i to wykładniczo rzesze czarnych Afrykanów [ nie będę tłumaczył dlaczego, bo nawet ja w swej mniszej celi na końcu internetu zmuszony jestem czasem gryźć się w język ]. Bredzenie stąd o ''nowej Jałcie'' i rzekomym ''koncercie mocarstw'' a choćby i nieeuropejskich, stanowi w obecnych realiach symptom postępującego bezmózgowia, cerebralnej agonii - przeto: jak stoi w tytule!

Dopisek:

Na ostatnich targach zbrojeniowych w Kielcach doszło do haniebnego incydentu - jakaś durna i zdradziecka kurew dopuściła do udziału w nich dwóch izraelskich firm, których technologie posłużyły syjonistom w dokonaniu mordu na Damianie Sobolu. Polskim wolontariuszu niosącym pomoc humanitarną dla strefy Gazy, a jakkolwiek oceniamy jego czyn i pobudki był on obywatelem RP i stąd nie możemy odpuścić owej zbrodni wojennej, popełnionej jak wszystko na to wskazuje z rozmysłem przez armię Izraela. Tymczasem jego władze bezczelnie odżegnują się od odpowiedzialności, z właściwą sobie pychą sabotując prowadzone w tej sprawie śledztwo przez polską prokuraturę, ufne we wsparcie ''Wielkiego Brata'' zza oceanu. Pojmuję, że Polska musi do pewnego stopnia znosić prosyjonistyczny amok obecnej amerykańskiej prezydentury, gdyż jej antyunijność jest nam o tyle na rękę, iż zabezpiecza przed popadnięciem już całkiem w zależność od Brukseli, czyli głównie Niemiec. Wszakże powinny i tutaj istnieć pewne granice, jeśli mamy być rzeczywiście szanującym się państwem, a nie jeno byle klientem obcych ''mocarzy'', skądkolwiek by oni nie pochodzili. Dlatego ów mentalny pedał, który przystał na udział w kieleckich targach zbrojeniowych rzeczonych izraelskich przedsiębiorstw winien ponieść srogie konsekwencje, przy czym mowa o rzeczywiście decyzyjnej osobie, a nie byle leszczu rzuconym na pożarcie publice jako ''kozioł ofiarny''. W ogóle cała sprawa cuchnie prowokacją i to grubo, bowiem jak niby udało się garstce niewydarzonych lewackich gówniarzy zaatakować stanowisko wystawiennicze syjonistów, mimo ochrony towarzyszącej imprezie wnieść na jej teren śmierdzącą ciecz i czerwoną farbę, jakimi w proteście oblali ''Izraelian''. Pomyślmy stąd do czego by doszło, gdyby rosyjskie służby postanowiły dokonać sabotażu na serio, za pomocą podłożonych ładunków wybuchowych czy zamachu przez uzbrojonych dywersantów, jednym słowem rzecz stanowi kompromitację Mochonia i jego podwładnych! Natomiast co się tyczy świeżej odsłony sojuszu zawiązanego jakoby pod patronatem Chin z Indiami i Rosją, mam doń analogiczne podejście jak do rzekomej ''drugiej Jałty'' w wykonaniu Trupina i Trumpa. O rzeczywistej relacji między Moskwą a Pekinem jużem wspominał, więc pozostaje tylko dodać, że ''Gazprom'' jak zwykle łże i nie udało mu się wcale dokonać realnego przełomu w sprawie budowy kolejnego rurociągu z Syberii. Wątpliwe jest również trwałe porozumienie Chin z Indiami, kiedy wspierają one zbrojnie ich głównego wroga, jakim jest Pakistan a też zainicjowały właśnie wzniesienie gigantycznej tamy w Tybecie, która zagrozi zasobom wodnym Hindusów. Rozbawiły mnie wizje dołączenia do owego ''eurazjatyckiego paktu'' takoż Berlina, snute przez ludzi z ekipy Bartosiaka - taa, już widzę jak szczególnie niemiecki przemysł motoryzacyjny aż garnie się do współpracy z Chińczykami, gdy może obserwować ich bezlitosne poczynanie sobie z rosyjską konkurencją na rynku samochodowym:). Dajta se z tym spokój ludziska.

ps.

''Fajnopolsko'' TuSSka - strącanie rosyjskich atrap dronów rakietami za ponad milion dolarów sztuka... Nie chce mi się nawet wkurwiać, szkoda żołądka. Czwarty rok toczy się wojna w sąsiednim kraju, był więc czas nauczyć się zbijać pociski wroga tańszym sposobem jak czyni to Ukraina, ale my nie bo przecie Wołyń! Matka Durka już począł szerzyć chujnię sugerując obleśnie, iż atak na nasz kraj mógł być ukraińską prowokacją - w takim razie niby jakim to sposobem owo ustrojstwo wleciało do nas z północy? Durniem trzeba być, aby wierzyć w białoruską wersję o rzekomo ''zabłąkanych'' dronach, typowe asekuranctwo reżimu Łukaszenki. Ewidentnie mamy do czynienia z rosyjską prowokacją zbrojną, chętnie podchwyconą przez Berlin i TuSSka nie mogących doczekać się powrotu ''wandel durch handel'' i nadal potajemnie współpracujących [ nigdy bowiem dość przypominać, że to głównie niemieckimi i ogólnie zachodnioeuropejskimi technologiami stoi kacapska zbrojeniówka ]. Natomiast jeśli idzie o atak Gudłajstanu na Katar dowodzi on tezy omawianej tu nieraz, że Izrael ciągnie wraz z sobą w przepaść USA a ich ślepy prosyjonizm wiedzie do upadku amerykańskiej mocarstwowości. Bowiem albo Stany Zjednoczone okażą się współwinne agresji zbrojnej przeciw własnemu sojusznikowi, lub też wyjdą na bezsilne wobec poczynań swego państwa klienckiego jakim przecież jest Izrael, zachowujący się niczym przysłowiowy ogon machający psem. Cóż z tego, że Donald Tusk Trump ''się wściekł'', jeśli nie pójdą za tym solidne kary dla rozbestwionego ''młodszego brata'' wstrzymujące wsparcie finansowe i militarne udzielane przez Waszyngton? Realnie patrząc amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa tyczą jedynie Izraela, poza tym są gówno warte o czym właśnie przekonał się Katar wraz z resztą muzułmańskich państw regionu, i to mimo zainwestowanych przez nie w broń USA miliardów dolarów - rzecz jaka i nam w Polsce winna dać sporo do namysłu... Faktycznie Izrael na równi z Rosją są wrogami NATO, bo jak inaczej rozumieć ostatnie deklaracje władz Gudłajstanu o możliwej wojnie z Turcją? Widzę już działanie wtedy ''piątego artykułu'' zobowiązującego kraje Paktu do wzajemnego wsparcia w razie ataku na którykolwiek z nich, szczególnie Amerykanie pod obecną prezydenturą ruszą ochoczo do zbrojnej konfrontacji ze Zesraelem:). W owej sytuacji zakup odeń broni równa się własnemu samobójstwo, stąd powtórzę - co za nieudaczna i zdradziecka kurew dopuściła w ogóle na kieleckie targi syjonistów?! W takim razie doproście jeszcze Rosjan, będzie już komplet.

...tragiczny zaś koniec Charliego Kirka dowodzi, że nie warto być szabes gojem Izraela - co nie znaczy, iż stoi on za jego mordem! Przecież to jedynie podsyca i tak rosnącą doń wrogość szczególnie wśród młodej amerykańskiej prawicy, czemu wydatnie sprzyja też uporczywe zaprzeczanie przez Satanjahu udziałowi syjonistów w owym zabójstwie. Idiota tylko się tym pogrąża, podsycając sugestie Owensowej szerzone w tejże sprawie, nader i bez tego mętnej.

sobota, 14 czerwca 2025

Iran ma prawo się bronić!

...i teraz wręcz MUSI posiadać broń nuklearną [ a czy jeszcze będzie mógł to się dopiero okaże ], zaś sam Izrael winien sczeznąć. Trump więc postanowił spektakularnie nasrać na swe ''epokowe'' jak się tylko wydawało deklaracje, złożone dopiero co podczas niedawnej wizyty u Saudów, gdzie odżegnywał się głośno od prawoczłowieczego i neokoszerwatywnego mesjanizmu poprzednich amerykańskich prezydentów. Okazując tym samym polityczną kurewką Izraela, syjonistycznym cwelem i małym krętaczem czyniącym Amerykę karłowatą, trudno bowiem serio brać łgarstwa jego przydupasa Rubio, który rżnie głupa jakoby USA nie miały nic wspólnego z agresją kraju polegającego na nich bez reszty zbrojnie i finansowo. Sam Trump przyznaje, że wiedział o planowanym ataku Izraela, nie dostrzegając na jakiego durnia wychodzi nadal oferując Iranowi rzekomą ''ugodę'', faktycznie zaś bezwarunkową kapitulację - w imię czego? Na przykładzie Ukrainy doskonale przecież znać ile warte są amerykańskie ''gwarancje bezpieczeństwa'' w zamian za zrzeczenie się praw do posiadania własnej broni nuklearnej: ano za przeproszeniem g... Tylko bez syjonistycznych bredni o ''muzułmańskiej bombie atomowej'', bo takową już posiada Pakistan władany przez islamistyczną juntę, w dodatku sprzymierzoną wojskowo z Chinami, których broń pozwoliła jej zadać poważne straty Indiom podczas niedawnych walk o Kaszmir. Tak więc to ów kraj winien paść ofiarą ataku USA w pierwszej kolejności, gdyby kierowały się one rzeczywiście własnym interesem a nie okupującej je syjonistycznej mafii. Najwidoczniej stąd wzięła górę opcja ''Israel first!'' kosztem Ukrainy, gdyż jak ujawnił na dniach jej przywódca zakontraktowane już dla Kijowa rakiety do zbijania ''szahedów'' Amerykanie przekazali na Bliski Wschód, w domyśle Gudłajstanowi. Nie o żaden naród rzekomo ''wybrany'' się rozchodzi, biorąc pod uwagę pochodzenie Zełeńskiego i znacznej części jego podwładnych, gdyż lobby izraelskie w USA stoi protestanckimi syjonistami zarzucającymi wściekle ''antysemityzm'' propalestyńskim Żydom. W każdym razie należy z tej okazji powtórzyć com tu pisał nieraz jak i na drugim ''antyblogu'': jeśli Ameryka ruszy nie we własnym a Izraela interesie na już bezpośrednią konfrontację z Iranem, wypada życzyć jej zebrania dokładnie takiego samego wpierdolu co putinowska Rosja na Ukrainie. Bowiem czasy kiedy można było posłać kanonierki na drugi koniec świata, aby spacyfikować ''dzikusów'' winny minąć bezpowrotnie, na szczęście dziś można relatywnie tanim kosztem sprowadzić na ziemię różnych dętych ''mocarzy''. Dowodem wojna w północnym Sudanie, totalnie zmarginalizowana w naszych mediach, a kto wie czy w perspektywie może nie ważniejsza od toczącej się między Rosją a Ukrainą, czy konfliktu o Palestynę. Ostatnie bowiem tyczą czegoś co jedynie siłą bezwładu wciąż jeszcze zwie się ''Zachodem'', hegemonii syjonistycznego lobby i sprzęgniętego z nim kompleksu militarno-przemysłowego za oceanem i nie tylko. Natomiast w afrykańskiej wojnie ów nie odgrywa praktycznie żadnej roli, acz są czynione próby obwinienia go o nią przez białe lewactwo, które jest strasznie rasistowskie, gdyż nie mieści mu się w głowie, że podmioty spoza szeroko pojętego Okcydentu również mogą być drapieżnymi kolonizatorami. Tak zaś jest w tym wypadku, gdzie z grubsza stanowi on konflikt zastępczy między Egiptem i Turcją a Zjednoczonymi Emiratami, choć z drugiej można rzec, iż jedynie pasożytują na morderczym starciu sudańskiej junty z miejscowymi rebeliantami. Co istotne w owej wojnie z państw Europy biorą udział tylko Rosja i Ukraina, rzecz jasna wspierające przeciwne strony, ale wyłącznie na drugorzędnych pozycjach jako de facto biali najmici Arabów i czarnych Afrykanów. Najważniejsze jednak, że wódz sudańskich rebeliantów niejaki Hemeti, typowy dzikus z buszu i analfabeta, bestialski nawet jak na murzyńskie zwyczaje, jest świetny w media społecznościowe. On i jego horda prowadzą swój profil na TT/X i Tik Toku, bo ludzie w Afryce mogą żyć w przysłowiowej chatce z gówna i patyków, lecz ''ajfona'' zwykle to oni w łapie mają. Przyszło nam więc żyć w epoce, gdy pierdolony ludojad dysponuje cyfrową platformą, niechby użyczoną mu przez Jankesów i Chinoli, zamiast zatrutych strzał używa dronów i rakiet dalekiego zasięgu, kontrolując przy tym większość światowych zasobów tzw. ''gumy arabskiej''. Kluczowego składnika napojów gazowanych i jogurtów, stąd takie koncerny jak Pepsi czy Coca Cola muszą mu się opłacać przez pośredników by kontynuować produkcję, dlatego wszystkich co bełkoczą, że ''wojna na Ukrainie to ustawka'' sprokurowana przez władające jakoby światem korporacje lub mocarstwa dobrze byłoby posłać, aby sadzili swe farmazony przed obliczem wspomnianego Hemetiego. Pewien jestem, iż gdyby tylko wiernie mu je przetłumaczono serdecznie by się obśmiał, po czym owych białych głupów zeżarł, bo też i każdy taki dureń winien skończyć jako pokarm dzikusa:).

Niestety płynie stąd i dla nas mieszkańców rzekomo ''gorszej'' Europy przykra refleksja, że nie ma co liczyć na jakoby ''cywilizowane'' potęgi dawnego Zachodu z USA na czele, o ''dobrej woli'' ze strony Rosji czy Chin w ogóle już nie wspominając. Przekonali się o tym już Ukraińcy jak ichni vloger Sternenko, który słusznie przeklinając Iran za lecące takim jak on na głowy ''szahedy'', zarazem ma ostrą świadomość faktu, iż jego rodacy to dla władz Okcydentu ludzie ''drugiego sortu'' w porównaniu z tak drogim im Izraelem. Nie zaryzykują więc jak w jego wypadku bezpośredniego wystąpienia w ich obronie, rzecz nie tylko w groźbie odwetowego ataku rosyjską bronią nuklearną, ale nade wszystko strategicznych priorytetach, jakim hołduje to co pozostało jeszcze z Zachodu. Dobrze więc abyśmy i w Polsce wzięli sobie do serca ową gorzką lekcję najnowszej historii, zamiast pokładać wiarę w syrenich zawodzeniach miejscowych bałwanów, co to mamią nas jakoby ''pewnym'' sojuszem z USA, albo Niemcami czy Francją, bez różnicy. Każdy co wyzwie mnie z tego tytułu od ''ruskich agentów'' sam cuchnie onucą, bo nawet się nie obejrzy jak pocznie bredzić, iż Kreml jest nam rzekomo ''naturalnym sojusznikiem'' w obronie przed ''muzułmańską nawałą''. Trudno bowiem nie dostrzec w obecnych wypadkach krystalizacji nowego globalnego układu w miejsce zużytych euratlantyzmu i NATO: syjonofilskiej i autorytarnej ''osi zła'' tworzonej przez trumpową MAGA wespół z Izraelem i Rosją. Nic bowiem nie znaczy, że Fiutin miał zadzwonić do Satanjahu i ponoć wyrazić w rozmowie oburzenie ''łamaniem prawa międzynarodowego'' przez Gudłajstan, co nad wyraz bezczelne ze strony kacapskiego tyrana. Liczą się czyny a nie gesty, faktycznie zaś Rosja porzuciła Iran ograniczając się podobnie jak Chiny do pustych deklaracji, najwidoczniej stąd umizgi Trumpa i jego ludzi do Kremla rzeczywiście go obłaskawiły. Zresztą i bez tego atak Izraela na Iran jest korzystny dla Putina, bo wywołana przezeń zwyżka cen ropy pozwala mu uratować kulejący ostatnio budżet, dając środki na kontynuację wojny przeciw Ukrainie. Wiązałbym z tym wizytę na dniach ojca Muska w Moskwie, gdzie może czuć się znakomicie pośród licznych tam sadystów, jeśli za najlepszą metodę wychowawczą uznaje bicie dzieci. Skądinąd i odpał jego synalka Elona ostatnio był zapewne nieprzypadkowy, skoro zagroził otwarcie Trumpowi ujawnieniem ''kompromatów'' nań gromadzonych przez Epsteina na użytek izraelskiego tajniactwa. Musk przecież jest prosyjonistycznym naziolem, któremu z tej racji ''żydowska liga przeciw zniesławieniom'' wystawiła koszerny glejt na publiczne hajlowanie. Wszystko to stanowi i dla mnie srogą nauczkę, bo niepotrzebnie kombinowałem z oceną Trumpa, gdy jest zeń tylko polityczny kundel Izraela, oby więc irański wywiad wrzucił do dark netu ''teczki Epsteina'' jeśli je posiada, by owo szambo wybuchło staremu pajacowi w ryja. Niech piekło pochłonie Izrael i jego popleczników, naprawdę świat będzie nieco lepszym miejscem bez tego zbójeckiego parapaństwa siejącego tylko zamęt i terroryzującego wszystkich wokół, choć jak typowy psychopata winiącego za to innych. Wbrew pozorom ta krypa tonie, a krajowym politykom PiS i Kałfederacji upierdzieliło się we łbach pchać na jej pokład akurat, gdy jęła gwałtem nabierać wody! Cóż, w takim razie pójdą wraz z nią na dno, lecz beze mnie, podziękuję... Co się zaś tyczy samego Iranu to atak nań z pozoru wygląda na element strategii opisanej w poprzednim tekście, gdyż pacyfikacja strefy Gazy nie tyle rozjątrza, co wręcz cementuje sojusz Izraela i USA z muzułmańskimi państwami regionu skrycie radymi, że same nie muszą kalać sobie rąk tłamszeniem Palestyńczyków. Iran podobnie jak oni robi za pariasa świata islamu, acz z innych powodów: głównie przez swe szyickie sekciarstwo obmierzłe sunnickiej większości współwyznawców. Przeto musi polegać na dwóch największych obok Izraela prześladowcach muzułmanów - Rosji i Chinach, zresztą daremnie jak właśnie się okazało. Islamiści jacy objęli władzę nad Syrią po obaleniu Asada nie będą płakać nad zabitym głównodowodzącym irańską armią, gdyż ten miał ręce unurzane we krwi ich towarzyszy broni, jako odpowiedzialny za bombardowania Aleppo. Podobnie Ukraińcy mają pełne prawo radować posłaniem do piekła typa, jaki z rozkazu ajatollahów sprawował pieczę nad przekazywaniem Rosji bojowych dronów, siejących później terror i zniszczenie w ich kraju. Niemniej ważna różnica leży w tym, iż Iran jest państwem zaś Palestyńczycy dopiero nań pretendują, w dodatku zdatnym wciąż do odwetu mimo spektakularnych ciosów, jakie początkowo zadał mu Izrael ze wsparciem USA. Dlatego nawet jeśli uda im się go zmiażdżyć w końcu i obalić samych ajatollahów, następcy i tak będą zmuszeni już niechby w perspektywie dekad do odbudowy z ruin własnego programu nuklearnego, skoro ich kraj ma w ogóle jeszcze istnieć. Wprawdzie dotąd pozostawało wciąż dyskusyjnym, jak państwo niezdatne do zapewnienia dostaw prądu własnemu przemysłowi i zwykłym obywatelom może myśleć o swojej broni jądrowej, ale teraz względy bezpieczeństwa muszą wziąć górę nad podobnymi obiekcjami. Przeto oby syjoniści zostali rzuceni na kolana, bo jak krwawym i despotycznym nie byłby reżim ajatollahów, sam Iran ma pełne prawo suwerennie decydować o własnym losie bez względu czy to się podoba tym lub innym dętym ''mocarzom''. Dokładnie tak samo jak Ukraina czy nasza Polska, a więc precz z WSZELKĄ tyranią!

W owym kontekście nie żałuję głosu przeciw Czaskosky'emu, gdyż byłby on żadną alternatywą jako polityczna kreatura Michaela Bloomberga - żydowskiego miliardera reprezentującego liberalną frakcję syjonistycznej ''Koszer Nostry''. Przeto lansuje on na burmistrza Nowego Jorku skompromitowanego bydlaka ''Endrju'' Cuomo, byle tylko rządów nad największym amerykańskim miastem nie objął jego rywal, szyicki muzułmanin Zohran Mamdani. Wspierany z kolei przez latynoską lewaczkę Ocasio Cortez, popularną wśród nowojorskiego żydostwa tak jak Cuomo u lokalnych Murzynów, więc to nie kwestia starcia ''białej Ameryki'' z rasowymi i wyznaniowymi mniejszościami, a raczej konfliktu między nimi samymi. Nie jest stąd przypadkiem, iż nieformalnym przebojem tego lata za oceanem jest kawałek ''Nigga Heil Hitler'' całkiem porąbanego czarnego rapera, co jedynie dobrze okazuje, że - poza wszystkim innym - [neo]nazizm to dziś totalna żenada. Natomiast co się tyczy Nawrockiego życzyłbym sobie, aby zajmował równie asertywną postawę wobec Izraela jaką przybiera do Ukrainy. Zresztą nie można mu pod tym względem czegoś specjalnie zarzucić, skoro słusznie przypomina, że obóz koncentracyjny w Oświęcimiu został założony wpierw dla eksterminacji Polaków a nie Żydów. ''Ośmielił się'' również polemizować w swoim czasie z szefem dyplomacji syjonistycznego reżimu na tematy historyczne. Wystarczyło tego by czołowe izraelskie media obwołały go ''antyunijnym'' i konserwatywnym ''negacjonistą Holocautu'', co żywię nadzieję zostanie przezeń dobrze zapamiętane. Wszak nie mam złudzeń, iż jakieś cyrografy zostały podpisane w związku z obiorem Nawrockiego na prezydenta RP i brak poważnego oporu przeciw temu ze strony UE, poza błaznowaniem Gejtycha. Mam tu na myśli przede wszystkim spęd amerykańskiego prawactwa w Rzeszowie, pod przewodem bushowej neokoszerwatywnej skamieliny co tłumaczy obecność nań ''tęczawego rebe''. Nie dość, że jadowitego syjonisty popierniczającego z flagą Zesraela na paradach LGBTQcośtam, to jeszcze prowadzącego koszerny sex shop wraz z rodziną, idealny wprost ''judeokonserwatysta''! Faktycznie trzeba było jeszcze doprosić mu tego Żyda od Orbana, co to spierdalał po rynnie z gejowskiej orgii w trakcie covida, byłaby z nich wymarzona para znamienitych gości wspierających kandydaturę pana Karola:). Mówiąc zaś serio można wprawdzie argumentować, że taka była cena za brak bóldupienia o ''praworządności'' ze strony Ursuli i reszty brukselskiego pomiotu, sęk jeno w tym, iż podobne zagrania nijak nie pomogły a wręcz zaszkodziły antyunijnej prawicy w Rumunii. W każdym razie nie oczekuję od Nawrockiego, że pocznie otwarcie atakować Izrael zwłaszcza w obecnych dziejowych okolicznościach, od tego jest Braun i niech tak pozostanie, wystarczy jeśli nowy prezydent RP nie przyjmie roli nadgorliwego szabes goja dla syjonistów, a będzie już nieźle. Przede wszystkim zaś oby z czasem nabrał daleko idącej rezerwy do Trumpa i samej MAGA, bo skoro tacy jej czołowi politycy jak Vance czy Hegseth otwarcie gardzą ''Starym Kontynentem'' i nie mają zamiaru spieszyć na pomoc jego mieszkańcom, również nie powinniśmy żywić względem nich jakichś specjalnych sentymentów. Owszem, aby Europa stanęła na nogi musi wyzwolić się z okowów UE, która jako twór poczęty z ducha neoliberalnego globalizmu jest całkiem już anachroniczna, wszakże amerykańskie wzorce i wsparcie szkodzą raczej owej sprawie, niż przynoszą jakikolwiek pożytek. Na koniec dodam tylko, że na czas trwania kampanii prezydenckiej w Polsce w ogóle odciąłem się od krajowych mediów, a to dla zachowania higieny psychicznej i jak widać słusznie postąpiłem, przeto docierały do mnie jedynie strzępy jakich głupich kłótni o kawalerki czy koperty. Na tle tego co dzieje się za wschodnią granicą RP, w USA czy jak teraz między Iranem a Izraelem wyglądamy niczym pieprzony ''barbieland'', kiepski teatrzyk cieni, jakieś pokraczne kabuki. Doprawdy nie stać nas już na podobne bzdury, bo to jakby urządzać tęczawą ''paradę bezradności'' pod huraganowym ostrzałem artylerii i rakiet, pora by więc stąd wreszcie się obudzić! Przeto nie chciało mi się nawet sprawdzać kim zacz jest ów Nawrocki, bo jedyne na czym mi zależało to powstrzymanie zamiany Polski w jedną wielką ''Wszawę'' pod nierządem Czaskosky'ego, i to na szczęście się udało. Dopiero więc po wygranej pana Karola jąłem badać na kogo w ogóle głosowałem, takim sposobem natrafiłem na wywiad z nieprzychylnym mu wielce prof. Dudkiem [ Antonim ], który wbrew jego intencjom przekonał mnie o dobrze podjętym wyborze. Nie idealnym, lecz optymalnym w obecnych okolicznościach, bo takie czasy nastały, iż tylko ktoś potrafiący przyłożyć a przy tym żaden prymityw, lecz ogarnięty może robić za przywódcę RP. Stwarzając przy okazji szansę na ożywienie stetryczałego PiS, gdyż żadną miarą nie zastąpi go formacja Memcena i Bosaka, ewidentnie dążąca by stać się tym, czym jawiła Platforma Obywatelska u swego zarania: partią stricte liberalną a nie lewacką jak teraz. Dlatego Tusk jest tak zesrany, bo doskonale wie, iż Kałfederacja po przejęciu rozczarowanego elektoratu Hujowni złożonego z zawiedzionych stronników PO, z czasem przyjdzie i po nią samą, a wtedy ostaną mu się już tylko ludzkie spady pokroju Krysi Jandy, KODerastów czy inszych soków z bydlaka. Przeto jest potencjał by PiS pod nowym przywództwem przestał robić za parodię ''narodowej demokracji'' a nie sanacji, gdyż podoba się to komu czy nie kurs na autorytaryzm jest przesądzony. Wybór jedynie jaki się ostał to między tyranią a dyktaturą w jej pierwotnym, republikańskim znaczeniu, więc nie jakichś junt wojskowych lub bezpieczniackich, faszyzmów albo inszych bolszewizmów. Armia bowiem ma stanowić fundament państwa, nie zaś mu przewodzić, służby natomiast służyć a nie brać się za rządy, inaczej kończymy niczym w pierdolonej Rosji - albo Izraelu z opłakanym skutkiem, jaki możemy właśnie obserwować, o teokracji i jej despotyzmie na przykładzie Iranu w ogóle szkoda strzępić ozór, ale: patrz tytuł.